Przegrana Viktora Orbána może wyglądać jak punkt zwrotny. Przez lata był najbardziej wyrazistą twarzą prawicowego populizmu w Europie – politykiem, który nie tylko łamał liberalne reguły, ale robił to skutecznie i bez większych konsekwencji. Jeśli więc on przegrywa, a jego rywal, Péter Magyar, zdobywa większość konstytucyjną, łatwo uwierzyć, że kończy się pewna epoka.
Czy tak rzeczywiście jest?
„Orbán był dużą rybą w małym akwarium” – odpowiada Jan Zielonka, politolog i profesor europeistyki na Uniwersytecie w Wenecji i w Warszawie, w rozmowie, którą publikujemy w naszym Temacie Tygodnia.
Orbán był silny słabością Unii Europejskiej
Premier był widoczny, często irytujący, ale przede wszystkim przez szesnaście lat otwarcie podważał reguły liberalnej demokracji. Jego autokratyczny zwrot pokazywał i przesuwał granice systemu, w którym funkcjonuje Europa. Te granice nie znikną wraz ze zmianą rządu w Budapeszcie.
To, co przez lata robił Orbán, równie wiele mówiło o jego zdolnościach politycznych, co o słabości alternatywy.
Problem polega na tym, że nawet gdy wygrywają zwolennicy liberalnej demokracji – jak Donald Tusk, Emmanuel Macron czy Friedrich Merz – ich rządy szybko tracą społeczne poparcie. Nie tylko dlatego, że pojedyncze państwa nie są w stanie rozwiązać systemowych kryzysów w ciągu jednej kadencji, ale też dlatego, że wiele liberalno-demokratycznych obietnic zostało skompromitowanych przez praktykę rządzenia. I dlatego wyborcy szukają zmiany.
„Populizm będzie istniał tak długo, jak długo będzie zapotrzebowanie na populistów. Takie są reguły demokracji. Jeżeli rządy nie będą dawały ludziom nadziei na lepszą przyszłość, będą oni szukać tych, którzy im ją obiecają” – mówi Zielonka w rozmowie z Katarzyną Skrzydłowską–Kalukin.
Populizm rozczarowuje
Z kolei rządy populistów szybko weryfikują ich obietnice, co pokazuje przypadek Donalda Trumpa. Prezydent odrzuca reguły liberalnej demokracji i próbuje rządzić jak król, z pomocą niewielkiego dworu, o czym pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów. Robi to jednak na tyle nieskutecznie, że zaczynają się od niego odwracać wyborcy i media, którym zawdzięczał swoją powtórną wygraną.
Co więcej, europejska prawica, widząc chaos, jakim stała się amerykańska polityka zagraniczna, zaczyna zdawać sobie sprawę, że sojusz z Trumpem jest ryzykowny. Dość wspomnieć spadek Orbána w sondażach po tym, jak Trump udzielił mu poparcia, czy sprzeciw Giorgii Meloni wobec ostatnich ingerencji prezydenta Stanów Zjednoczonych w sprawy Watykanu.
Trump, który przez lata był siłą wznoszącą globalną skrajną prawicę, staje się coraz bardziej toksyczny – nawet dla tych, którzy są mu bliscy ideowo. Wojna z Iranem, którą rozpętał za namową Izraela tylko przyspieszyła ten proces. W Europie dodatkowym czynnikiem, który trzyma populistów wewnątrz UE, pozostają konsekwencje brexitu.
Dlatego pytanie nie brzmi, czy po Orbánie fala populizmu opadnie, ale jak jej nowy kierunek zmieni Unię Europejską w najbliższych latach.
I czy siły liberalno-demokratyczne będą w stanie zaoferować realną alternatywę.
Wygra ten, kto będzie zmianą
Już w przyszłym roku poznamy odpowiedź, patrząc na potencjalne zmiany rządzących w kluczowych stolicach Europy – Berlinie, Paryżu i Warszawie. Wyniki tych wyborów będą również bardzo ważne dla Moskwy, liczącej na zwycięstwo tych, którzy nie wykazują większego entuzjazmu wobec pomocy dla Ukrainy.
Wydawałoby się, że z perspektywy Polski oczywiste jest, że zwycięstwo takich sił stanowi zagrożenie. Mimo to duża część polskiej prawicy – z chlubnymi wyjątkami – w węgierskich wyborach poparła Orbána, który sam określał się jako „mysz” wobec „lwa” Putina.
To nic nowego, że prawicowa międzynarodówka jest wewnętrznie sprzeczna. Problem w tym, że wykazywanie tych sprzeczności nie wystarcza. Obywatele wciąż będą głosować na tych, którzy potrafią zagospodarować gniew i rozczarowanie.
Bez wiarygodnej obietnicy zmiany w kluczowych dla wyborców tematach liberalna demokracja będzie dalej przegrywać. Nawet wtedy, gdy wygrywa wybory.
W dziale opinii publikujemy z kolei pierwszy tekst z minicyklu poświęconego przewrotowi majowemu w 1926 roku z perspektywy stu lat. Rocznica tego symbolicznego końca demokratycznych rządów w II RP jest powodem do tego, żeby przyjrzeć się mechanizmom destrukcji demokracji. Dziś tekst historyka specjalizującego się w dziejach Polski – Padraica Kenneya.
Zapraszam do lektury,
Jakub Bodziony
zastępca redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”