Iwona Boruszkowska, fot. Katarzyna Kukiełka

Książka Sofii Jabłońskiej „Czar Maroka” ukazała się w Polsce dopiero w ubiegłym roku, niemal sto lat od swojej pierwotnej publikacji. O tym, co wyróżnia tę ukraińską pisarkę, dziennikarkę oraz podróżniczkę i czemu jej spojrzenie wciąż tak wiele może nas nauczyć o naszym patrzeniu na świat i granice, z Iwoną Boruszkowską, tłumaczką książki, rozmawia Paulina Rzymanek.

Paulina Rzymanek: Zacznijmy od próby zaklasyfikowania stylu Sofii Jabłońskiej. Jej książka „Czar Maroka” to bardzo mocny i dojrzały – jak na młody wiek pisarki – debiut o zdecydowanym głosie i poglądach. Dziś lubimy jasne podziały gatunkowe i chcemy wiedzieć, gdzie umiejscowić danego pisarza czy pisarkę. Sam „Czar Maroka” został określony w notce wydawniczej jako reportaż, a mnie ciekawi, w jakim gatunku ty widzisz Jabłońską. A może szukanie konkretnej etykietki gatunkowej przyniesie tej książce więcej szkody niż pożytku?

Iwona Boruszkowska: Ponieważ projekt pisarski Sofii Jabłońskiej jest projektem modernistycznym, to zdecydowanie niezbyt dobrze sprawdzi się tu doprecyzowywanie. Trudno by było określić jej twórczość jako czystą prozę reportażową, bo nie jest to reportaż w ścisłym sensie, nie są to też tylko i wyłącznie impresje z podróży. Za każdym razem, gdy staram się opowiadać czy pisać o tekstach Jabłońskiej, szukam dla niej nazwy gatunkowej i wydaje mi się, że ze względu na kontekst kulturowy dobrym określeniem jest trawelog. Odwołuje się ono do bardzo silnej we wschodniej literaturze tradycji podróżopisarstwa, związanego również z pielgrzymkami do miejsc świętych. We wschodniej słowiańszczyźnie trawelogi w postaci itinerariów mają bardzo długą tradycję i według mnie są one poprzednikiem dwudziestowiecznego trawelogu, do którego Jabłońska dodaje od siebie nie tylko reportażowo-literacki czy reportażowo-poetycki styl opisu, ale też bardzo osobiste, indywidualne spojrzenie na różne elementy rzeczywistości, której doświadcza.

Z jednej więc strony mamy dokument podróżniczy, a z drugiej – bardzo wnikliwe, indywidualne obserwacje autorki. Jabłońska opisuje odwiedzane miejsca przez pryzmat swoich zachwytów, opisuje ludzi, obyczaje, krajobrazy i nie podchodzi do tego obiektywnie, tylko w sposób bardzo poetycki, pełen autentycznego zaciekawienia światem. W żadnym z jej tekstów nie ma egzotyzacji czy dekoracyjności orientalnej, jest za to na pewno bardzo wyraźne „ja” narracyjne – Jabłońska jest w tych tekstach obecna. 

Co ważne, w przypadku Jabłońskiej nigdy nie mamy do czynienia tylko i wyłącznie z tekstem, bo łączy ona różne sposoby opisu rzeczywistości. To więc nie tylko proza, ale też listy, które towarzyszą tym podróżom. Nie możemy też zapomnieć o zdjęciach, które są źródłem obrazowości i szczegółowości opisów, a także o odnalezionych jakiś czas temu fragmentach filmów, które kręciła z różnych miejsc, a które można było niedawno zobaczyć na wystawie „Lwowianki” w Muzeum Narodowym w Krakowie. Myślę, że im bardziej rozbudowaną i wnikliwą definicję zaproponujemy, tym lepiej dla tych tekstów, które zresztą są pierwszymi tego rodzaju realizacjami w literaturze ukraińskiej w XX wieku – i generalnie w literaturze ukraińskiej.

Zanim przejdziemy do tego, co wyróżnia Sofię Jabłońską na tle innych podróżników, podróżniczek czy reporterów i reporterek z tego okresu, omówimy fotografię i rolę, jaką odgrywa ona w jej tekstach, chcę zapytać o współczesnego czytelnika. Polscy odbiorcy i odbiorczynie dostają tę książkę dopiero teraz, po niemal stu latach od pierwotnej publikacji. Dlaczego ta książka wciąż może być aktualna? Czy to za sprawą poszukiwania autentyczności? A może chodzi o fakt, że teraz, w dobie sztucznej inteligencji, potrzebujemy konkretnego dokumentu? Co twoim zdaniem jest walorem, który sprawa, że Sofia Jabłońska tak się wyróżnia?

Jabłońska była pisarką szalenie popularną w dwudziestoleciu międzywojennym. Na organizowanych z nią spotkaniach autorskich w Galicji zawsze był komplet na widowni. Dziś powiedzielibyśmy, że miała status pisarki-celebrytki czy dziennikarki-celebrytki. Potem z powodów historyczno-politycznych w literaturze ukraińskiej XX wieku pojawia się wielka dziura. W okresie Ukrainy radzieckiej ukraiński czytelnik nie ma za bardzo kontaktu z tekstami przedwojennymi. Dopiero niedawno nastąpił moment ponownego odkrycia Jabłońskiej. Wydaje mi się, że można zaobserwować podobieństwo między tym, co zachwycało czytelników kiedyś, a tym, co może zachwycić nas dziś. Z jednej strony to właśnie ta autentyczność: to element, który przyciąga czytelników i czytelniczki do literatury reportażowej czy do literatury autobiograficznej, bo właśnie w tych polach można umieścić literaturę Sofii Jabłońskiej.

Z drugiej strony – to duch przygody, który jest w tych tekstach obecny i który towarzyszył Jabłońskiej w jej projektach literackich. Jabłońska całym swoim życiem i twórczością wcielała modernistyczną ideę, by nie oddzielać tego, co artystyczne od tego, co życiowe, codzienne. Czyniła te przyziemne czynności, takie jak na przykład praca dziennikarska czy przemieszczanie się, tematami swoich tekstów i działalności artystycznej.

Dla mnie ogromną wartością jest również perspektywa kobiety podróżującej samotnie, świadomej swojego miejsca w świecie, zdającej sobie sprawę z ograniczeń, które kultura patriarchalna na początku XX wieku na nią nałożyła. I takiej, która bardzo mocno wierzy w to, że swoim działaniem może coś zmienić. Jabłońska całe swoje życie poświęciła temu, by ograniczenia, czy to te wynikające z woli rodziców, czy z zachodnioeuropejskich konwenansów, jej po prostu nie ograniczały. 

Co więcej, teraz znajdujemy się w momencie, kiedy świat tak naprawdę na nowo ustala definicję tego, czym są mobilność i granica. Ponownie znajdujemy się w Europie Środkowo-Wschodniej w sytuacji, kiedy w wyniku konfliktu wojennego, czyli wojny Rosji z Ukrainą, mamy do czynienia z kolejną falą przymusowej migracji, której Sofia Jabłońska również doświadczyła. Jej historia przemieszczania się była związana z pierwszą wojną światową i jej konsekwencjami. Była także oczywiście osobistym wyborem, ale w późniejszych latach wojna chińsko-japońska uwięziła ją w Azji na dobrych kilka lat, bez możliwości powrotu do Europy. W obliczu obecnej sytuacji geopolitycznej w centrum różnych problemów, z którymi się borykamy, znajduje się właśnie konieczność stawienia czoła migracjom. Musimy na nowo przemyśleć ideę przemieszczania się i zbudować świadomość tego, w jaki sposób zajmujemy swoje miejsce w świecie – z tymi samymi problemami musiała koegzystować Jabłońska.

Jeszcze jednym wyróżnikiem, którego nie znajdziemy u kilku wspaniałych pisarzy z lat nieco późniejszych, a którzy podróżowali do różnych odległych miejsc na świecie, jest ogromna otwartość i wrażliwość na inne kultury, szczególnie na los jednostek podporządkowanych czy zależnych, takich jak na przykład kobiety opisywane w „Czarze Maroka”. Mimo że jest to proza, w której widać zachwyt odwiedzanymi miejscami, to Jabłońska nie jest autorką egzotycznych relacji, która chce prezentować orientalne elementy rzeczywistości. Można by więc wymienić wiele elementów, które wyróżniają Jabłońską i czynią jej prozę bardzo aktualną dzisiaj.

Jeden z moich ulubionych fragmentów, który łączy się z tym, co mówisz o wrażliwości Jabłońskiej, to rozdział pod tytułem „Co nieco o turystach”. Myślę, że może być dla nas współcześnie bardzo ważny w kontekście świadomości dotyczącej etyki podróżowania albo właśnie wręcz przeciwnie: jej braku. Sofia Jabłońska jest bardzo krytyczna wobec turystów, a mówiąc dokładniej – względem tego, jak patrzą: ich spojrzenie jest spojrzeniem powierzchownym. Moim zdaniem ten tekst to próba obrony uważnego sposobu widzenia. Turyści, podobnie jak ona, mają aparaty fotograficzne, ale zupełnie inaczej przez nie patrzą. Jak ty interpretujesz jej fotograficzne oko?

Bycie fotografką i sam akt fotografowania, który wpisuje się w nowoczesną, samodzielną i samoświadomą podmiotowość, to coś, co zdecydowanie charakteryzuje Sofię Jabłońską. W sensie literackim na pewno wyróżnia ją to, że jej pisarstwo jest pisarstwem na pograniczu różnych stylów, różnych gatunków. Mamy reportaż, trochę eseistyki, trochę tekstu autobiograficznego i nowoczesną, sensualną prozę artystyczną. To swego rodzaju wypracowany przez nią model, a nie zwykła relacja z wyprawy, a fotografie, które wykonywała w trakcie swoich podróży, dopełniają to jej podróżopisarstwo. Z jednej strony stanowią rodzaj eksperymentu artystycznego, a z drugiej – są, tak jak podróż i tak jak pisanie, pewną formą samopoznania. W wielu momentach Jabłońska odkłada aparat fotograficzny, widząc na przykład, jak Berberzy boją się tego wynalazku, twierdząc, że on zabiera duszę. Ani jej pisanie ani jej fotografia nie są przemocowe, a takie sytuacje miały miejsce w przypadku innych reportażystów.

Myślę, że fotografowanie miało z jednej strony osadzić ją w czasie i przestrzeni, w których akurat się znajdowała, a z drugiej – pozwolić jej bardziej zatrzymać się w sensie kontemplacyjnym. To nie było szybkie cykanie selfie, z jakim mamy teraz do czynienia.

O pośpiechu również przeczytamy. Turyści śpieszą się zanotować każdą nazwę w swoich kajecikach, ich aparaty „sterczą gotowe do strzału”. Tak jak powiedziałaś: za aparatem fotograficznym może kryć się przemoc, z której Sofia Jabłońska świadomie rezygnuje, gdy widzi, że to nie jest odpowiedni moment, by kogoś lub coś uwiecznić. 

To prawda, co więcej, ona jest nie tylko autorką zdjęć, które mają dokumentować jakiś fragment rzeczywistości, czy to będzie Maroko, czy Indochiny. Na wielu fotografiach widzimy samą Jabłońską, są to jej autoportrety, dziś powiedzielibyśmy – selfie. Jabłońska chce się niejako sama zobaczyć wpisaną w ten pejzaż, krajobraz i rzeczywistość, które opisuje. Tak jak wspominałam, spędziła w wielu opisywanych przez siebie miejscach sporo czasu, zawierała przyjaźnie, dogłębnie poznała kultury, języki, obyczaje. W jej przypadku fotografia to coś głębszego i coś większego niż tylko stanie po drugiej stronie aparatu, kierowanie oka kamery czy obiektywu fotograficznego w jakieś miejsce i uwiecznianie go. Bardziej odczytuję to jako próbę poeksperymentowania z alternatywnymi życiami.

Do moich ulubionych zdjęć należą te, na których widzimy cień Sofii Jabłońskiej. Dla mnie jest on symbolem obecności i uczestnictwa w danej chwili oraz przebywania z osobami fotografowanymi na równych zasadach. Można powiedzieć, że te zdjęcia z jednej strony zamykają jakiś kadr, ale z drugiej – mocno otwierają nas na nowe interpretacje, które w osobie czytającej mogą się pojawić po kontakcie z tą prozą i z tymi obrazami.

Tak, na pewno, jej fotografia nie jest tylko i wyłącznie dodatkiem do tekstu. To część szeroko rozumianego projektu artystycznego i dokumentacyjnego, a teraz – dzięki fundacji Sofii Jabłońskiej – ten dorobek fotograficzny, filmy, rękopisy tekstów niewydanych czy korespondencja zostaną nam udostępnione.

Jak poruszałaś się po tym przebogatym świecie, który proponuje nam Sofia Jabłońska? Mowa była o podróżopisaniu, o trawelogach, dokumentach, fotografiach ubranych w słowa. To wiele warstw i ciekawi mnie, czy tłumaczenie przyszło ci z łatwością, czy jednak coś cię zaskoczyło w pracy translatorskiej?

Zaczęłam zajmować się Sofią Jabłońską bez mała trzynaście, czternaście lat temu. Teraz mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją: dostępne są nowe ukraińskie wydania jej tekstów, a ja musiałam posiłkować się tymi opublikowanymi w latach trzydziestych XX wieku – szperając po bibliotekach. Jabłońska zafascynowała mnie jako pisarka, artystka, fotografka, podróżniczka. Na samym początku badałam ją naukowo, nie podejmowałam się tłumaczenia, bo jej twórczość wymyka się różnym schematom, do których na przykład tłumaczenie tekstów drugiej połowy XX wieku nas przyzwyczaja. Musiałam zgłębić jej życiorys, by zbudować sobie drogę do Sofii Jabłońskiej i by móc za nią podążać, żeby potem możliwe było tłumaczenie jej tekstów. Fragmenty „Czaru Maroka” tłumaczyłam kilka dobre lat temu, ale na potrzeby tego wydania przełożyłam wszystko jeszcze raz, od nowa. Były to dwa zupełnie różne tłumaczenia. Myślę, że za każdym razem można nieco inaczej odczytać teksty Jabłońskiej, zwracać uwagę na jakieś inne z tych licznych aspektów, które w jej tekstach się znajdują.

Czy pracujesz nad tłumaczeniem pozostałych zapisków Sofii Jabłońskiej? Czy możemy liczyć na to, że dowiemy się, jak po polsku brzmią jej teksty z Indochin i innych miejsc, które odwiedziła i poznała?

Tak, pracuję! Moim wielkim marzeniem było przetłumaczenie Jabłońskiej i to, żeby jej książki ukazały się w języku polskim. Jakiś czas temu zaczęłam pracę nad kolejnym tomem, który jest środkową częścią jej trylogii podróżniczej. Pierwsza część to „Czar Maroka”, wydana pierwotnie w 1932 roku, druga książka to „W krainie ryżu i opium”, która ukazała się w 1936 i trzecia „Dalekie horyzonty” z 1939 roku. Są plany, aby w 2027 roku w wydawnictwie Warsztaty Kultury ukazał się drugi tom i razem z Aleksandrą Zińczuk, redaktorką, uważamy, że warto pokazać te przemiany stylu i przemianę sposobu opisywania rzeczywistości oraz samego podróżowania. Chcemy po kolei prezentować polskim czytelnikom i czytelniczkom kolejne książki Jabłońskiej.

Książka:

Sofia Jabłońska, „Czar Maroka”, tłum. Iwona Boruszkowska, wyd. Warsztaty Kultury w Lublinie, Lublin 2025.