Mianowany przez prezydenta Donalda Trumpa Zarząd Pokoju dał Hamasowi czas do soboty, by zaakceptował program swego rozbrojenia. Program sformułowano w pół roku po tym, jak plan Trumpa dla Gazy zapowiedział całkowite, bezwarunkowe i natychmiastowe rozbrojenie tej terrorystycznej organizacji.
„Jeśli Hamas się nie rozbroi, to my go rozbroimy” zapowiedział Trump. Hamas, jak wiadomo, się nie rozbroił i nadal sprawuje pełnię władzy w połowie Strefy, z której wycofały się – na mocy planu Trumpa – wojska izraelskie. Amerykański prezydent nie udał się jednak osobiście do Gazy, by rozbrajać islamistów, ani też nie wysłał tam nikogo, by ich rozbrajał w jego imieniu.
Zamiast tego jego specjalni wysłannicy, Jared Kushner i Steve Witkoff, zapowiedzieli w lutym, że Hamas zrazu będzie musiał oddać jedynie broń ciężką – rakiety i ich wyrzutnie oraz moździerze, a także przekazać plany swych tuneli, by można było je zniszczyć. Broń strzelecką islamiści będą mogli zachować aż do utworzenia „profesjonalnej policji”, która go ma zastąpić – i która będzie te kałachy odkupywać od terrorystów, oferując im przy okazji pełną amnestię.
Izrael nie zmiażdżył Hamasu
W zamian za to Izraelczycy – których takie rozwiązanie, jeśli zostałoby zrealizowane, uchroniłoby wreszcie przed dalszym zagrożeniem z Gazy – mieli się wycofać z niemal całej Strefy. Unikając tym samym perspektywy długotrwałej okupacji, która poprzednim razem zakończyła się jednostronną ewakuacją w 2005 roku, uznaną przez hamasowców za swoje zwycięstwo.
Za to zamieszkujący Gazę Palestyńczycy pozostaliby nadal pod władzą terrorystów, którzy z politycznymi przeciwnikami rozmawiają za pomocą broni strzeleckiej właśnie. Pewnym pocieszeniem dla nich byłoby jednak to, że do Strefy szerszym strumieniem płynęłaby pomoc humanitarna, w tym prefabrykowane budynki mieszkalne. Co więcej, gdyby zagrożenie nową wojną Hamasu z Izraelem zostałoby zażegnane, pojawiłaby się szansa na rozpoczęcie odbudowy Strefy.
W odpowiedzi na propozycję Kushnera i Witkoffa rzecznik Hamasu Abu Obeida stwierdził, że „takie bezczelne podejście do kwestii broni stanowi skandaliczną próbę okupacji [tj. Izraela], by kontynuować eksterminację naszego narodu”. Hamas odrzucił też ostatnie ultimatum Zarządu Pokoju – sobota minęła bez zdania choć jednej sztuki broni. „Kto nie przekroczy rzeki utonie w morzu” skomentował to Nikolaj Mladenov, szanowany bułgarski dyplomata ONZ-owski, który koordynuje działalność Zarządu w Gazie. Należy mieć nadzieję, że groźba ta, a może proroctwo, wprowadziła Abu Obeidę i jego mocodawców w stan głębokiego zaniepokojenia.
Pozostaje faktem, że w dwa i pół roku po wybuchu wojny Hamas – mimo dziesiątków tysięcy ofiar wojskowych i cywilnych, a także zniszczenia Strefy – nadal zachowuje swobodę decyzji i działania, acz w znacznie ograniczonej skali. Wojna, która miała doprowadzić do „zmiażdżenia” terrorystycznej organizacji nie osiągnęła celu i nie bardzo wiadomo, co Izrael – o Trumpie i Mladenovie nie wspominając – mógłby zrobić, by było inaczej.
„Głupotą jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”
Tymczasem na swej północnej granicy Izrael toczy drugą wojnę, ze wspieranym przez Iran libańskim Hezbollahem. Tak podczas wojny w Gazie, jak i podczas ubiegłorocznej oraz obecnej rundy wojny z Iranem Jerozolima wzywała szyickich terrorystów, by nie atakowali Izraela, gwarantując im bezpieczeństwo przed izraelskim kontratakiem. Podczas ubiegłorocznej rundy tak się stało, lecz podczas pozostałych dwóch wojen Hezbollah zaatakował Izrael i wywołał miażdżąca odpowiedź.
Premier Benjamin Netanjahu wielokrotnie deklarował, że szyiccy islamiści są już całkowicie pokonani, ich arsenał rakietowy zlikwidowany, a kadry zdziesiątkowane zamachami pagerowymi i bardziej konwencjonalnymi. Nie zmienia to w niczym faktu, że Izraelczycy z tym pokonanym jakoby wrogiem nadal toczą zażarte boje. Zapowiadają, że po zwycięstwie, jeśli nastąpi, będą okupować południowy Liban aż do rzeki Litani, by zapobiec powrotowi Hezbollahu.
Nie jest wprawdzie jasne, jak wróg miałby wrócić, skoro ma zostać pokonany – ale poprzednia izraelska okupacja południa Libanu zaskutkowała w 2000 roku ewakuacją Izraelczyków, którą Hezbollah całkiem słusznie uznał za swoje zwycięstwo. Jak miał powiedzieć Albert Einstein – “głupotą jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.
Choć może to niezupełnie to samo, bo po raz pierwszy państwo libańskie – którego siły zbrojne są słabsze od bojówek Hezbollahu – zapowiada, że szyickich islamistów rozbroi i nie pozwoli im ponownie wciągnąć kraju do wojny. Libańskie władze zaakceptowały negocjacje z Izraelem o zawieszeniu broni, wstrzymaniu działań, a w perspektywie nawet o zawarciu traktatu pokojowego.
Wojny krwawe, zbrodnicze, ale przede wszystkim nieskuteczne
To efekt osłabienia Hezbollahu po klęsce w wojnie z Izraelem i upadku popieranej przez szyickich islamistów reżimu Assada w Syrii. Wpływowy parlamentarzysta Hezbollahu Hassan Fadlallah nazwał próbę zakończenia działań „jaskrawym pogwałceniem Przymierza Narodowego [porozumienia głównych sił politycznych, ustanawiającego w 1943 roku Republikę Libańską], konstytucji i prawa”. Najwyraźniej z perspektywy Hezbollahu wciąganie kraju w kolejną wojnę w interesie reżimu w Iranie niczego nie narusza.
Kłopot jednak w tym, że Jerozolima do tej – przełomowej wszak – inicjatywy podeszła nieufnie. Można to zrozumieć. Rezolucja 1701 Rady Bezpieczeństwa ONZ, kończąca w 2006 roku II wojnę libańską, stanowiła, że na południe od Litani przebywać mogły jedynie jednostki libańskich sił zbrojnych. Po ataku Hamasu na Izrael Hezbollah włączył się do wojny, wystrzeliwując na państwo żydowskie tysiące rakiet, ze strefy na południe od Litani właśnie.
Następnie armia libańska oznajmiła, że całkowicie usunęła Hezbollah z tej strefy – po czym podczas wojny z Iranem szyiccy islamiści znów odpalili z regionów pogranicznych 3 tysiące rakiet. Jest zrozumiałe, że władze izraelskie nieufnie się odnoszą do libańskich gwarancji – ale jest też rzeczą oczywistą, że negocjacje są jedyną alternatywą dla kolejnych wojen, które nie tylko są krwawe i często zbrodnicze, ale przede wszystkim nieskuteczne.
W Libanie Izraelczycy przynajmniej mają jako partnera do rozmów rząd libański. W Gazie mają tylko Hamas – ale to dlatego, że będącą dlań polityczną alternatywą Autonomię Palestyńską Jerozolima systematycznie marginalizowała.
Amerykańska blokada blokady irańskiej
Także w Iranie, po półtora miesiąca wojny, wróg nadal nie został pokonany. Nadal zachowuje swobodę decyzji i działania, i zupełnie – ku zdumieniu Trumpa – nie jest gotów ani skapitulować, ani przystać na warunki przeciwnika. Skutki tej wojny były jednak katastrofalne nie tylko dla walczących stron, ale i dla reszty świata. To właśnie presja innych państw, a nie sytuacja na froncie, wymusiła zawieszenie broni, a następnie rozmowy w Islamabadzie.
Ich fiasko nie spowodowało jednak wznowienia walk. Nie dlatego, że Trump by tego nie chciał, ale dlatego, że sytuacja gospodarcza i jej konsekwencje polityczne wiążą mu ręce. Stąd pomysł z blokadą morską Iranu – pozwala ona zwiększyć presję na Teheran, nie powodując przy tym presji na Waszyngton. Tyle tylko, że jeśli blokada okaże się na tyle skuteczna, że ucierpi na niej ludność cywilna – a rząd wszak „zawsze się wyżywi” – to presja znów wróci.
Jeśli zaś Trump zrealizuje swoją groźbę zatapiania statków, które przepłyną przez Ormuz po zapłaceniu Iranowi haraczu, presja wróci natychmiast – i to miażdżąca. Słowem, nawet w złagodzonej formie presja na terrorystów i ich mocodawców okazuje się kontrproduktywna. To samo jednak można powiedzieć o presji, jaką z kolei oni wywierają na Izrael i pośrednio na USA.
Nasze myślenie o użyciu siły ukształtowała pamięć o II wojnie światowej
Nie tylko była to największa konfrontacja zbrojna w historii świata, ale przyniosła jednoznaczne rozstrzygnięcie. Alianci całkowicie pokonali państwa Osi, które nigdy już nie powróciły do swej zbrodniczej polityki, zaś ci, którzy chcieli iść z nimi na ustępstwa, zostali bezapelacyjnie skompromitowani. To Churchill i Roosevelt, a nie Chamberlain i Daladier, stali się bohaterami historycznej wyobraźni. Stalina z oczywistych powodów trzeba umieścić w odrębnej kategorii.
Ale po alianckim zwycięstwie nie było już tak jednoznacznie zwycięskiej wojny: koreańska, iracko-irańska czy kongijska kończyły się, mimo milionów ofiar, powrotem do status quo. Wietnamska oraz kolejne wojny irackie i afgańskie doprowadziły jedynie do klęski amerykańskich i rosyjskich interwentów.
Tak było też z kolejnymi wojnami izraelsko-arabskimi, z wyjątkiem dwóch: tej o niepodległość z 1948 roku i sześciodniowej 19 lat później. Całkowicie zmieniły one Bliski Wschód pokazując, że Izraela nie da się ani zlikwidować, ani łatwo pokonać. Odtąd kolejne rządy izraelskie przekonują, z malejącym uzasadnieniem, że toczą kolejne wydania tych wojen, podczas gdy ich przeciwnicy, trafniej już, uznają się za kolejne wcielenie Viet Congu czy też mudżahedinów lub talibów.
Jedni dążą do miażdżącego, rozstrzygającego zwycięstwa. Drudzy zadowalają się tym, że udaje im się to dążenie udaremnić kolejny raz. Dopóki obie strony nie będą zgodne jakiego rodzaju wojnę toczą, uwaga Einsteina pozostanie w mocy.