
Mahmud Doulatabadi w Iranie jest już pisarzem klasycznym. Jego książki znane są także czytelniczkom i czytelnikom zagranicznym. W Polsce wydawnictwo ArtRage wydało właśnie pierwszą książkę tego autora po polsku. Przetłumaczył ją afganolog i iranista Mateusz M. Kłagisz, z którym rozmawiam między innymi o tym, dlaczego akurat ten tytuł pojawia się na polskim rynku wydawniczym jako pierwszy. „Idąc na rzeź” jest bowiem książką zupełnie inną od tego, co przez lata pisał i z czego jest znany w swoim kraju Doulatabadi.
Sylwia Góra: Myślę, że warto zacząć naszą rozmowę od przybliżenia samego autora, bo w Polsce nie jest to znana postać. To bowiem pierwsza książka Mahmuda Doulatabadiego, która ukazała się po polsku.
Mateusz M. Kłagisz: Tak, to prawda, a jednak to autor o bardzo mocno ugruntowanej pozycji literackiej w Iranie. Urodził w 1940 roku i to jest dosyć ważny element, bo oznacza, że miał 38–39 lat, kiedy rozgrywała się rewolucja, ta którą nazywamy dzisiaj islamską, ale proszę pamiętać, że ona nie była islamska w swoich początkach, tylko w pewnym momencie bardzo mocno lewicowa, lumpenproletariacka. Jednak elementem jednoczącym okazała się tutaj religia – islam.
Mahmud Doulatabadi zaczął tworzyć jeszcze przed rewolucją, a więc w czasie monarchii pahlawijskiej, w trochę innej atmosferze literackiej, politycznej, kulturowej. Natomiast po rewolucji pozostał w Iranie. Irańska emigracja zarzuca mu to, że pozostając w kraju legitymizuje kulturową wartość reżimu.
Dowlatabadi urodził się w północno-wschodnim Iranie, w Chorasanie – to dość ważny rejon kulturowy dla świata irańskiego – w miejscowości Doulatabad (stąd jego nazwisko), w rodzinie raczej z niższych warstw społecznych. To jest dosyć istotne, bo społeczeństwo irańskie jest społeczeństwem klasowym. To, że autor pochodzi ze środowiska wiejskiego, ma bardzo konkretny wpływ na jego twórczość, sposób pisania, język i tematykę. Otrzymał jednak solidne, podstawowe wykształcenie w dziedziny literatury.
Jest znany przede wszystkim jako autor cyklu utworów poświęconych życiu wiejskiemu. Jego największe dzieło „Kelidar”, to realistyczna dziesięciotomowa powieść, która powstawała naprawdę bardzo długo. To panorama życia wiejskiego i koczowników między innymi kurdyjskich na tle chłopów chorasańskich, pod koniec lat czterdziestych XX wieku. To jest dosyć istotne z historycznego punktu widzenia, bo lata 1941–1953 to w Iranie okres względnej swobody politycznej. Po abdykacji Rezy Szacha, nowym królem jest jego syn Mohammad Reza Pahlawi, ale do 1953 roku de facto nie sprawuje jeszcze władzy autorytarnej.
Poza tym jesteśmy zaraz po drugiej wojnie światowej, która rozgrywała się też na Bliskim Wschodzie, niekoniecznie w postaci działań militarnych, ale proszę pamiętać, że Iran w czasie drugiej wojny światowej był okupowany przez państwa alianckie, północną część zajął Związek Radziecki, reszta kraju znajdowała się pod kontrolą brytyjską.
Doulatabadi jako nastolatek wyjeżdża do Maszhadu, a potem trafia do Teheranu, gdzie dominują środowiska artystycznego fermentu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Był w tym czasie także aktorem teatralnym, później pisał scenariusze filmowe, więc to połączenie ze światem artystycznym w jego przypadku było i jest nadal wyraźne. Zresztą niektóre z jego opowiadań zostały także sfilmowane. Swoją przygodę z pisarstwem zaczął dość wcześnie: jako dwudziestoparolatek opublikował pierwsze opowiadanie, potem wydał książkę i jak sam opowiada – szybko został aresztowany przez policję. Trafił na komisariat i po tym, jak zapytał, co jest powodem jego aresztowania, usłyszał w odpowiedzi: „kogo byśmy nie aresztowali, to w jego domu znajdujemy pańską książkę”.
W tych latach w Iranie była bardzo mocna inwigilacja środowisk lewicowych, a ponieważ on opisywał środowiska biedoty, niziny społeczne, to w sposób naturalny dotykał tematów, które były też przedmiotem zainteresowania środowisk lewicowych, bo cała rewolucja 1978–1979 wyrastała właśnie z buntu przeciwko nierównej dystrybucji dóbr, podbudowana także kwestiami ideologicznymi.
Po rewolucji Doulatabadi zostaje autorem, który nie dokonuje migracji wewnętrznej, a cały czas tworzy, pisze. Nie zawsze było i jest mu po drodze z republiką islamską, więc nie jest tak, że staje się reżimowym autorem. Najlepszym przykładem jest właśnie powieść „Idąc na rzeź” – oraz „Upadek pułkownika”, która do tej pory nie ukazała się w Iranie.
„Idąc na rzeź” to zupełnie nowa jakość pod względem języka, formy, struktury, wyróżniająca się na tle tekstów wiejskich. Za tło bierze wojnę iracko-irańską, a „Upadek pułkownika” rewolucję islamską, czyli jeszcze głębiej wchodzi w to traumatyczne doświadczenie społeczeństwa irańskiego drugiej połowy XX wieku.
Bardzo ciekawe jest to, że Mahmud Doulatabadi nigdy w zasadzie nie wyjechał z Teheranu. I nie jest też autorem, który wypowiada się o swoim kraju w mediach zagranicznych. Nie znamy także jego wypowiedzi dotyczących ostatnich wydarzeń irańskich.
Doulatabadi ostatnimi laty nie jest postacią, która jakoś szczególnie dyskutowałaby na temat polityki albo bieżących wydarzeń. Ja sam miałem okazję spotkać go tylko raz, to było w 2013 roku, przy okazji konferencji iranistycznej w Sarajewie. Wtedy odbyła się też wielka feta na jego cześć oraz dyskusja prowadzona przez jednego z ważniejszych irańskich, ale emigracyjnych, badaczy współczesnej literatury irańskiej. Była dyskusja o miejscu pisarza w świecie, powiedziałbym – bardziej teoretyczna czy filozoficzna.
Doulatabadi udzielił też wywiadu BBC Persian. To jest kanał, który w ramach BBC, stara się być neutralnym medium, które daje płaszczyznę do dyskusji zarówno środowiskom migracyjnym, opozycyjnym, jak i osobom czy środowiskom, które są w system polityczny irański jakoś wrośnięte. Jednak to jest jeden z nielicznych wywiadów, których ostatnimi laty udzielił.
W kontekście tego, co się teraz dzieje w Iranie, tak naprawdę nie wiemy, co mówi. On się w tej kwestii w ogóle nie wypowiada. Możemy zgadywać, dlaczego tak robi, ale nie będę chyba podejmował próby zrozumienia jego milczenia. Jakiekolwiek próby zrozumienia tego byłyby z mojej strony tylko i wyłącznie przypuszczeniami, więc pozostawiam tę kwestię na boku, zupełnie otwartą.

ArtRage wydało, a pan przetłumaczył, pierwszą w Polsce książkę autorstwa Doulatabadiego „Idąc na rzeź”, która, jak już powiedzieliśmy, nie należy do cyklu realistycznych powieści autora, wręcz przeciwnie, jest postmodernistyczna, czy też w pewnym sensie surrealistyczna. Czy literatura irańska ma taką tradycję, czy to bardzo szczególna pozycja?
To jest powieść nawet nie postmodernistyczna, tylko postpostmodernistyczna. I to ciekawe, że wydawnictwo ArtRage zdecydowało się opublikować tę książkę, choć może właśnie ze względu na jej wyjątkowość na tle twórczości Doulatabadiego.
„Idąc na rzeź” jest pod względem struktury języka zupełnie różna od cyklów wiejskich. Wspomniała pani o surrealizmie. Tak, to jest dobry trop, warto też pamiętać, że realizm magiczny w literaturze perskiej to nie jest stuprocentowy import z literatury latynoamerykańskiej. Ma źródła w kulturze irańskiej i ten wpływ, czy taki dodatkowy impuls w postaci późniejszych przykładów literatury latynoamerykańskiej, mógł tylko podbić te kwestie.
Ta książka wpisuje się bardzo mocno w pewien sposób prowadzenia narracji dla literatury perskiej i może dlatego nie jest taka prosta w odbiorze i lekturze dla polskiego czytelnika. Jest tu mnóstwo intertekstualnych nawiązań do innych tekstów irańskich i to jest pewnego rodzaju maniera, która jest też obecna u innych autorów. Na przykład u Huszanga Golsziriego jest jedno takie opowiadanie, które jest stylizowane właściwie na stary rękopis średniowieczny, który jest dodatkowo obudowany typową dla tamtego okresu narracją szkatułkową.
„Idąc na rzeź” także możemy „pociąć na kawałki”, poukładać na osi czasu, tak jak powinna być ułożona, bo oś czasu jest połamana. Wtedy zauważymy, że ta szkatułkowość jest wyraźnie obecna. To nawiązuje w dosyć dużym stopniu do estetyki irańskiej, podobnie jak zabawa krótkimi i długimi zadaniami. To nie zawsze daje się odtworzyć na płaszczyźnie języka polskiego, ale jest obecne bardzo wyraźnie na płaszczyźnie irańskiej.
W „Idąc na rzeź” wchodzi w grę także inna kwestia, ponieważ temat dotyczy wojny iracko-irańskiej oraz żołnierzy. Armia irańska w czasie tej wojny, jako pewnego rodzaju kod, posługiwała się również poezją irańską. Mam więc dodatkowo taki komponent, a także, powiedziałbym, oniryczny sen i nawiązanie do chyba najważniejszej dwudziestowiecznej irańskiej powieści, przetłumaczonej na język polski pod koniec lat siedemdziesiątych jako „Ślepa sowa” Sadeqa Hedajata, która jest punktem odniesienia dla wielu irańskich twórców.
Wykorzystanie tego onirycznego snu, który tutaj akurat wywołany jest pragnieniem, męczącym brakiem wody, jest niezwykle istotne. Obecność nawiązań do „Ślepej sowy” jest tu wartością naddaną, natomiast ze względu na słabą obecność literatury irańskiej w Polsce, ona dla polskiego czytelnika może nie być rozpoznawalna.
Ale to nie jest powieść, która będzie polskiej czytelniczce czy czytelnikowi zupełnie obca. Jest bowiem czytelna na innych poziomach: narracji czy sytuacji. Ta książka to antywojenny apel, pokazuje przypadkowość śmierci. Choć dotyka tematu wojny irańsko-irackiej z lat 1980–1988 i w jakiś sposób wpisuje się w gatunek literatury świętej obrony, czy też z nim dyskutuje.
Ona idzie w poprzek tego gatunku, bo wojna iracko-irańska jest dla społeczeństwa irańskiego doświadczeniem traumatycznym. Właściwie są dwa takie doświadczenia od drugiej połowy XX wieku. Pierwsza to jest rewolucja, która bardzo szybko okazuje się klasyczną rewolucją zjadającą własne dzieci. I właściwie ta rewolucja jeszcze trwa.
Ten ferment polityczny w Iranie wciąż ma miejsce, kiedy dochodzi do ataku irackiego. Rozpoczyna się trwająca osiem lat przeciągnięta wojna, która pod wieloma względami przypomina pierwszą wojnę światową. Wojna pozycyjna, gdzie miesiącami walczy się o jeden metr kwadratowy frontu, gdzie mamy wykorzystanie gazów bojowych i mnóstwo ofiar, które tak naprawdę przekładają się na znikome zyski.
Ta wojna mogła się skończyć wcześniej, ale z przyczyn politycznych była przeciągana przez obie strony. Kiedy kończy się w 1988 roku, to Irańczycy, ale też Irakijczycy, i to trzeba wyraźnie podkreślić, wychodzą z niej mocno pokiereszowani.
A ponieważ jest to wojna, która właściwie zaczyna się zaraz po wygranej rewolucji, to bardzo szybko zyskuje element określenia jako walka w obronie rewolucji. To nie jest tylko i wyłącznie walka w obronie Iranu, ale to jest również walka w obronie nas, naszych zdobyczy, naszej rewolucji, której nikt nie rozumie. Trzeba wyraźnie podkreślić, że rewolucja 1978–1979 – celowo unikam hasła „islamska”, żeby oddać, że ona nie była islamska od samego początku – to jest fenomen, który spotkał się z bardzo mocną reakcją państw na świecie i odrzuceniem przez wiele państw jako coś wstecznego, cofającego Iran „do epoki kamienia”, jakby powiedział dzisiaj Donald Trump.
Tylko że ta rewolucja była naturalnym efektem pewnego rozwoju historycznego, społecznego, intelektualnego czy politycznego w dwudziestowiecznym Iranie. Była domknięciem czegoś, co miało miejsce na początku XX wieku w postaci rewolucji konstytucyjnej. Choć też nie jest tak, że ona jest domknięciem i koniec. Ona jest też etapem w czymś, co wyraźnie widzimy, dalej w Iranie się zmienia, przekształca i wypluwa jakąś nową wartość.
Dlatego ta wojna była postrzegana przez Irańczyków jako obrona przed całym światem zewnętrznym, który chce tę rewolucję stłamsić, zniszczyć, odebrać im coś przy pomocy Irakijczyków. Dla republiki islamskiej jest ona niezwykle istotna, bo to jest element ideologiczno-propagandowy, zjednoczenie społeczeństwa irańskiego po rewolucji, która już w 1980 roku nie była takim elementem całkowicie jednoczącym, lecz także dzielącym.
Ta wojna stała się pretekstem do umacniania kruchego zjednoczenia i cały czas jest wykorzystywana ideologicznie i politycznie w Iranie. Jeśli ktoś pojedzie do Iranu, to zobaczy, że nawiązania do wojny iracko-irańskiej są obecne w przestrzeni publicznej cały czas. To są ulice i place męczenników z imienia lub bezimiennych. Są męczennicy muzułmanie, męczennicy żydzi, męczennicy chrześcijanie. Męczennik wyrasta tutaj ponad konotację religijną i staje się ponadreligijnym desygnatem kogoś, kto oddał życie za Iran, za rewolucję. W okresie kiedy mamy kolejną rocznicę wybuchu wojny, radio, telewizja, prasa, przestrzeń miejska, wszystko jest wypełnione tą wojną.
Publikacji dokumentalnych na temat tej wojny jest cała masa. To jest nie tylko literatura, to są albumy, filmy, wystawy. A jeśli chodzi o literaturę piękną, to jest literatura i dla dorosłych, na przykład wspomnienia po męczennikach, opowieści z frontu, ale to jest też cała rozbudowana literatura młodzieżowa czy dziecięca. Sprawa służy kształtowaniu pewnych postaw społecznych czy obywatelskich.
I nagle mamy kontrę w postaci „Idąc na rzeź”, choć to nie jest samotna książka, która idzie w poprzek tej narracji państwowej, ale książka, która reprezentuje nurt opowiadania o wojnie iracko-irańskiej z innej perspektywy, bardziej krytycznej.
A jednak ta książka czekała ponad dekadę na wydanie w Iranie ze względu na cenzurę. Wydaje nam się bowiem, że historia iracko-irańska to historia wrogości czy nieustającej agresji, ale po przeczytaniu tej książki widzimy więcej sąsiedzkich relacji, podobieństw, niż nienawiści.
Tak, dlatego mamy perspektywę tak naprawdę zdublowanych żołnierzy, zdublowanych pisarzy i to wszystko pokazane bardziej z perspektywy pisarza irackiego, a nie irańskiego. To jest paradoksalne, żeby ująć właśnie tę bliskość kulturową, geograficzną, wspólne dziedzictwo i podkreślić, że to nie jest tak, że naprzeciwko nas stają zupełnie obcy ludzie, tylko ludzie, z którymi łączy nas bardzo, bardzo wiele. Sprowadzając to do bardzo prostej metafory, można powiedzieć, że jest tak, jakby naprzeciwko siebie stanęli dwaj bracia i musieli ze sobą walczyć.
Metaforyczny jest także tytuł powieści. Wiem, że zastanawiał się pan, jak go najlepiej przełożyć tak, aby był czytelny dla polskiej czytelniczki i czytelnika oraz pozwalał osadzić tę konkretną historię w nieco szerszym kontekście, bo oczywiście to jest możliwe.
Pierwsze zdanie powieści pozwala ją umiejscowić tak naprawdę w dowolnym miejscu geograficznym, a gdyby odsunąć nawiązania do współczesnych technologii zabijania, to mogłaby być to de facto książka umiejscowiona w dowolnym momencie historycznym. Może być o konflikcie w Ukrainie, w byłej Jugosławii, w Libanie, Syrii, Jemenie, Algierii w czasie wojny o niepodległość. Wartość tej książki polega także na tym.
I „Idąc na rzeź” ma, moim zdaniem, swoją siostrę w postaci „Upadku pułkownika”. Może kiedyś uda się przetłumaczyć także tę powieść. Chociaż tu jest ogromny problem, bo mamy wydanie niemieckie i angielskie, ale nie wiemy na podstawie czego, ponieważ autor twierdzi, że nikomu nie udostępniał perskiego rękopisu. Mamy więc mistyczny, nigdy niewidziany oryginał, mamy tłumaczenie niemieckie, z którego przygotowano tłumaczenie perskie i to tłumaczenie perskie można kupić spod tak zwanej lady w Iranie. I ja mam takie właśnie tłumaczenie.
Natomiast jeśli chodzi o tłumaczenie tytułu „Idąc na rzeź”, to była rzecz bardzo problematyczna dlatego, że po persku to jest tytuł, którego nie da się bezpośrednio przetłumaczyć. Musiałby to być tytuł w stylu tych oświeceniowych: co najmniej na jedną stronę. Jest to bowiem po persku sformułowanie: „w imię Boga” – zwrot, którego używa się podczas uboju rytualnego zwierzęcia. Na początku myślałem, że może zatem tytuł powinien brzmieć „w imię Boga” albo „w imię Pana”, ale to brzmi zbyt chrześcijańsko, bo mówimy „w imię pana naszego Jezusa Chrystusa”. Po angielsku tytuł tej książki to „Pragnienie”, ale w języku polskim pierwsze skojarzenie jest jednak bardziej symboliczne, a nie związane z potrzebą napicia się. Mniej więcej w połowie książki pojawia się sformułowanie „prowadzony na rzeź”, które uznałem za odpowiadające treści książki. Tracimy trochę komponent muzułmański, ale chyba nie jest to jakąś wielką stratą dla samego wydźwięku.
Pan jako tłumacz, jak mało kto, zdaje sobie sprawę, jak ważna jest odpowiedzialność za słowo. A „Idąc na rzeź” jest też o tym – to traktat o literaturze i jej odpowiedzialności, a także o zdradzie słowa.
Tak, ta książka pokazuje ten kontekst irański i to, że literat w Iranie jest jednak osobą zaangażowaną, czy tego chce, czy nie, w politykę. Od tego nie da się uciec i ponosi się ogromną odpowiedzialność nie tylko za to, co się pisze, ale również w jaki sposób; i jakie się podejmuje decyzje w czasie procesu twórczego.
Kiedy tłumaczyłem tę książkę, w pierwszej kolejności skupiałem się na wątku wojennym i dopiero potem dostrzegłem ten paralelny drugi wątek, który pojawia się przez cały czas. Uważam, że forma „Idąc na rzeź” jest też pewnego rodzaju zabiegiem, który pozwala na zabawę z cenzorem, czyli przemycenie pewnych treści przez gęste sito cenzorskie.
Ta książka czekała ponad dziesięć lat na publikację, ale w ostatecznym rozrachunku to się udało. Warto zaznaczyć, że cenzura w Iranie ma trochę inny charakter niż na przykład cenzura PRL-owska, która miała charakter prewencyjny. Cenzor czytał tekst, oceniał go i albo puszczał albo nie puszczał, ewentualnie wycinał pewne fragmenty. W Iranie, pomimo tego, że tekst przechodzi przez sito cenzorskie, to może być w dowolnym momencie, już po opublikowaniu, wycofany z rynku. I to się zdarza. Wtedy każdy, kto jest posiadaczem takiej książki, jest przedmiotem zainteresowania, czyli karę podnosi nie tylko pisarz, który taki tekst przygotował, ale również wydawca czy księgarz, który go udostępnił. Presja cenzorska na autorach jest więc dużo większa niż w okresie PRL-u w Polsce i powoduje, że autorzy, zwłaszcza w ostatnich latach, dokonują procesu autocenzury. Myślę, że także tym kontekście należy odczytywać ten wątek odpowiedzialności za słowo, który pojawia się w „Idąc na rzeź”.
Książka:
Mahmud Doulatabadi, „Idąc na rzeź”, tłum. Mateusz M. Kłagisz, wyd. ArtRage, Warszawa 2026.
