W pewnym momencie klasycznej już powieści M.T. Andersona jeden z bohaterów mówi: „[…] bo kiedy wszystko można mieć za darmo, to co komu szkodzi” [s. 86]. Brzmi to jak dziwna mantra, która zdaje się skutecznie nawiedzać również współczesny nam świat. Ale w tym jednym zdaniu mieści się właściwie cała filozofia „Feeda”: rzeczywistości całkowicie skolonizowanej przez korporacje, reklamy i wygodę – wartość najwyższą. Świata, w którym człowiek przestaje być obywatelem, użytkownikiem czy nawet konsumentem – staje się przede wszystkim nośnikiem danych. Żywicielem reklamy i upokarzającym obrazem człowieka pozbawionego godności.

Nieprzypadkowo więc „Feed” trafia ponownie – w nowym przekładzie Rafała Lisowskiego – do polskich księgarń w serii „Pojutrze” wydawnictwa Dwie Siostry – cyklu poświęconym literaturze spekulatywnej i dystopijnej dla młodszych czytelników, ale traktującej ich z pełną intelektualną powagą. To seria, która zamiast infantylizować odbiorcę, proponuje mu literackie eksperymenty, niepokojące wizje i pytania o przyszłość świata. Obok Andersona pojawiają się tam książki balansujące między science fiction, fantastyką społeczną i filozoficzną przypowieścią. „Feed” pasuje do tego projektu idealnie – nawet jeśli po lekturze trudno mówić o jakimkolwiek pocieszeniu.

W półśnie konsumpcyjnego komfortu

Fabuła jest pozornie prosta. Titus, nastolatek wychowany w świecie permanentnego podłączenia do feedu – wszczepionego do mózgu strumienia reklam, komunikacji i rozrywki – poznaje Violet, dziewczynę, która jeszcze pamięta, czym jest krytyczne myślenie i pragnie z niego korzystać. Ich relacja rozwija się gdzieś pomiędzy zakupami, imprezami i algorytmicznie generowanymi pragnieniami, ale bardzo szybko okazuje się, że Andersona nie interesuje klasyczna młodzieżowa dystopia o rebelii przeciw systemowi. Titus nie jest buntownikiem. Jest bierny, emocjonalnie niedojrzały, momentami wręcz irytująco bezwładny wobec świata, który go pożera. Violet przeciwnie – analizuje, stawia opór, próbuje odzyskać podmiotowość. Interesujące jest przy tym genderowe odwrócenie ról względem licznych schematów przygodowych: to dziewczyna staje się stroną aktywną, intelektualną i sprawczą, podczas gdy chłopak dryfuje przez życie w półśnie konsumpcyjnego komfortu.

Nietrudno dostrzec analogie między feedem a współczesnymi mediami społecznościowymi. Anderson pisał swoją powieść w 2002 roku, a więc jeszcze przed dominacją Facebooka, TikToka czy Instagrama, a mimo to przewidział właściwie cały model funkcjonowania internetu opierającego się na ekonomii uwagi. Feed nie tylko sprzedaje produkty – on produkuje potrzeby, emocje i osobowości. Bohaterowie nie tyle korzystają z systemu, ile istnieją wyłącznie dzięki niemu. Kapitalizm osiąga tu stadium niemal organiczne: wnika w ciało, język i psychikę. Kosmopolityczna rzeczywistość powieści – pełna zunifikowanych marek, identycznych doświadczeń i globalnego szumu – przypomina współczesny internet aż do bólu. Najbardziej przerażające jest jednak to, że w świecie „Feedu” praktycznie nikt nie uważa tego za problem.

To właśnie tutaj Anderson spotyka się nie tylko z cyberpunkiem spod znaku Williama Gibsona, ale również z tradycją dystopii społecznej od Huxleya po Donnę Haraway. W przeciwieństwie jednak do wielu współczesnych opowieści o sztucznej inteligencji czy cyfrowym totalitaryzmie, „Feed” nie straszy technologią samą w sobie. Przerażające jest raczej to, jak łatwo ludzie godzą się na własne otępienie. Nie ma tu brutalnego reżimu. Nie trzeba nikogo zmuszać. Wystarczy wygoda, personalizowana rozrywka i przekonanie, że algorytm zna nas lepiej niż my sami.

Życie zanurzone w feedach

Dlatego nowe polskie wydanie okazuje się tak potrzebne. Pierwszy przekład Małgorzaty Strzelec, opublikowany przez Amber w 2003 roku pod tytułem „Wszczep”, siłą rzeczy funkcjonował jeszcze przed eksplozją mediów społecznościowych. Sam tytuł – choć trafnie podkreśla technologiczny aspekt powieści – nie oddaje natury feedu jako nieustannego przepływu treści, informacji i reklam. Dzisiaj słowo „feed” ma już konkretny ciężar kulturowy; nie wymaga tłumaczenia, bo wszyscy żyjemy zanurzeni w feedach.

Przekład Rafała Lisowskiego bardzo dobrze wykorzystuje ten kontekst. Jest w nim coś zaskakująco lirycznego. To szczególnie ciekawe, bo przecież Anderson operuje językiem celowo rozbitym, zaśmieconym reklamami i młodzieżowym slangiem. A jednak spod tej technologicznej kakofonii przebija melancholia. „W kosmosie nie cierpię tego, że czuć, jaki jest stary i pusty […] W kosmosie potrzebny jest hałas przyjaciół” [s. 10] – mówi Titus. Ironicznie właśnie tego hałasu feed skutecznie bohaterów pozbawia. Informacyjny chaos zagłusza realną obecność drugiego człowieka, więc ostatecznie nic nie chroni przed kosmiczną ciszą.

Podobnie działa fraza „kałamarnica zakochana w niebie” – nagle dystopijna narracja otwiera się na coś kruchego, niemal poetyckiego. Owszem, niektóre słowa, takie jak „kijowy” czy „rwetes”, niekoniecznie brzmią jak autentyczny język współczesnych nastolatków. Ale może właśnie dzięki temu przekład nie próbuje rozpaczliwie udawać młodzieżowości. Nie jest kalką tiktokowego slangu, który zestarzałby się za dwa lata, zachowuje za to emocjonalną prawdę tekstu.

Wszystko można przekształcić w trend

Jednym z najmocniejszych motywów powieści pozostają lezje – cielesne zmiany pojawiające się na skórze użytkowników feedu. Początkowo funkcjonują jako niepokojący efekt uboczny działania systemu, później jednak zostają przejęte przez logikę rynku i przekształcone w trend. To chyba najbardziej bezlitosna obserwacja Andersona: kapitalizm potrafi sprzedać nawet własne symptomy chorobowe. Wszystko może zostać sfetyszyzowane, zmonetyzowane i estetycznie oswojone, jeśli tylko pozwoli utrzymać system w ruchu. Cielesność lezji ma szczególne znaczenie właśnie dlatego, że w świecie bohaterów ciało pozostaje ostatnią naprawdę ludzką rzeczą. I nawet ono zostaje skolonizowane.

Ważnym intertekstem jest pojawiający się w powieści „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Ojciec Violet, zirytowany niedojrzałością Titusa, porównuje go do Elojów – pięknych, beztroskich, lecz niezbyt mądrych istot człekokształtnych, żyjących w całkowitym odrętwieniu. To porównanie okazuje się boleśnie trafne nie tylko wobec bohaterów Andersona, ale również wobec nas samych. „Feed” nie jest przecież wyłącznie opowieścią o młodzieży przyszłości. To książka o współczesnym internecie i o tym, jak bezrefleksyjnie oddajemy własną uwagę systemom zaprojektowanym po to, by nieustannie nas rozpraszać.

Dystopia niczym reportaż

Dobra dystopia nie starzeje się razem z technologią – przeciwnie, z czasem zaczyna wyglądać coraz bardziej jak reportaż. Anderson nie przewidział konkretnych aplikacji, ale perfekcyjnie uchwycił mechanizm uzależnienia od bodźców, reklamowego kolonizowania języka i emocjonalnego otępienia wywołanego permanentnym byciem online. Co ważne, „Feed” nie udaje też, że młodzi ludzie są aseksualnymi figurami dydaktycznymi. Są tu przekleństwa, seks, impulsywność i emocjonalny chaos – czyli wszystko to, co czyni nastolatków ludźmi, a nie bohaterami szkolnych broszur edukacyjnych. Anderson traktuje swoich czytelników poważnie. Może właśnie dlatego jego książka tak skutecznie ściska za gardło.

Bo ostatecznie „Feed” okazuje się powieścią nie tyle o technologii, ile o samotności. O świecie, który zagłuszył każdą ciszę tysiącem komunikatów, a mimo to pozostawił ludzi bardziej pustymi niż wcześniej. Proroctwo Andersona jest właściwie proste. To właśnie czyni je tak przerażającym. Wyrok zapada tutaj bez huku i bez rewolucji – cicho, wygodnie, niemal niezauważalnie. A to, czy historia przedstawiona w „Feedzie” w rzeczywistości będzie miała szczęśliwe zakończenie, zależy już wyłącznie od nas.

Książka: 

„Feed”, M. T. Anderson, przeł. Rafał Lisowski, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2026. 

Proponowany wiek odbiorcy: 15+ (wskazanie wydawcy)

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.