Wstyd się przyznać, ale z Annie Ernaux mam problem. Teoretycznie jej projekt literacki idealnie wpisuje się w moje upodobania: to pisanie kobiece, bliskie własnego doświadczenia, ale dalekie od autocentryzmu, demokratycznie przystępne, ale głębokie. Doceniam też samą pisarkę, to, że serce ma zdecydowanie po lewej stronie, wspiera Palestynę, trzyma się z dala od paryskiego światka wydawniczego, za to pomaga młodym. Ma klasę i naprawdę ucieszyłam się z jej Nobla.

Powinna zachwycać, a mnie nie zachwyca

Annie Ernaux spełnia więc wszystkie warunki, żeby zachwycać. A jednak mnie nie zachwyca. Nigdy nie wracam do domu, myśląc: „wspaniale, dziś wieczór poczytam sobie Ernaux” (co, o zgrozo, zdarza mi się z Houellebekiem). Od literatury nie oczekuję rozrywki. Cenię za to pracę z tworzywem – nie potrafię zanurzyć się w historii, nawet najbardziej niesamowitej czy przejmującej, jeśli dialogi są drewniane, a narracja stylistycznie kulawa. Wolę książki z mikrą fabułą i ciekawym językiem, niż fabularne fantazje kiepskiego stylisty. 

Oczywiście jak najdalej mi do twierdzeń, że noblistka nie potrafi pisać. W końcu Akademia Szwedzka nagrodziła ją „za odwagę i chirurgiczną precyzję, z jaką autorka odkrywa korzenie, wyobcowanie i zbiorowe ograniczenia pamięci osobistej”. „Chirurgiczna precyzja” sugeruje głęboki namysł nad językiem, pozostała część uzasadnienia – uważną analizę świata. Mało tego, jeśli za styl „dobry” uznamy taki, który najlepiej oddaje pisarski zamysł, Annie Ernaux jest stylistką wybitną. Wiemy skądinąd (jej własne komentarze, przenikliwe analizy Iwony Komór czy Magdaleny Nowickiej-Franczak), że chce „pomścić swoją rasę”, opisać doświadczenie tych, o których wielka burżuazyjna literatura długo milczała. I zrobić to tak, aby sami zainteresowani mogli swobodnie ją czytać.

Écriture plate

W znakomitej audycji „L’Heure du Monde” – „Annie Ernaux, portrait d’une érivaine en lutte” [Annie Ernaux portret wojującej pisarki] dziennikarka Raphaëlle Leyris analizuje fenomen osiemdziesięcioletniej dziś noblistki, która we Francji cieszy się dużą popularnością nawet wśród „zwykłych ludzi”, którzy rzadko sięgają po „wielką literaturę”. Według Leyris Annie Ernaux wykazuje wielką nieufność wobec literackich ozdobników i kwiecistego stylu, bo w mocno klasowym społeczeństwie francuskim język jest narzędziem dominacji. Upraszczając: elokwencja i wyrafinowanie wykluczają z literatury rzesze ludzi, dla których taki idiom jest barierą. A Ernaux chce trafić pod strzechy, więc pisze prosto, co, jak podkreśla dziennikarka, nie oznacza, że nie szlifuje swoich tekstów. Przez lata – a publikuje już od ponad pół wieku – wypracowała styl nazywany écriture plate, czyli „pisaniem płaskim”, które ma w najprostszy i najbardziej bezpośredni sposób oddać kobiece doświadczenie.

Chyba właśnie ta płaskość mnie uwiera. Zastanawiam się, co wylądowało w notesie Justyny Sobolewskiej, która w mediach społecznościowych entuzjastycznie ogłasza, że „nie może przestać wypisywać cytatów z «Ciał» Annie Ernaux”. Dla mnie większość tej i innych książek pisarki brzmi trochę beznamiętnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby autorka barokowo i emocjonalnie pisała o miesiączkach, aborcji i romansach, biednym Yvetot i społecznym wstydzie, natychmiast zostałoby to skwitowane jako „kobiece histeryzowanie”. Zresztą tuż po Noblu prawicowi komentatorzy i tak z przekąsem zarzucali jej mizerabilizm. I nadmierne upolitycznienie pisarstwa (kosztem, jak się domyślamy, pięknych fraz). 

Jestem też świadoma absurdu sytuacji: kim ja jestem, żeby kręcić nosem na pisarstwo noblistki? To, że mnie nie zachwyca, uznaję za dowód własnego braku wyczucia i ignorancji. Postanowiłam więc zasięgnąć języka u osoby, która musiała głęboko wgryźć się w tekst.

Zrozumienie w tłumaczeniu

Anastazja Dwulit, bo o niej mowa, z wykształcenia filozofka i tłumaczka gigantów takich jak Emil Cioran, Marcel Proust czy Eugène Ionesco. Dla wydawnictwa Czarne przełożyła „Życie zewnętrzne” i „Powroty” Annie Ernaux – co w Polsce oznacza dwie książki, a we Francji pięć (zagadka dla ciekawych).

Dorota Malina: Chciałabym skupić się przede wszystkim na stylu Annie Ernaux. O jej odwadze w poruszaniu trudnych społecznie tematów powiedziano już bardzo wiele, a język kwituje się zwykle epitetem „płaski” albo „przezroczysty”. Zdarzają się też bardziej poetyckie opisy, takie jak ten z posłowia Marguerite Cornier („Słowom, które wychodzą spod jej palców, nadaje ona gęstość życia i realność minionego czasu”). Mnie interesuje konkret. Jak twoim zdaniem to jest zrobione? W jednym z wywiadów wspominasz, że pracując nad przekładem, doceniłaś kunszt autorki.

Anastazja Dwulit: Kunszt wydaje mi się tu złym słowem, bo ona jest bardzo nieartystyczna. Zresztą sama wprost mówi, że nie chodzi jej o efekty artystyczne. Wyciągnięto – może sztucznie, a może właśnie celnie – pojęcie écriture plate, którego Ernaux używa na przykład w „Miejscu”. Mam wrażenie, że w polskich recenzjach, zwłaszcza uniwersyteckich (których notabene też nie czytałam za dużo, bo sama nie jestem wcale wielką fanką Ernaux ani specjalistką od niej), pojęcie to tłumaczy się jako „pisanie płaskie”. Co jest zupełnie bez sensu, bo to właściwie nic nie znaczy. Tym bardziej, że w „Miejscu” Agata Kozak przetłumaczyła to tak, jak jej pasowało do kontekstu, zresztą bardzo trafnie, bodaj jako „beznamiętny sposób pisania”. Na pewno jej styl jest przeciwieństwem tego, co po francusku określa się słowem romanesque, tłumaczonym na polski jako sentymentalny, powieściowy, romantyczny. Ernaux taka nie jest.

Wcale nie jestem pewna, czy teksty Ernaux faktycznie są takie proste, przezroczyste i bliskie zwykłym ludziom, jak deklaruje. Mieszkam w dzielnicy, którą Francuzi określają mianem populaire, wśród naprawdę „zwykłych ludzi”, i nie sądzę, żeby mogli z łatwością czytać Annie Ernaux.

No tak, autorka jest w końcu wykształconą kobietą, odwołuje się do Pierre’a Bourdieu i innych teoretyków. Owszem, to jest proste, ale prostota polega na unikaniu artystyczności. Kiedy bezmyślnie mówimy o „płaskim pisaniu” zapominamy, że istnieje stare pojęcie style plat, jak physiognomonie plate, czyli „bez wyrazu”. W przypadku Ernaux tak się tego nie tłumaczy, chyba żeby jej nie obrazić. Tymczasem ona sama posługuje się tym pojęciem. Jest odważniejsza niż jej krytycy. Mam wrażenie, że powstał wokół niej pewien kult. 

Jest noblistką, wybitną feministką, więc musi chodzić o jakiś szczególny styl, który sobie wymyśliła. Tymczasem, jak sama pisze, jej styl powstał na podstawie listów, które wysyłała do rodziców. Może więc nie ma co na siłę się czegoś doszukiwać. Kiedy analizuję tę „płaskość”, mam wrażenie, że nie ma tam jakiejś szczególnej głębi, bo autorka wcale nie chce jej uzyskać. Czasem dopisuje się jakieś warstwy, których u niej nie ma. 

Écriture plate interpretowana jest często jako gest polityczny: Ernaux pisze tak, żeby było demokratycznie, bo język jest narzędziem wykluczenia. 

Nie jestem pewna, bo nie mieszkam we Francji, ale wydaje mi się to bardzo francuskie. W Polsce takie podkreślanie prostoty jej stylu nie ma większego sensu, bo w naszej literaturze styl wysoki tak mocno nie obowiązywał, nie był tak powszechny. W liceach nie uczy się retoryki i erystyki. Polska jest chyba krajem bardziej demokratycznym.

Sama sporo się nad tym zastanawiałam. Wydaje mi się, że u nas literatura francuska nie cieszy się popularnością, bo słynie z kwiecistych, długich zdań. Co zresztą nie ogranicza się do literatury. Kiedy piszę pisma urzędowe, mój chłopak, Francuz (nie literat), często łączy mi dwa zdania w jedno, bo tak jest „poważniej i bardziej elegancko”. 

No właśnie. Tymczasem Ernaux chce być bliżej życia. Jej książki najbardziej kojarzą mi się z filmami dokumentalnymi, gdzie życie po prostu się przewija. „Wstyd” byłby jakimś nagraniem VHS dzieciństwa. A „Lata” nieco dziwnym, trochę poetyckim reportażem.

Tak, choć mnie się wydaje, że „Lata” mocno odstają do reszty jej twórczości. 

Moim zdaniem to bardzo dobra książka. Trudno jednak wymagać, żeby wszystkie jej książki wyglądały tak jak „Lata”. Poświęciła na nią bodaj dwie dekady.

Ja też bardzo ją lubię. Chyba nie bez kozery to właśnie za nią dostała Nagrodę Bookera. W niej widzę prawdziwą pracę nad stylem i językiem. Ale wróćmy do książek, które przełożyłaś. Czy brak ozdobników sprawia, że tłumaczy się ją łatwo?

Tak, i nawet nie chodzi o brak ozdobników. Ona ma też proste konstrukcje zdań. Równocześnie z książką Ernaux – właściwie trudno powiedzieć, że równocześnie, bo już od ponad dwóch lat – tłumaczę zbiór tekstów Prousta o sztukach plastycznych. 

Skali trudności nawet nie da się porównać. Zwłaszcza że od lat szukam sposobu na Prousta i wciąż go nie znalazłam. Moim zdaniem nikt go nie znalazł. Uwielbiam tłumaczenie Boya i uważam je za lepsze od wszystkich nowych prób. Tyle że Boy zmienia Prousta. 

A jak czegoś nie wie, to pomija.

No tak. Ale zmienia też styl. Robi z niego trochę Balzaka.

Czyli Annie Ernaux, w przeciwieństwie do Marcela Prousta, płynie? Dopytuję, bo miałam okazję rozmawiać z łotewską tłumaczką Annie Ernaux, która twierdziła, że ta prostota jest pozorna, a jak się człowiek wgryzie, to odkrywa, że to jest bardzo misterne i dopracowane. Chciałabym zrozumieć, na czym to polega.

Owszem, dopracowane. No ale tak tłumaczy się każdą ambitną książkę – trzeba znaleźć na nią sposób. Odnoszę też wrażenie, że tłumacze często boją się powiedzieć, że coś jest łatwe.

Bo wtedy wydawca obniży im stawki?

No właśnie. Tymczasem taka jest prawda: niektóre książki są trudne do tłumaczenia, a inne łatwe. Mnie Ernaux wydaje się łatwa. Może źle ją przełożyłam, ale dochodzą mnie głosy, że raczej dobrze.

Moim zdaniem wspaniale. A czy widzisz u niej elementy języka naukowego? Często określa się jej książki mianem socjoautobiografii. 

Naukowego raczej nie, raczej parasocjologicznego, reportażowego. Myślę, że gdyby życzliwie spojrzeć na całą jej twórczość, to mógłby to być taki bardzo nowoczesny Balzak, który za pośrednictwem indywidualnych losów, punktów i wydarzeń, opisuje pewną epokę i przemiany. I w tym ujęciu to bardzo trafiony pomysł.

Współczesna komedia ludzka, ale chyba przede wszystkim kobieca, bo jak podkreślają francuscy komentatorzy – Ernaux opisuje najważniejsze kobiece doświadczenia: aborcję, gwałt, pożądanie. Czym, mimo różnicy wieku, trafia także do młodych Francuzek.

Tak, feministki bardzo ją cenią, choć ona sama nie jest moim zdaniem typem bojowniczki. Mimo że jest bardzo odważna i nie boi się odsłonić własnej intymności, własnych słabości. Pisze o własnych uczuciach, ale z dystansu, nie okazując ich, tylko je analizując. To przeciwieństwo takiego języka czy stylu, jaki jego krytycy nazwaliby histerycznym. Znam osoby, które są bardzo poruszone jej książkami. Mnie ona nie porusza. Nie wzbudza nawet nostalgii, choć często pisze o przemijaniu. 

W kontekście wszystkiego, co powiedziałyśmy, chciałam zapytać, czy ucieszyłaś się z propozycji przekładu Ernaux?

Tak, ucieszyłam się. Nie znałam jej, dawno przeczytałam po francusku tylko jedną jej książkę, „Pewna kobieta”. Dużo słyszałam natomiast o jej oszczędnym, lakonicznym stylu. A ja dużo siedzę w tym swoim Prouście, wcześniej przekładałam głównie filozofię, chciałam spróbować innego sposobu pisania.

Liczyłaś na miłą odmianę i wytchnienie.

Tak, zwłaszcza że sama mam tendencję do kwiecistego baroku, z którą walczę. Liczyłam, że w końcu przyjdzie mi się zmierzyć z językiem surowym, lakonicznym, precyzyjnym. No i na początku się rozczarowałam, że to takie zwykłe, czasem nawet trochę nudne, monotonne… 

A potem zrozumiałam, że jej prostota nie jest formą dla formy, czysto literackim postanowieniem typu: „eliminuję przymiotniki”, „używam tylko krótkich zdań”. To raczej próba opisania codzienności językiem codzienności, który niekoniecznie jest precyzyjny i ascetyczny. I pogodziłam się z tym, że to po prostu ma być zwykłe.