
„Pod wodą” to powieść o przyjaźni – ludzkiej i międzygatunkowej, o ginącym na naszych oczach świecie, stracie i radzeniu sobie z żałobą, a także o dwóch wielkich katastrofach: tsunami, które nawiedziło Tajlandię w 2004 roku, oraz huraganie Sandy z 2012 roku. O tym wszystkim rozmawiałam z autorką książki Tarą Menon w Poznaniu podczas Malta Festival 2026. W Polsce książka ukazała się w Wydawnictwie Poznańskim w tłumaczeniu Aleksandry Weksej.
Sylwia Góra: Twoja debiutancka powieść „Pod wodą” śledzi losy Marissy i Arielle, dwóch dziewczynek dorastających na małej wyspie w Tajlandii, których życie kształtują morze i przyjaźń. Dość idylliczny obraz, ale od samego początku czujemy, że nadchodzi coś strasznego.
Tara Menon: Chciałam, żeby, w pewien sposób, od początku było jasne, co się wydarzy w powieści i że będzie to tsunami, a potem huragan. Datuję wszystkie rozdziały, dlatego dla uważnego czytelnika jest to chyba dość czytelne.
Chciałam też wprowadzić poczucie napięcia, jakby miało się wydarzyć coś złego, tak abyśmy nigdy tak naprawdę nie mogli do końca poczuć tego raju, idylli, o której mówisz. Jakby to nie mogło trwać wiecznie. Cały czas czujemy, że to zostanie zakłócone.
Mamy zatem dwie linie czasowe – dzień przed tsunami w 2004 roku i dzień przed uderzeniem huraganu Sandy w Nowym Jorku w 2012 roku. Co skłoniło cię do napisania akurat o tych dwóch wydarzeniach?
Po pierwsze, mam pewien osobisty związek z oboma wydarzeniami. Dorastałam w Singapurze, w Azji Południowo-Wschodniej, która nie została dotknięta przez tsunami, ale było ono bardzo dużym wydarzeniem. W 2004 roku miałam 15 lat. To było coś, co zmienia życie, kształtuje je. Nie da się tego chyba inaczej nazwać, kiedy niemal 250 tysięcy ludzi umiera w jeden dzień.
To całkowicie zmieniło moje rozumienie tego, co jest możliwe na świecie, ile zniszczenia może się wydarzyć w jednym momencie. A potem mieszkałam w Nowym Jorku, dokładnie wtedy, kiedy był huragan, więc widziałam to niejako na własne oczy.
Ale byłam też zainteresowana różnicami między tymi dwoma wydarzeniami. Tsunami przyszło bez ostrzeżenia, o huraganie mówiono tygodniami i były to także tygodnie ostrzeżeń. Tsunami, jak już powiedziałam, zabiło około 250 tysięcy osób, a huragan mniej niż 300. A jednak reakcja zachodnich mediów na te dwa wydarzenia była zupełnie inna i z pewnością nieproporcjonalna do tragedii. Dlatego chciałam pokazać zarówno różnice między tymi dwoma wydarzeniami, jak i podobieństwa między nimi.
I widać, że aby pokazać te tragedie, ale i wcześniejsze życie, zwłaszcza przed tsunami w Tajlandii, musiałaś poświęcić dużo czasu na research. A może to także wspomnienia z twojego dzieciństwa?
Nie, ta książka nie jest autobiograficzna, co oznaczało, że musiałam poświęcić jej dużo czasu. Moje badania były bardzo różnorodne. Czasami czytałam artykuły naukowe o mantach, przewodniki po dzikiej przyrodzie albo historie krajów, o których pisałam.
Czytałam też wiele artykułów w gazetach o tsunami i relacje ocalałych. Oglądałam dużo filmów, zwłaszcza dokumentów. Zrobiłam naprawdę duży research, bo chciałam, żeby wszystko, o czym pisałam, było bardzo dokładne.

Dla mnie to jednak przede wszystkim powieść o przyjaźni. Ale są to dwa różne rodzaje przyjaźni. Jedna to przyjaźń z człowiekiem, a druga to przyjaźń z mantami, czyli konkretnym gatunkiem ryb.
Tak, moja książka jest o ludzkiej przyjaźni między Arielle a Marissą, ale również o przyjaźni, jaką te dwie dziewczyny mają z mantami. A także o bardzo ciekawym fakcie dotyczącym mant, którym jest to, że ich samice utrzymują też przyjaźnie między sobą.
Dla mnie przyjaźń między tymi dwiema dziewczynami, ale też żal po stracie, mają być symbolem tego, jak być może powinniśmy myśleć o naszym związku z naturą. Żal, który Marissa odczuwa po stracie Arielle, jest niejako modelem tego, jak powinniśmy myśleć o naszym żalu wobec świata przyrody i o stratach, które widzimy w związku ze zmianami klimatu i niszczeniem środowiska.
To ważny aspekt książki, ale przyjrzyjmy się bliżej najpierw przyjaźni dziewczynek, bo to najważniejsza relacja w życiu Marissy. Kiedy po latach wciąż jest w żałobie po stracie przyjaciółki, od innych słyszy: „jak możesz tak długo opłakiwać jakąś koleżankę, to przecież nie była nawet twoja rodzina?”.
Tak, to jest pytanie o to, jakie rodzaje żalu są akceptowalne, jakie rodzaje relacji ludzie uważają za takie, które można długo opłakiwać albo bardzo intensywnie przeżywać. I myślę, że wielu ludzi faktycznie uważa, że nie powinno się opłakiwać przyjaciela przez aż tak długi czas.
Minęło osiem lat, a Marissa wciąż pogrążona jest w głębokiej żałobie. Ale jedną z rzeczy, które chciałam pokazać w tej książce, jest też to, że jeśli masz bardzo intensywną, bliską, głęboką przyjaźń, to całkowicie normalne jest to, że jej utrata coś w tobie zmienia i że będziesz również tę zmianę opłakiwać przez naprawdę długi czas.
Bo to właśnie przyjaźnie, a niekoniecznie więzy krwi, są w twojej książce przyczynkiem do budowania wspólnot. W powieści pojawia się motyw rzeczowników zbiorowych. Marissa i Arielle uwielbiają je zapamiętywać, rywalizują w tym, która zapamięta ich więcej. Wydaje mi się, że to jednak coś więcej.
Tak, one grają w taką małą grę, gdzie zapamiętują rzeczowniki zbiorowe, ale oczywiście ta gra jest trochę symboliczna, bo chodzi o to, jak myślimy nie tylko o jednostkach, ale właśnie o grupach. To zjawisko bardzo specyficzne dla języka angielskiego. Inne języki być może też mają coś podobnego, ale angielski ma rzeczownik zbiorowy praktycznie na każde słowo, każdy gatunek, jaki tylko możesz sobie wyobrazić.
Próbuję zastanowić się nad różnicą między myśleniem o ludziach, a nawet zwierzętach, jako jednostkach, i o tym, jak myślimy o kolektywach, jak myślimy o wprowadzaniu zmian opartych właśnie na wspólnocie. I to też może być klucz do książki.
To również opowieść o końcu dzieciństwa i żalu z tym związanym. To także żal za przyjaźnią, która już nigdy nie będzie mogła się rozwinąć i przybrać innych form.
Tak, to prawda, ale nawet gdyby Arielle nie umarła, i tak jest to powieść o bardzo konkretnym okresie w życiu człowieka. To taki moment pomiędzy, kiedy przechodzisz z bycia dzieckiem do bycia dorosłym, okres nastoletni, w którym się przekształcasz, stajesz się bardziej świadomy siebie jako istota seksualna, jako ktoś, kto jest zarówno przyciągany przez innych, jak i przyciąga innych.
Jednak jest to opowieść o tym właśnie momencie – tuż przed tym, jak stajesz się dorosły, opuszczasz dom i wkraczasz w świat, gdzie taka przyjaźń i tak nie może istnieć w ten sam sposób.
Marissa jednak coś straciła. Tylko czy na tej stracie jest w stanie zbudować jakąś nową relację w swoim dorosłym życiu?
To trudne pytanie. W części o Nowym Jorku, tej późniejszej, z 2012 roku, ona jest bardzo samotna. Nie ma żadnych przyjaciół ani żadnych znaczących kontaktów towarzyskich.
I myślę, że jednak sposób, w jaki utraciła przyjaciółkę – podczas tsunami – czyli w dramatyczny i gwałtowny sposób, sprawia, że Marissa nie jest w stanie nawiązać innych rodzajów przyjaźni.
Dziś wciąż dyskutujemy, kiedy żałoba przestaje być zdrową reakcją, a staje się poważnym zaburzeniem utrudniającym funkcjonowanie. Czy powiedziałbyś, że twoja książka mówi też o pogodzeniu się z długo utrzymującym się smutkiem i próbie budowania swojej przyszłości?
Książka oczywiście pokazuje, jak Marissa radzi sobie ze żałobą i jak przez nią przechodzi. Ale nie jest, przynajmniej w większości, książką o tym, jak pokonuje swoją żałobę. Bo ona nie próbuje się z niej wydostać.
Myślę, że chce pozostawać w żałobie, bo uważa to za najlepszy sposób, aby pamiętać o przyjaciółce. A dla mnie to coś małego, ale naprawdę ważnego i interesującego.
Między wierszami poruszasz też bardzo ważny temat dotyczący Tajlandii i podobnych miejsc: turystykę seksualną. Mimo że opisujesz XXI wiek, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Kobiety są obiektami seksualnymi, są wykorzystywane. Również w Nowym Jorku pojawia się ten wątek, kiedy Marissa nie odzywa się, gdy słyszy seksistowskie komentarze, mimo że ma gotową odpowiedź w głowie.
Sceny z Tajlandii dotyczą dość jawnej turystyki seksualnej, po którą przyjeżdżają turyści z całego świata. I to nie jest w Tajlandii ukrywane, wręcz przeciwnie – jest oczywiste. Prawie w każdym barze można zobaczyć pracowników seksualnych i turystykę seksualną, która jest czymś powszednim.
Chciałam, żeby ta część była bardzo jasna, ale z drugiej strony zależało mi, aby pokazać, że nawet w takim miejscu jak Nowy Jork, tego rodzaju uprzedmiotowienie kobiet, zaczepianie na ulicy i molestowanie, naprawdę się dzieje. I nawet dla kogoś takiego jak Marissa, która jest tego bardzo świadoma, to jest bardzo trudne, bo boi się zrobić cokolwiek innego poza tym, żeby po prostu być uprzejmą.
Powiedziałaś już, że to też historia o ekologicznym smutku i powolnej utracie znanego nam świata przyrody. Myślisz, że jako ludzkość naprawdę rozumiemy tę stratę?
Myślę, że nie. Jesteśmy jako ludzie całkiem dobrzy w zauważaniu naprawdę katastrofalnych wydarzeń, takich jak gigantyczna powódź, która zmywa całą wioskę, albo pożar, który niszczy mnóstwo domów, ale nie jesteśmy zbyt dobrzy w rozumieniu, zapamiętywaniu czy zauważaniu znacznie bardziej powolnych rodzajów zniszczeń środowiska, jak na przykład powoli umierających koralowców.
To książka o tego rodzaju powolnej stracie, mniej widocznej, mniej spektakularnej i próba zwrócenia uwagi ludzi na tego typu straty.
Mamy jasność co do szkód wpływających na świat przyrody z powodu turystyki i kryzysu klimatycznego, ale kończysz sugestią, że ludzie wciąż mogą właśnie w naturze szukać pocieszenia. Tak jak twoja bohaterka.
Myślę, że kwestia zakończenia – to czy jest pełne nadziei, czy też niekoniecznie, zależy od czytelników i od tego, jak odbierają ostatni, bardzo konkretny rozdział.
To nie jest książka, która mówi, że ludzie powinni trzymać się z dala od natury, bo wydaje mi się, że to, co straciliśmy, to nasza zdolność dostrzegania, jak potężna, transformująca i piękna może być natura.
I właściwie, jeśli zaczniemy zwracać na to uwagę, to może pojawi się większa chęć i impuls, by spróbować zrobić coś, żeby ratować miejsca, które powinny być chronione, zamiast po prostu niszczyć je przez bezmyślną turystykę.
Książka:
Tara Menon, „Pod wodą”, tłum. Aleksandra Weksej, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026.
