Retrospektywna refleksja nad setną rocznicą przewrotu majowego Józefa Piłsudskiego wymaga umiejscowienia go w szerszym kontekście okresu międzywojennego. Wymaga również, oczywiście, zbadania jego konsekwencji dla II Rzeczypospolitej. 

W mojej książce „Polska. Historia ambicji” dwóm dekadom jej istnienia poświęciłem cały rozdział, który zatytułowałem „Feniks”. Piłsudski był niezaprzeczalnie architektem i strategiem odrodzenia narodu, który przez ponad wiek pozostawał bez własnego państwa. Jako dowódca wojskowy o silnym wyczuciu politycznym poprowadził Polskę do niepodległości pośród chaosu upadku państw centralnych, a następnie skonsolidował ją w obliczu agresji sowieckiej. Tej historycznej zasługi trudno nie uznać.

Koniec demokratycznego rozdziału

W tym okresie nastąpiło również odrodzenie nacjonalizmu, czy to w Niemczech weimarskich, czy w państwach takich jak Polska, które powstały pod hasłem „prawa narodów do samostanowienia”. 

Polska z jej niepewnymi granicami nie mogła uciec od tego zjawiska. I zdołała obronić swoje interesy terytorialne przed Niemcami i bolszewicką Rosją, korzystając ze wsparcia Francji – w dużej mierze ignorowanego teraz przez Polaków.

Jednak pławiąc się w chwale zwycięstwa w bitwie warszawskiej, Piłsudski zorganizował pozorowany bunt polskiej dywizji w Wilnie. Było to preludium do powstania państwa marionetkowego domagającego się później aneksji przez Polskę. 

Historyk Timothy Snyder ocenia konsekwencje tego działania surowo: „Okupując Wilno, Piłsudski umocnił porządek, w którym mogli rozwijać się polscy i litewscy nacjonaliści”. To właśnie w tym łatwopalnym otoczeniu, dodatkowo zaostrzonym przez ukraiński aktywizm nacjonalistyczny, rodząca się polska demokracja popadła w niestabilność i niezdolność do wyjścia z kryzysu gospodarczego i społecznego. 

Ten kontekst skłonił Piłsudskiego, odsuniętego od stanowiska szefa Sztabu Generalnego, do przyjęcia roli zbawcy, czego konsekwencją był wojskowy zamach stanu. 

Choć zamach ten uzyskał poparcie kilku partii, w tym lewicy i ludowców, to jednak oznaczał koniec demokratycznego rozdziału II Rzeczypospolitej. 

A jeśli szukać współczesnego echa tego zjawiska, to jest ono najbardziej widoczne w ruchach narodowo-populistycznych. W ich atakach na system parlamentarny przesiąknięty korupcją i niekompetencją elit, lub na bezsilność państwa sparaliżowanego partyjniactwem.

Hasło „sanacji” używane do zdefiniowania tej drogi, znajduje również oddźwięk w retoryce „oczyszczenia” stosowanej przez partie tego ruchu, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Uderzające jest, że administracja Trumpa w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, opublikowanej w listopadzie 2025 roku, definiuje swoją politykę europejską jako współpracę ze „zdrowymi narodami” Europy Środkowej i Wschodniej.

Ciężkie brzemię

Z perspektywy czasu zasadna jest ocena zamachu majowego z punktu widzenia nie tyle intencji jego sprawcy, co wpływu na Polskę. Mimo szacunku, jakim darzony był Piłsudski zarówno za życia, jak i po śmierci, z powodu jego roli w historii, to jednak ten bilans nie jest przekonujący. 

Nie wspominając nawet o kosztach ludzkich – ponad tysiącu ofiar, zabitych i rannych – zamach majowy rozpoczął proces systematycznego demontażu instytucji demokracji przedstawicielskiej. Piłsudski z pewnością powstrzymał się od przyjęcia roli dyktatora, odrzucając stanowisko głowy państwa. Preferował rządzenie krajem z Ministerstwa Wojny, pełniąc funkcję ministra i generalnego inspektora sił zbrojnych, prawdziwie niezależnego organu w państwie. 

Reżim stopniowo jednak demontował mechanizmy parlamentaryzmu. 

Od uprawnień Sejmu w zakresie kontroli rządu, przez stanowienie prawa, które stopniowo ulegało erozji na rzecz uprawnień regulacyjnych, aż po całkowicie arbitralne rozwiązanie obu izb w 1930 roku. 

Reżim stworzył również partię (BBWR) mającą wspierać rząd, wyposażony w znaczne środki na propagandę państwową i wsparcie w postaci coraz bardziej rygorystycznego systemu cenzury i kneblowania krytycznych mediów. Stworzył też system kontroli wymiaru sprawiedliwości. Ewolucja ta została utrwalona w nowej konstytucji, przyjętej w 1935 roku, na krótko przed śmiercią Piłsudskiego.

Element represji skierowany był nie tylko przeciwko opozycji pozaparlamentarnej, ale także przeciwko członkom parlamentu, w tym liderom partii opozycyjnych. Członkowie rządu, tacy jak działacz ludowy Wincenty Witos i chadecki Wojciech Korfanty, zostali skazani i uwięzieni po sfingowanych procesach pod zarzutem spiskowania. Liczba więźniów politycznych, którzy przeszli przez więzienia sanacji, sięgała tysięcy.

Komendant, jak go nazywano w Polsce, zasilił aparat państwowy grupą byłych „legionistów” – towarzyszy broni z czasów, gdy walczył z Rosjanami pod sztandarem Austro-Węgier. Trudno porównywać zasługi ich i polskich elit oskarżonych o niekompetencję. W efekcie rząd okazał się całkowicie bezsilny wobec poważnych konsekwencji kryzysu 1929 roku. I to właśnie „legioniście”, pułkownikowi Józefowi Beckowi, Piłsudski powierzył od 1932 roku odpowiedzialność za politykę zagraniczną. A po dojściu Hitlera do władzy – za zbliżenie z Niemcami w formie układu o niestosowaniu siły (1934).

Dopiero po śmierci Marszałka ustanowiony przez niego system przekształcił się w dyktaturę naśladowców, pogrążając się w wąskim i aroganckim nacjonalizmie potępianym przez innego „legionistę”, generała Władysława Sikorskiego, wczesnego przeciwnika reżimu sanacyjnego i człowieka o zupełnie innej randze intelektualnej. Świadczy o tym ślepota Becka i innych przywódców państwowych na Hitlera – oraz ich udział, po konferencji monachijskiej, w rozbiorze Czechosłowacji.

„To właśnie z tym ciężkim brzemieniem, upojona pychą, Polska płynęła w 1939 roku ku burzy”. Taki wniosek wyciągnąłem w swoim eseju z tego wyjątkowego i tak decydującego epizodu w dziejach narodu polskiego.