Samanta Schweblin, fot. Maximiliano Pallocchini

„Dobre i złe” to kolejny tom opowiadań Samanty Schweblin, który ukazał się w tłumaczeniu Tomasza Pindla w wydawnictwie Pauza. Argentyńska pisarka ma w Polsce prawdziwe miłośniczki i miłośników swojej twórczości, która określana jest często jako „dziwaczna i przerażająca, czerpiąca z realizmu magicznego, fikcji psychologicznej i mrocznej strony baśni”.

W kwietniu 2026 roku Samanta Schweblin zdobyła Premio Aena de Narrativa, nagrodę miliona euro wręczaną za całokształt twórczości autorowi piszącemu po hiszpańsku.

O nowej książce, miłości do opowiadań i nagrodzie rozmawiałam z autorką w Poznaniu, podczas Malta Festival 2026.

Sylwia Góra: Twoja twórczość jest już dobrze znana polskim czytelniczkom i czytelnikom. „Dobre i złe” to kolejny tom opowiadań wydany przez Pauzę. I myślę, że nawet bez nazwiska na okładce moglibyśmy zgadnąć, że to są twoje teksty, bo mają niepodrabialny, nieco magiczny klimat. Jaki język czy literatura miały największy wpływ na rozwój twojej wyobraźni?

Samanta Schweblin: To oczywiście nie są historie o mnie, to fikcja, ale uważam, że tworzymy fikcję w oparciu o własne doświadczenia, rzeczy, które widzieliśmy, słyszeliśmy, rzeczy, o których myśleliśmy. I moje książki faktycznie mają latynoamerykański klimat. Uważam się za argentyńską pisarkę mieszkającą w Berlinie od czternastu lat.

W tych opowiadaniach jedna historia dzieje się w Lyonie, druga w Szanghaju, ale wszystkie skupiają się na Ameryce Łacińskiej. Na przykład historia w Lyonie to rozmowa, która dzieje się w Argentynie na temat czegoś w Argentynie. Dlatego właśnie jestem argentyńską pisarką. I myślę, że to coś, co można zauważyć w moich książkach.

Jest w tym tomie jednak coś, co robisz po raz pierwszy. Kończysz go epilogiem „O opowiadaniach”, w którym opisujesz inspiracje stojące za poszczególnymi tekstami. O jednym z opowiadań piszesz, że jest to „być może najbardziej autobiograficzne opowiadanie, jakie napisałam, i być może właśnie z tego powodu lepiej więcej nie mówić”. Dlaczego zdecydowałaś się zamieścić ten epilog?

Faktycznie, nie robiłam tego wcześniej. Na początku te notatki były tylko dla mnie. Zauważyłam, że skupiam się na historii, a jednocześnie w głowie mam mnóstwo innych myśli, więc zaczęłam robić listę. A potem ta lista zaczęła stawać się czymś dla mnie ciekawym i w ostatnim momencie zdecydowałam się opublikować ten dodatek, nie spodziewając się, że tak wielu czytelników uzna go za niezwykle interesujący. Byłam bardzo zaskoczona, dlaczego ludzie zwracają na to aż taką uwagę.

I myślę, że żyjemy w bardzo wyjątkowym momencie, w którym naprawdę nie bierzemy za pewnik, że czytamy coś, co pochodzi od prawdziwego człowieka, który ma swoje uczucia i życie. Dlatego to sposób, żeby powiedzieć, że jestem prawdziwa. Jestem człowiekiem takim jak ty. 

I teraz nie mogę się doczekać, żeby robić to we wszystkich książkach. To też taki rodzaj puszczenia oka do czytelnika.

Wiele historii, które opowiadasz, opiera się na postaci z zewnątrz, obcym lub sąsiedzie, który jasno widzi głównego bohatera. A czy my przeglądamy się w innych, czy raczej uważamy się za lepszych?

Czasami jedno, czasami drugie. To zależy od tego, w jakim jesteśmy stanie. Możemy widzieć u siebie zachowania innych ludzi albo próbujemy myśleć o sobie, że jesteśmy od nich lepsi. 

Dobra literatura działa jak pewnego rodzaju lustro. Myślę, że ciągle tworzymy sobie w głowie wyobrażenie o tym, jak wyglądamy, a potem, gdy spojrzymy w lustro, różnica zawsze nas zaskakuje. Może fikcja robi to samo.

Czasami trudno nam też przejść przez jakieś emocjonalne doświadczenie, bo wiemy, że będzie bolesne albo nie chcemy zmierzyć się z prawdą, która czeka na końcu. I wybieramy cudzą historię, zamiast przyjrzeć się sobie, ale bardzo często to właśnie w niej znajdujemy odpowiedź na własne pytania, uczymy się czegoś dla siebie.

Jesteśmy bliżej innych ludzi, ich historii, wyborów, zachowań i emocji, niż myślimy.

W wielu opowiadaniach pojawiają się zwierzęta: oskórowany królik, martwy koń, a także tajemniczy kot. Dla mnie są one trochę nierzeczywiste, symbolizują jakąś inną stronę, alternatywny świat.

Z jednej strony, to są zupełnie normalne zwierzęta. Nie chodzi przecież o lwy czy jednorożce. To zwierzęta, z którymi kiedyś żyliśmy lub nadal żyjemy: koty, psy, króliki, koń. Może koń jest nieco mniej oczywisty, ale dla argentyńskiej kobiety zupełnie naturalny. Oswoiliśmy fakt, że żyjemy z innymi gatunkami wśród nas.

Ale kiedy konfrontujemy się z nimi w kontekście fikcji, dzieje się coś innego. Może dlatego, że zwracamy na nie większą uwagę. Może dlatego, że nie mają takiego samego języka jak my, więc zakładamy, że się nie komunikują, nie myślą, nie podejmują decyzji. Oczywiście wszystko to robią. Ale ponieważ to nie jest nasz język, nakładamy na nie nasz własny.

Kiedy patrzysz na psa, to wydaje ci się, że rozumiesz jego myśli. Jesteś pewna, że rozumiesz? To jego słowa czy twoje?

W kontekście fikcji czasami zwierzęta działają trochę jak lustra albo jak puste wazony, w które można włożyć różne rzeczy; ostrzeżenia, jak w „Alicji w Krainie Czarów”, kiedy w końcu pojawia się kot i mówi: „teraz coś się wydarzy”. Dlaczego? Bo to kot. Zwierzęta są więc dla nas jak symbole.

Napięcie – zwłaszcza to między tym, co realne, a tym, co nierzeczywiste – jest kluczowe w twoich opowiadaniach. Czy to coś, co towarzyszy ci także w codziennym życiu? Chodzi mi o to, czy skupiasz się na pewnych chwilach pomiędzy? W naszym życiu są takie momenty, na przykład tuż przed zaśnięciem, kiedy nie jesteśmy do końca pewni, czy to rzeczywistość, czy sen.

Tak, i jestem niezwykle zdumiona tym pomysłem, który stworzyliśmy jako społeczeństwo: „normalnością”. Czym jest bowiem normalność? To nasza największa fikcja. Za każdym razem, gdy mogę ją przełamać, natychmiast to robię.

I myślę, że ten konstrukt powoduje dużo bólu, nieporozumień, a nawet głębokie zamieszanie co do tego, jak działają świat i ludzie. 

Dlatego „Dobre i złe” otwiera cytat Silviny Ocampo, który mówi: „To, co dziwne, zawsze jest prawdziwsze”. I uważam to za niesamowite. Bo wyobraź sobie: jest taki punkt A, którym ty jesteś. Nie masz ze mną nic wspólnego. Ja jestem punktem B, całkowicie innym od ciebie. A potem jest punkt między tobą a mną, nazwijmy go punktem C. I to jest normalność, prawda? Bo normalność oznacza punkt, w którym ty i ja możemy się spotkać. To jest jak medium. Tam nic nie ma. C jest puste. To wynalazek, ale wciąż próbujemy tam dotrzeć.

W twoich opowiadaniach zwierzęta, miejsca i przestrzenie wydają się trochę nierealne, jak w twórczości Davida Lyncha. Na pewno często słyszysz takie porównania, więc od razu zapytam o filmowy klimat twoich książek – czy myślisz scenami, kiedy piszesz?

Uważam, że sceny i atmosfera są w moich opowiadaniach jakby kolejną postacią. Zajmują naprawdę ogromną przestrzeń. Myślę, że zanim stworzymy to, co najbardziej kochamy w literaturze, na przykład abstrakcyjne idee, to żeby to robić lepiej, trzeba najpierw zbudować realistyczny świat. Świat, w którym umieścimy te wszystkie pozostałe rzeczy. Fikcja powinna być czymś bardzo materialnym. Sama uwielbiam tę materialność słów.

Jeśli mówię, że na stole nie ma czajnika, a ty i tak sięgnęłaś po ten czajnik, to znaczy, że obiekty mają większy wpływ na twój mózg niż abstrakcyjne idee. Abstrakcyjne pomysły są niesamowite, mogą stworzyć czajnik, ale sam czajnik, jako materialny obiekt, jest silniejszy. To bardzo pomaga mi utrzymać poczucie, że poruszamy się w prawdziwym świecie. I pomaga czytelnikowi stworzyć własny świat. To tworzy coś w rodzaju bardzo żywej, realistycznej, emocjonalnej więzi z historią.

A jednak wydaje mi się, że to wciąż najbardziej realistyczny tom twoich opowiadań. Może trochę zaskoczyć czytelników. Czy teraz zmierzasz w tym kierunku? Szukasz nowego języka?

Nie, moje zainteresowanie zawsze leży w bardzo cienkiej granicy między rzeczywistością a jej, powiedzmy, rozciąganiem. To jest miejsce, w którym chcę być, kiedy coś opowiadam.

To, co się zmieniło tym razem, to fakt, że kiedyś przekraczałam granicę. Teraz wciąż ją przekraczam, bo przekraczanie granicy jest dla mnie najciekawsze, ale tym razem przekraczam granicę w umyśle czytelnika, a nie w książce. To jest w tobie, w rzeczach, o których myślisz. Tekst jest całkowicie realistyczny.

I myślę, że to jest najciekawsze, bo w momencie, gdy czytelnik decyduje, że coś należy do jakiegoś gatunku, jak science fiction czy fantastyka, wtedy jest to mniej niebezpieczne. Ale to, co się dzieje w moich opowiadaniach, należy do prawdziwego świata, co oznacza, że może się to zdarzyć także jemu, a więc jest bardziej niebezpiecznie.

Zaczynałaś od powieści, ale twoje ostatnie książki to zbiory opowiadań. Chyba nie jest to pierwszy wybór dla większości pisarzy. Zwykle chce się tworzyć „wielkie powieści”. Skąd więc twoje zwrócenie się ku opowiadaniom? Co daje ci ta krótsza forma?

To oczywiście kwestia gustu i jest to bardzo indywidualne. Nie powiedziałbym, że opowiadania są lepsze niż powieści, ale dla mnie opowiadania wydają się bardziej uderzające. Uwielbiam powieści, piszę powieści, ale dla mnie powieść to jak podróż samochodem.

Wiesz, długa podróż, na przykład z północy aż na południe Argentyny. To zajmuje około czterech czy pięciu dni. Zobaczysz wiele różnych krajobrazów, będziesz mieć okazję, by pomyśleć o różnych sprawach, zatrzymać się, zrobić przerwę, a potem ruszyć dalej. A na końcu powieści trafiasz w zupełnie inne miejsce. I to jest fajne. 

Ale co, jeśli można to zrobić w zaledwie dwadzieścia minut? Wtedy nie wydaje się to podróżą, tylko przejściem przez portal. Pomysł, że dzieło sztuki, tekst może wprowadzić cię w zupełnie inny stan umysłu, który wpłynie na twoje życie i decyzje w zaledwie kilkanaście minut, uważam za niesamowity. 

I właśnie to uwielbiam, kiedy czytam krótkie opowiadania. Bardzo lubię taką intensywność.

Wygrałaś Premio Aena de Narrativa, nagrodę wręczaną za całokształt twórczości autorowi piszącemu po hiszpańsku. Wspominam o tym, bo to konkretna, duża nagroda pieniężna, która daje poczucie bezpieczeństwa i swobodę artystyczną, a to nie jest coś, co kojarzymy dziś z literaturą.

Uwielbiam to twoje pytanie, ponieważ daje nam okazję naprawdę zastanowić się nad tematem, o którym, moim zdaniem, powinniśmy mówić więcej. 

Kiedy powiedziano mi o tej nagrodzie, to był dla mnie szok. Co więcej, miałam wrażenie, że suma pieniędzy, która jej towarzyszy, jest obsceniczna. Nawet przez chwilę myślałam, że może powinnam z nich zrezygnować, bo pisarz nie powinien zarabiać aż tyle. 

A potem zaczynasz myśleć, ile zajmuje napisanie książki. W moim przypadku pięć lat. I dzielisz pieniądze przez te lata i miesiące. Wtedy nie są już aż tak wielkie. Ale myślę, że jest jeszcze jedna, ważniejsza rzecz. Na przykład, kiedy piłkarz gra mecz, tylko jeden mecz w ciągu tygodnia, płacą mu za to naprawdę wielkie pieniądze i nie uważamy tego za obsceniczne. 

Jednak jeśli pisarz buduje karierę przez trzydzieści lat i dostaje takie pieniądze, to to się wydaje obsceniczne, nawet dla mnie. Więc o co tu chodzi? Myślę, że to jest prawdziwy przykład na to, jak mało cenimy literaturę.

Oczywiście to sporo pieniędzy, ale to nie jest aż tak dużo, jeśli porównać to z innymi dyscyplinami. Powinniśmy mieć jeszcze więcej takich nagród. 

98% autorów, których znam, ma drugą, trzecią i czwartą pracę, żeby móc sobie pozwolić na „kupienie wolnego czasu na pisanie”. Czemu tak się dzieje? Chirurdzy i inżynierowie nie mają innych prac, żeby wykonywać swój zawód, prawda?

My mamy za to mnóstwo prestiżowych nagród, za którymi nie idą pieniądze. I one są oczywiście bardzo ważne, budują twój wizerunek, ale kiedy idziesz do supermarketu, nie możesz zapłacić prestiżem. Dlatego dobrze jest mieć trochę pieniędzy.

Książka:

Samanta Schweblin, „Dobre i złe”, tłum. Tomasz Pindel, wyd. Pauza, Warszawa 2026.