Sytuacja 1
W 2024 roku dostałam maila od profesorki z Indyjskiego Instytutu Zdrowia Publicznego, która zauważyła, że jeden z moich artykułów został splagiatowany. Plagiat ukazał się w czasopiśmie naukowym „Systematic Reviews in Pharmacy”, którego wydawcą jest firma z Malezji. Skontaktowałam się z redaktorem naczelnym. Okazało się jednak, że osoba ta, profesor z Iraku, pierwsze słyszy o tym, że jest redaktorem naczelnym tego pisma. Wedle informacji podanej na stronie pisma, w skład redakcji wchodził też profesor z polskiej uczelni medycznej. On także odpisał mi, że nigdy nie zgadzał się na bycie członkiem tej rady redakcyjnej. Nazwiska obu profesorów widnieją na stronie czasopisma do dziś. Tak jak splagiatowany artykuł.
Niedawno, testując wyszukiwarki artykułów naukowych oparte na sztucznej inteligencji, znowu na niego trafiłam. Zaletą narzędzi opartych na AI jest możliwość wyszukiwania semantycznego, programy wskazują listę artykułów, których treść jest adekwatna do danego promptu (pytania użytkownika). W ten sposób, zadając pytanie związane z tematem mojego artykułu, natrafiłam na jego kolejną kopię, opublikowaną pod minimalnie zmienionym tytułem i przypisaną jeszcze innym autorom z Pakistanu. Opublikował ją „Journal of Research in Medical and Dental Science” wydawany przez indyjską firmę wydawniczą.
Oba czasopisma znajdują się w dotychczasowym ministerialnym wykazie czasopism punktowanych.
Za publikację w nich można było otrzymać 20 punktów (na 200 możliwych). Niedużo. Ale tyle samo, co w niejednym czasopiśmie wydawanym przez polskie uniwersytety.
Sytuacja 2
Była studentka radzi się, gdzie warto opublikować fragmenty jej pracy dyplomowej. Rozważa w przyszłości studia doktoranckie. Wspólnie przeglądamy strony internetowe różnych międzynarodowych czasopism naukowych.
O, to czasopismo wygląda dobrze – specjalizuje się w tym, czego dotyczy praca studentki, w zespole redakcyjnym zasiadają osoby z uznanych ośrodków naukowych, jest wydawane przez jednego z największych, znanych wydawców. A jednak jest problem – tego tytułu nie ma w dotychczasowym ministerialnym wykazie czasopism punktowanych. Co prawda wykaz ma się zmienić – ten, który aktualnie obowiązuje, nie został jeszcze opublikowany. Wybierając miejsce publikacji artykułu, nie wiadomo więc, czy przyniesie jakiekolwiek „punkty”. A od tych punktów, w dużej mierze, zależy szansa na stypendia, ocena pracowników naukowych i całych uczelni.
Trudno, punkty to nie wszystko, ważne, żeby ktoś kompetentny przesłany artykuł zrecenzował, a potem, aby jak najwięcej osób mogło go przeczytać. Tutaj pojawia się jednak kolejny problem. Żeby dało się ten tekst za darmo przeczytać na stronie czasopisma, trzeba jego wydawcy słono zapłacić. 3200 dolarów za jeden, napisany i zrecenzowany za darmo, tekst.
Szukamy dalej. Znajdujemy kolejne, adekwatne do tematu tekstu byłej studentki, czasopismo, które jest obecne w dotychczasowym wykazie czasopism punktowanych. Znowu problem – to pismo jest wydawane przez wydawcę o wątpliwej reputacji. Czas od złożenia artykułu do jego publikacji jest często tak krótki, że wzbudza wątpliwości co do rzetelności procesu recenzji. W niektórych krajach zdecydowano się zdeklasować pisma wydawane przez tego wydawcę, uznając, że nie spełniają standardów publikacji naukowych. Czasopisma te są jednak indeksowane w międzynarodowych bazach czasopism, na których ma być oparta nowa ministerialna lista czasopism punktowanych. Za publikację w nich także trzeba zresztą słono zapłacić.
Sytuacja 3
Sprawdzam eseje pisane przez studentów na zaliczenie zajęć. Wyszukuję każde cytowane źródło, aby wyłapać te, które „wyhalucynowało” AI. Nieistniejące źródła to jeden problem. Coraz częściej widzę, że studenci cytują też źródła wątpliwej jakości – artykuły z czasopism, które na pierwszy rzut oka wyglądają podejrzanie.
Niestety, studenci często nie wiedzą, czym są te, tak zwane, czasopisma drapieżne. Nic dziwnego, nie mamy jasnych, bezdyskusyjnych i powszechnie przyjętych kryteriów, które pozwalają je zidentyfikować. Trudno wymagać od studentów, aby bawili się w detektywów i sprawdzali, czy podana na stronie czasopisma redakcja naukowa faktycznie istnieje.
Wzrost liczby źródeł wątpliwej jakości w bibliografiach prac studenckich może po prostu wynikać z tego, że publikacji naukowych jest coraz więcej, podobnie jak czasopism niskiej jakości. Może to mieć jednak także związek ze sposobem używania AI – z narastającą pokusą, aby zamiast uważnie przeczytać cytowany tekst, zapoznać się tylko z wygenerowanym przez AI streszczeniem lub krótkim, wyselekcjonowanym fragmentem. Znane mi systemy sztucznej inteligencji, nawet te stworzone do celów akademickich, nie oznaczają treści jako naukowo wątpliwej. Co więcej, mogą nawet częściej podpowiadać treści artykułów z czasopism o złej reputacji, przez to, że do tych ukrytych za paywallem często nie mają dostępu. Nie oznacza to oczywiście, że artykuły w otwartym dostępie są z zasady gorszej jakości. Artykuły pozornie naukowe, z wątpliwych źródeł mogą być jednak nadreprezentowane w wynikach sugerowanych przez różne systemy AI.
Nie jest to argument przeciwko korzystaniu z AI (o ile robi się to w odpowiedzialny sposób). To raczej przykład na to, jak prawa własności intelektualnej wydawców czasopism naukowych utrudniają w praktyce wykorzystanie potencjału AI w celach naukowych.
Czym są czasopisma drapieżne?
Czasopisma drapieżne i czasopisma-wydmuszki [predatory journals, fake journals] udają czasopisma naukowe w tym sensie, że nie prowadzą rzetelnego procesu recenzji naukowej publikowanych tekstów.
Publikują właściwie wszystko, co zostanie do nich wysłane
albo dlatego, że pobierają od autorów opłaty [article processing charge, APC lub opłaty za publikację w otwartym dostępie], albo dlatego, że biorą udział w procederze sztucznego pompowania cytowań innym autorom lub czasopismom tego samego wydawcy. Część z nich jest indeksowana w międzynarodowych bazach danych, na których oparta będzie nowa polska lista czasopism punktowanych.
Na problem czasopism drapieżnych jako jeden z pierwszych zwrócił uwagę amerykański bibliotekoznawca Jeffrey Beall. W 2008 roku zaczął prowadzić ich listę – nieformalny rejestr tytułów czasopism, które miały nie prowadzić rzetelnej recenzji. Ta, tak zwana Lista Bealla, przez wiele lat była punktem odniesienia dla osób chcących unikać czasopism drapieżnych oraz osób badających to zjawisko. Jednym z takich badań była znana prowokacja polskich badaczy i badaczek, którzy sprawdzali, które pisma przyjmą jako redaktorkę Annę O. Szust, fikcyjną osobę o niewiarygodnym CV. Niektóre kryteria przyjęte przez listę Bealla spotkały się jednak z krytyką, a sama lista przestała być przez niego aktualizowana prawie 10 lat temu. Sam Beall obciążał winą za powstanie czasopism drapieżnych ruch na rzecz otwartej nauki, a zwłaszcza tak zwany złoty model otwartego dostępu [gold open access], w którym to autor musi zapłacić wydawcy za to, aby jego tekst można było za darmo przeczytać. Taki model zarabiania na czasopismach naukowych faktycznie może stwarzać pokusę, aby jak najszybciej przyjąć do publikacji jak najwięcej artykułów, nie dbając o weryfikację ich treści.
Źródłowym problemem wydaje się jednak połączenie presji na publikowanie w czasopismach naukowych w świecie akademickim z możliwością czerpania wysokich zysków z publikowania artykułów pisanych i recenzowanych za darmo przez innych akademików.
Sam ruch na rzecz otwartego dostępu jest uzasadniony – nie ma powodu, by limitować dostęp do wyników publicznie finansowanych badań.
Szansa na zmiany?
Konsultowane przez ostatnie miesiące zmiany w systemie ewaluacji uczelni utrwalają system, który motywuje do publikowania wyników głównie w punktowanych czasopismach (a nie na przykład na naukowych platformach non-profit, takich jak Open Research Europe). Dalej też cały system oparty jest na założeniu, że można ocenić jakość artykułu wyłącznie wedle miejsca jego publikacji. Jeśli mamy pozostać w takim wadliwym systemie, to pilniej od wskazania najlepszych czasopism, potrzebujemy jasnego wytypowania tych, które łamią standardy.
W projekcie rozporządzenia MNiSW regulującego sposób tworzenia kolejnego wykazu czasopism naukowych wprowadzono ważne rozwiązanie. Komisja Ewaluacji Nauki będzie mogła usunąć czasopismo naukowe z ministerialnej listy w przypadku stwierdzenia niespełniania przez to czasopismo etycznych lub naukowych standardów. Rozporządzenie nie określa żadnych kryteriów takiego skreślenia. Mowa jest w nim tylko o konieczności sporządzenia uzasadnienia.
Bardziej niż listy czasopism punktowanych potrzebujemy aktualnej „czarnej listy” czasopism drapieżnych.
Pisząc o czarnej liście, nie mam na myśli sztywnego, aktualizowanego raz na parę lat wykazu. Potrzebujemy raczej jasnych kryteriów i transparentnej, dynamicznej procedury orzekania o tym, które czasopisma są drapieżne. Od obecnych wyroków KEN nie można się odwołać, ponieważ „wykaz czasopism nie jest sporządzany w drodze decyzji administracyjnej”. Lista, która ma zostać ogłoszona po wakacjach, będzie pewnie obowiązywać przez rok, albo znacznie dłużej. Tymczasem rynek wydawniczy jest dynamiczny, stale powstają nowe czasopisma, stare czasopisma zmieniają redakcje, redakcje zmieniają właścicieli.
Zupełnym minimum wydaje się opracowanie oficjalnego systemu zgłaszania i weryfikowania czasopism, które mają fałszywe zespoły redakcyjne i nie wzdragają się przed publikowaniem plagiatów.