
Zoe Thorogood, choć ma dopiero 27 lat, zdążyła już rozgościć się w świecie komiksu. Jej debiut (niewydany w Polsce komiks „The Impending Blindness of Billie Scott”) spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Nie inaczej było z jej drugim komiksem „It’s Lonely at the Centre of the Earth” (wydany u nas pod tytułem „Samotność w centrum wszechświata”). Sześć nominacji do nagrody Eisnera, nagroda dla młodego talentu na festiwalu ComicCon w San Diego. Jednak lektura „Samotności…” buduje niezwykle przygnębiający obraz rzeczywistości autorki, która w drugim solowym komiksie opisuje pół roku ze swojego życia. W tym czasie zmagała się z niezwykle ciężką depresją, a komiks otwiera wyznanie Zoe: „od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie dźgnąć się ostrym nożem w szyję”.
Autobiografizm
Nurt autobiograficznych (będę trzymać się tego terminu, bo umieszczono go w podtytule) komiksów skupionych wokół traum jest obecnie bardzo popularny. W ostatnich latach mogliśmy czytać chociażby świetne „Kaczki. Dwa lata na piaskach” Kate Beaton, nominowany do nagrody Kapuścińskiego „Nasz mały sekret” Emily Carrington, a nieco wcześniej „Lżejszą od swojego cienia” Katie Green.
Wśród polskich autorek emocjonalnych autowiwisekcji w podobnym tonie dokonuje chociażby Kasia Mazur w serii komiksów: „Zamaskowana. Z pamiętnika autystki”, „Mama zabiła mi psa” czy „Do poprawki”.
Na ich tle „Samotność…” jawi się jako byt znacznie bardziej chaotyczny. Thorogood próbuje umieścić swoje przeżycia w fabularnych ramach. Narracyjną klamrą jest jej praca nad kolejnym komiksem (obserwujemy więc rosnący stos zarysowanych kartek, które, gdy ostatnia trafi na samą górę, ma przynieść Zoe obiecaną satysfakcję), autorka wprowadza także szereg postaci (przyjaciółka, kochanek), a powtarzającym się elementem jest powrót do czasów dzieciństwa, przywoływanie zdarzeń emblematycznych lub istotnych dla kształtowania się jej charakteru oraz podejścia do ludzi i świata.
Emocje zamiast fabuły
Prawda jest jednak taka, że wszystko, co jest nam prezentowane, to raczej zmaganie się z historią niż historia sama w sobie. Rzeczywistość tkana przez Thorogood jest pełna dziur, przeskoków i ślepych zaułków. Trudno więc opowiedzieć, o czym, na poziomie fabuły, jest to komiks. Mamy do czynienia ze strumieniem myśli i emocji, które przekładają się na powtarzalność motywów i stwierdzeń, a to w pewnym momencie przywołało inne, literackie (choć nie komiksowe) skojarzenie – książkę „Mój rok relaksu i odpoczynku” Ottessy Moshfegh – opowieść równie chaotyczną, repetytywną i obrazującą podobne stany psychiczne i emocjonalne, a do tego zamknięte w określonych ramach czasowych (pół roku u Thorogood, rok u Moshfegh). Choć, co ważne, „Samotność…” jest opowieścią autobiograficzną, a to pozwala autorce pójść w tym zapętleniu jeszcze dalej.
Thorogood nieustannie negocjuje z samą sobą niemal każde swoje słowo, podważa każdą twórczą, a jednocześnie życiową decyzję, pytając: „gdzie kończy się papier, a gdzie zaczynam się ja?”. Prowadzi niekończący się monolog i dzieli go na fikcyjne głosy, kreując nibydialog między kolejnymi wizualizacjami samej siebie, reprezentującymi różne postawy, momenty życiowe czy stany emocjonalne.
W ramach tych dysput we własnej głowie/na kartach komiksu podejmuje kolejne próby ubrania swojego przeżycia w jakąkolwiek formę: narracyjną czy wizualną, a jednocześnie co chwila odrzuca ją, krytykuje, unieważnia, zaczynając na nowo. Niczym Uroboros autorka połyka własny ogon, aż w końcu w połowie komiksu postanawia rozpocząć go po prostu na nowo.
Mimo pewnych różnic (druga część większy akcent kładzie na plan akcji), nie odczuwamy większego przeskoku, nadal pozostając wewnątrz autorskiego wywodu. Ostatecznie ceną negocjacji jest „być i nie być” samej Thorogood. Jeśli zawierzyć autorce – a to zdaje się kluczowe także dla ustawienia naszej czytelniczej perspektywy i empatyzowanie tam, gdzie kolejne zapętlenia autorki mogłyby frustrować – stawka jest najwyższą z możliwych.
Fabularny chaos
Pozostaje więc zapytać: czy fabularny chaos jest zamierzony, czy też nie? Czy Thorogood opowiada z trudem nie dlatego, że nie potrafi inaczej, lecz dlatego, że chce opowiadać to tak, a nie inaczej? Skłonna jestem uznać, że oba z tych stwierdzeń są trafne.
Mimo narracyjnego mętliku Thorogood wielokrotnie udowadnia, że porusza się w przestrzeni sztuki komiksu niezwykle sprawnie i potrafi wykorzystywać język tego medium, co widać na poziomie wizualnym – zarówno w samym rysunku, jak i w konstrukcji kadru. Thorogood swobodnie przeskakuje między pomysłami, przeplatając bardziej klasycznie rozplanowane strony z tymi mniej oczywistymi. Stąd strony wypełnione tekstem albo całkowicie puste, a także zarysowane bazgrołami.
Autorka bawi się typografią, kolorem, sięga po zdjęcia. Przy nielinearnej, wręcz szamoczącej się narracji, z jednej strony, jeszcze bardziej utrudnia to lekturę, ale z drugiej – są to momenty wytchnienia, zatrzymania się, choćby chwilowego namysłu nad ideą, kompozycją i stojącą za nią intencją. Nie są to rozwiązania nowe, dotąd niespotykane, ale pasują do opowieści Thorogood i tego, w jaki sposób ją prowadzi.
Można też spojrzeć na to jeszcze inaczej: z jednej strony świadczy to o dużej swobodzie, jaką autorka posiada w obrębie samego medium, z drugiej – może zostać odczytane jako próby siłowania się z nim. Tak jak twórczyni staje do walki z materią życia, tak walczy również na papierze. Thorogood wypracowuje też kilka sprawnych, choć z czasem przewidywalnych trików. Przede wszystkim w komiksie, w którym odkrywa się przed odbiorcą, niezwykle często coś zakrywa i zazwyczaj jest to swoja/bohaterki twarz. Autorka ustawia siebie plecami lub bokiem do kadru, skrywa wyraz twarzy pod burzą włosów albo sięga po dymki z tekstami, którymi zasłania niemal całą głowę.
Odsłanianie i zasłanianie
Opozycja odkryte/zasłonięte nieustannie przypomina nam o tym, że widzimy aż tyle i tylko tyle, ile pokazać zdecyduje się Thorogood – i tylko w taki sposób, w jaki postanowi to przedstawić. Poza stronami komiksu znajduje się więcej: zdarzeń, emocji, postaci, których nigdy nie poznamy. Można w tym widzieć też pewien wyraz wstydu samej autorki, która zdaje się wciąż negocjować z samą sobą, co chce nam powiedzieć, a kiedy w końcu podejmuje decyzję, towarzyszy jej strach, niepewność, niewiara w istotność jej przekazu.
Na tym tle zakończenie komiksu, w którym autorka zdaje się powoli dźwigać z najgorszego i dzieli się z nami swoimi przemyśleniami na ten temat, a nawet pewnymi radami, wygląda jak żart z samej siebie i swojej maniery, mrugnięcie okiem do odbiorcy. Jest też dość oczywistym komunikatem. Thorogood w ostatnim dymku zawiera jedną, ostatnią poradę, choć nigdy jej nie przeczytamy, bowiem słowa zasłonił zrywający się do lotu gołąb. To prosty komunikat – nie ma jednej, uniwersalnej prawdy na temat tego, czym jest albo może być szczęście i jak je osiągnąć. To może wydawać się banalne, ale wpisuje się w sposób, w jaki przez cały komiks autorka z nami „rozmawia”.
Można w opowieści autorki grzebać na różne sposoby – doszukiwać się paralel i przenosić jej historię na własną, czy to jeśli chodzi o samo doświadczenie samotności (kto z nas jeszcze kilka lat temu nie siedział zamknięty w domu? Zapomnieliśmy już o tym?), czy też pewne zafiksowanie się na własnej osobie, poddawanie siebie nieustającym analizom. Można też szukać, przyjmując postawę nieufnego, a może nawet nieco cynicznego odbiorcy, w jej opowieści luk, fałszywych tonów, momentów przesady, uznając, że opowiadaniu o sobie zawsze towarzyszy półcień, półprawda.
Jednak w tym drugim przypadku „Samotność w centrum wszechświata” nie ma prawa zadziałać. To opowieść tak osobista, całkowicie zanurzona w prywatnym, a jednocześnie tak zafiksowana na własnym punkcie – autorki na sobie samej i na opowiadaniu o tym zafiksowaniu, niekończącym się analizowaniu wszystkiego, co już na kartach komiksu padło – że jeśli jej nie zawierzymy, jeśli nie pozwolimy sobie na przełączenie się w tryb współodczuwania zamiast współanalizowania (autorki, komiksu), będzie nas raczej męczyć. Jeśli jednak wybierzemy to pierwsze, „Samotność…” może stać się frapującą i zajmującą podróżą do głowy pewnej dziewczyny.
Komiks:
Zoe Thorogood, „Samotność w centrum wszechświata”, tłum. Olga Mysłowska, wyd. NAGLE!, 2025.
