
Reportaż Antonii Hylton to historia instytucji, która oficjalnie miała leczyć, a w rzeczywistości stała się narzędziem terroru. Przez dekady szpital psychiatryczny w Crownsville w stanie Maryland był dla jego „pacjentów” niczym obóz pracy, a z pewnością miejsce niesprawiedliwości, nadużyć i rasizmu. Przez dekadę autorka książki „Szaleństwo. Rasizm i przemoc w szpitalu psychiatrycznym w Crownsville” zbierała materiały w archiwach i rozmawiała z osobami, które w szpitalu pracowały i przebywały. W tym roku, w tłumaczeniu Jana Dzierzgowskiego, w serii Bo.wiem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, ukazało się polskie tłumaczenie tej książki, o której rozmawiam z Antonią Hylton.
Sylwia Góra: Zaczynasz książkę od osobistej historii o bliskiej osobie, która ma problemy psychiczne, wspominasz też innych członków swojej rodziny, którzy odeszli i zmagali się z nierozpoznanymi zaburzeniami. To dość odważne, nawet dzisiaj.
Co więcej, twoja książka pokazuje nam coś, czego biali ludzie nie rozumieją. Zastanawiasz się nad przyczynami, dla których twoja dalsza rodzina, i w ogóle czarnoskóra społeczność, cierpiały w sposób nieproporcjonalny z powodu depresji czy schizofrenii. Czy ta książka dała ci jakieś odpowiedzi?
Antonia Hylton: Tak, pisanie tej książki rzeczywiście dało mi pewne odpowiedzi. Kiedy bada się umysł, psychologię i psychiatrię, nigdy nie dochodzi się do idealnych odpowiedzi, ponieważ – jak nauczyłam się dzięki rozmowom z ekspertami, które zaczęły się lata temu, gdy byłam jeszcze studentką i prowadziłam pierwsze badania – ich zdaniem wciąż jesteśmy w „ciemnych wiekach” jeśli chodzi o naukę o mózgu i zdrowiu psychicznym.
To, co można znaleźć, to raczej wskazówki i kontekst, które w moim przypadku, na poziomie osobistym, sprawiły, że poczułam się bardziej kompletna, jakbym lepiej rozumiała swoją rodzinę, swoje wychowanie i to, kim jestem. A jako badaczka miałam poczucie, że zbliżam się do uniwersalnej historii czy uniwersalnej prawdy.
Moja książka wynika z próby połączenia tych dwóch rzeczy: samopoznania i odkrywania historii rodziny oraz klasycznego dziennikarskiego i śledczego przedsięwzięcia.
Zdecydowałam się otworzyć ją osobistą historią z kilku powodów. Po pierwsze, jako dziennikarka, powinnam ujawniać czytelnikom wszelkie potencjalne konflikty interesów – wszystko, co odbiorca powinien wiedzieć, aby rozumieć, dlaczego piszę o danym temacie. Uznałam, że ponieważ pochodzę z rodziny, w której wiele osób zmagało się z chorobami psychicznymi, to jeśli mam o tym pisać jako reporterka, muszę o tym powiedzieć wprost.
Drugim powodem było to, że chciałam, aby książka była dostępna i przyjazna dla osób, które mogą odczuwać stygmatyzację lub wstyd, dla osób żyjących z chorobą psychiczną, dla tych, którzy mają w rodzinie kogoś chorego, a nie mają z kim o tym porozmawiać. Chciałam stworzyć tę intymność z czytelnikiem – zaprosić go do krytycznego spojrzenia na własne życie, a w zamian dać mu moją własną historię, refleksję i analizę, abyśmy mogli przejść tę drogę razem.
Śledzisz historię szpitala od jego powstania w 1911 roku aż do zamknięcia w 2004 roku. To ogromna ilość materiałów archiwalnych i wywiadów, ale też wiele problemów prawnych.
Tak, było wiele przeszkód proceduralnych. Jednak, kiedy zaczynałam zbierać materiały, byłam jeszcze bardzo młodą studentką i myślę, że to było dla mnie wręcz zaletą, bo wiedziałam tak mało o tym, jak wszystko działa, że po prostu byłam gotowa próbować i pytać.
Myślę, że gdybym była bardziej cyniczna i starsza, to powiedziałabym: „to będzie za trudne”, „to się nie uda”. Ale ponieważ byłam młoda i myślałam: „jeśli napiszę maila, to dostanę zgodę”, „jeśli wypełnię formularz, to będzie łatwe”, to w pewnym sensie był idealny moment i idealne nastawienie do takiej pracy.
Musiałam przejść przez proces zwany Institutional Review Board – to jest procedura etyczna, w której twoje badania są oceniane przez naukowców z uczelni oraz ekspertów medycznych i zdrowotnych. Oni analizują propozycję badawczą i decydują, czy jesteś osobą, która będzie działała ostrożnie i etycznie w badaniach z udziałem ludzi.
Musisz przedstawić bardzo dużo informacji o swoim projekcie: co chcesz badać, jak zamierzasz postępować, jak będziesz obchodzić się z materiałami wrażliwymi, jeśli pojawią się w trakcie badań, także w archiwach.
Przeszłam przez cały ten proces, a jednocześnie przez długi czas odbijałam się od ściany ze strony stanu Maryland – bardzo opóźniali odpowiedzi. W końcu dostałam zgodę na wejście do archiwum. I kiedy tam dotarłam, była to dla mnie ogromna lekcja, bo w końcu miałam dostęp do wszystkich tych akt i dokumentów, które miały mi – jak sądziłam – opowiedzieć wszystkie osobiste szczegóły o pacjentach: ich życiu wewnętrznym, prywatnych myślach i historiach. Ale okazało się, że to, co było chronione w tych archiwach, dotyczyło głównie lekarzy i osób zarządzających instytucją, a nie pacjentów. W dużej mierze były to polityczne idee i retoryka ludzi prowadzących szpital.
To było dla mnie bardzo wartościowe, ale już po około trzydziestu minutach w archiwum zrozumiałam coś ważnego: dokumenty pisane wyłącznie z perspektywy lekarzy albo dyrektorów nigdy nie wystarczą, aby opowiedzieć prawdziwą historię doświadczenia pacjentów. Będę musiała znaleźć samych pacjentów.
Musiałam więc połączyć tradycyjne badania archiwalne i pracę z dokumentami z historią mówioną – z „reportażem w terenie”: spotkaniami z ludźmi, pukaniem do drzwi, telefonami, zostawianiem wiadomości głosowych, wysyłaniem maili i wiadomości oraz zbieraniem ich wspomnień, relacji i świadectw. I dopiero potem łączyć te historie z tym, co było w dokumentach.
Często historycy i dziennikarze bardziej cenią to, co jest zapisane i udokumentowane, niż ludzką pamięć i wspomnienia – i ja to rozumiem. Ale w przypadku tej historii, przy tak dużych nierównościach władzy w instytucji takiej jak szpital, nie da się dotrzeć do prawdy tylko przez dokumenty. One są jednostronne i politycznie uwarunkowane.
Dlatego uważam, że obie rzeczy – dokumenty i pamięć ludzi – są równie ważne i nie da się opowiedzieć tej historii bez żadnej z nich.
Piszesz też bezpośrednio w książce, że znalezienie pacjentów, którzy byli gotowi z tobą porozmawiać, było ogromnym wyzwaniem. To zajęło lata.
Tak, i dobrze, że zaczęłam, kiedy byłam młoda i trochę naiwna. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „to zajmie ci dziesięć lat”, to moja odpowiedź pewnie byłaby taka: „o mój Boże, to brzmi strasznie, nie chcę tego robić”.
Ale to było trochę jak lawina – każda relacja, każdy telefon prowadził do kolejnego. Poza tym to historia szpitala i społeczności, która czuła się ignorowana, uciszana, pozbawiona szacunku i niedoinwestowana. Dlatego istniała potrzeba budowania zaufania i relacji, naprawy tych więzi.
Wiele osób wcześniej czuło się źle zrozumianych lub źle przedstawionych przez dziennikarzy z „Baltimore Sun” czy „Washington Post”. Dlatego jako reporterka z zewnątrz potrzebowałam tych dziesięciu lat.
W pewnym sensie stałam się częścią tej społeczności. Ludzie żartowali, że powinnam wynająć mieszkanie w Annapolis i tam zamieszkać. I myślę, że to uczyniło moje dziennikarstwo lepszym, a książkę bogatszą.
Po zniesieniu niewolnictwa wielu komentatorów sugerowało, że osoby czarnoskóre były „odporne na szaleństwo” podczas niewoli, a psychicznie nie radziły sobie na wolności. Szpital w Crownsville, o którym piszesz, wciąż traktował pacjentów jak niewolników – zaczynając od tego, że sami musieli go zbudować własnymi rękami.
Poprzez historię Crownsville możemy zobaczyć, że szpital psychiatryczny jest powiązany z tym, co w Stanach Zjednoczonych nazywamy „szlakiem od niewolnictwa do więzienia” – że istnieją instytucje, które są ze sobą powiązane genealogicznie, dzielą ze sobą pewne „DNA”, wzajemnie na siebie wpływają, inspirują się i rozwijają.
Wielu historyków od dawna argumentuje, że współczesny system więziennictwa w USA ma swoje korzenie w niewolnictwie. Ja chciałam włączyć do tej rozmowy także szpital psychiatryczny jako część tego samego systemu.
Crownsville to niezwykła historia: stan Maryland decyduje się zbudować szpital psychiatryczny, który formalnie ma służyć leczeniu osób z zaburzeniami emocjonalnymi i psychicznymi. W praktyce jednak uznano grupę ludzi za na tyle „chorych”, że muszą zostać wykluczeni ze społeczeństwa, a jednocześnie wystarczająco „zdrowych”, by mogli pracować po 16–18 godzin dziennie przy budowie własnego szpitala.
I nie chodzi tylko o samą pracę. Praca – i bezpłatna praca – trwa w tym szpitalu przez pierwsze trzy, cztery dekady jego istnienia. To bardzo długi okres i z każdego punktu widzenia jest to skrajne nadużycie.
Jest więc aspekt pracy, który dla wielu osób najłatwiej zestawić z niewolnictwem i przymusową pracą w miejscu takim jak Crownsville. Ale są też decyzje estetyczne i architektoniczne.
Instytucja została zaprojektowana tak, by przypominała plantację. Umieszczono ją na terenach rolniczych, w lesistej, bardzo odizolowanej okolicy. Główny lekarz mieszkał w „dużym domu” – big house, jak na plantacjach określano dom właściciela.
Pacjentów umieszczano w znacznie mniejszych domkach, barakach i budynkach, które w pierwszych latach często sami musieli zbudować. Pacjenci dosłownie prowadzili całe miejsce: nie tylko wykonywali przymusową pracę, ale też gotowali i podawali posiłki osobom zarządzającym instytucją.
Istnieje też związek między przedwojennymi teoriami medycznymi i ówczesnym podejściem do czarnoskórych – do ich umysłów i ciał – a decyzjami instytucjonalnymi i systemowymi, które zapadły przy tworzeniu tego szpitala.
Pokazuję te wszystkie powiązania, ponieważ uważam, że to nie jest przypadek, że te rzeczy są tak podobne. Jedno jest konsekwencją drugiego – wyrosło z okresu, w którym wierzono, że czarnoskórzy nie są zdolni do wolności i że powrót do form przymusowej pracy jest „rozwiązaniem” ich problemów psychicznych. Widać to w decyzjach lekarzy i władz Crownsville oraz polityków z nim związanych. Te decyzje wpływają na funkcjonowanie szpitala aż do jego zamknięcia.
Nawet gdy zmieniają się prawa, pojawia się desegregacja i pewne reformy, Crownsville zawsze pozostaje w tyle za innymi szpitalami – nigdy nie miał takiego samego finansowania, takiej samej przestrzeni terapeutycznej. Zawsze ciążyła na nim historia przemocy i przymusowej pracy pacjentów, którzy musieli częściowo „opłacać” własną opiekę i dźwigać dodatkowy ciężar, którego nie było w innych instytucjach.
To wszystko „nawiedza” ten szpital przez całą jego historię. Dlatego kiedy patrzymy na system zdrowia psychicznego dziś, argumentuję, że aby zrozumieć, dlaczego wygląda on tak, jak wygląda, trzeba sięgnąć właśnie tam – do początku. Bo wiele decyzji, nawet tak podstawowych jak liczba łóżek w pokoju czy przestrzeń terapeutyczna, wynika z tamtych początkowych założeń.

I opisujesz, dekadę po dekadzie, jak czarnoskórzy pacjenci byli traktowani przez personel szpitala, który był wyłącznie biały. Nadużycia, przemoc, a nawet ich zabijanie. Pokazujesz także, jak przez lata ludzie byli wysyłani do Crownsville za drobne kradzieże albo z powodu biedy.
Tak, mamy ludzi cierpiących na zespół stresu pourazowego, depresję, alkoholizm – realne, poważne problemy zdrowia psychicznego, którzy rzeczywiście potrzebują opieki. Wielu z nich trafia do Crownsville. Problem polega na tym, że Crownsville jest tak brutalny i niedofinansowany, że ci ludzie prawie nigdy nie otrzymują właściwego leczenia.
Jednocześnie mamy inną grupę osób, które trafiają tam z powodów społecznych: są biedne i nie mają gdzie mieszkać. W niektórych przypadkach były to dzieci porzucone, bo rodzice nie mogli się nimi zająć – bez żadnej diagnozy psychiatrycznej.
Crownsville staje się w praktyce przedłużeniem systemu opieki zastępczej. Są tam osoby z niepełnosprawnościami fizycznymi. Są osoby przywiezione przez policję w środku nocy, bo zostały zatrzymane za bycie pijanymi.
Jest mężczyzna, o którym piszę, przywieziony dlatego, że prawie zajechał drogę białej kobiecie – a ona była tak oburzona, że policja wysłała go do Crownsville.
Jest też przypadek dżokeja, pana Bella, o którym dowiedziałem się od jednej z pierwszych czarnoskórych pielęgniarek. Trafił tam, bo ktoś usłyszał, jak mówi z brytyjskim akcentem i uznał, że udaje kogoś innego i jest „chory psychicznie”. Okazało się, że naprawdę urodził się w Londynie i był dżokejem, który później popadł w życiowe trudności.
Mamy więc dwie populacje – obie są zaniedbywane i obie są w różny sposób ofiarami systemu.
Widać też, jak instytucje medyczne stają się czymś w rodzaju „pojemnika” na problemy społeczne. Gdy społeczeństwo nie wie, co zrobić z kimś, kto jest postrzegany jako kłopot, zagrożenie, to taka osoba trafia właśnie tam.
Co ciekawe, jeśli porozmawiasz z lekarzami pracującymi dziś na oddziałach ratunkowych w USA, powiedzą dokładnie to samo: że w ich pracy pojawiają się osoby, które są głodne, bezdomne, przeżywają atak paniki, kryzys psychiczny, utratę pracy – i nie mają gdzie pójść.
Dlatego tak fascynujące jest to, że historie z lat dwudziestych czy trzydziestych XX wieku brzmią identycznie jak te, które słyszą dziś moi znajomi lekarze. Widać więc pewne wzorce, które powtarzają się w sposobie, w jaki zaprojektowano system opieki medycznej.
Kolejny problem w Crownsville pojawi się w momencie, gdy w szpitalu wreszcie zatrudnia się czarnoskóry personel medyczny. Czy przez to trudniej było białemu personelowi ukrywać nadużycia?
Tak, zdecydowanie stało się to znacznie trudniejsze. Wielu białych pracowników, którzy dorastali w środowisku pełnym uprzedzeń i rasizmu, otwarcie mówiło o swoim dyskomforcie związanym z pracą u boku czarnoskórych osób i z opieką nad czarnoskórymi pacjentami.
Od momentu założenia szpitala w 1911 roku aż do początku lat pięćdziesiątych XX wieku tylko biali mogli tam pracować – wszyscy pacjenci byli czarnoskórzy, cały personel był biały. Potem w związku z niedoborem personelu po drugiej wojnie światowej zaczęto stopniowo desegregować instytucję i zatrudniać czarnoskóre pielęgniarki i lekarzy.
Wtedy pojawiło się natychmiastowe napięcie. Biali pracownicy nie chcieli pracować z czarnoskórymi pielęgniarkami. Czarnoskóre pielęgniarki z kolei często czuły się źle traktowane, a czasem nawet zagrożone przez białych współpracowników, którzy dopiero uczyli się tej nowej rzeczywistości i nie zawsze zachowywali się wobec nich właściwie.
Jednocześnie czarnoskórzy pracownicy próbowali znaleźć sposób, by chronić pacjentów – którzy nie tylko byli tacy jak oni, ale często pochodzili z tych samych dzielnic, tych samych kościołów, szkół. Widzieli tych ludzi w swoim życiu wcześniej. Pojawiało się pytanie: jak opiekować się kimś, kto pochodzi z mojej społeczności, a jednocześnie nie narazić się przełożonym, którzy nadal kontrolują instytucję?
Bo choć zróżnicowano niższe szczeble personelu, kierownictwo nadal pozostawało białe. Dopiero po długim czasie zaczęli pojawiać się czarnoskórzy liderzy w szpitalu.
W efekcie powstała silna hierarchia i napięcie w okresie powojennym: na samym szczycie byli biali dyrektorzy z klasy średniej i wyższej, dobrze wykształceni i politycznie powiązani. Poniżej – biali pracownicy z klasy robotniczej. Jeszcze niżej – czarnoskórzy pracownicy klasy robotniczej. A na samym dole – w stu procentach czarnoskórzy pacjenci, znajdujący się w skrajnej biedzie i kryzysie.
Między tymi grupami istniało ciągłe napięcie – wszystkie walczyły o wpływ i zmianę, a jednocześnie próbowały utrzymać choć odrobinę kontroli w tak dużej instytucji. Często były też w konflikcie ze sobą. Czarnoskórzy pacjenci próbowali uzyskać pomoc od czarnoskórego personelu, ale ten personel czasem był zmuszony do działań, których później żałował – i które powodowały u nich traumę, ponieważ czuli się współuczestnikami przemocy wobec ludzi z własnej społeczności.
Byli więc w bardzo trudnej sytuacji: z jednej strony chcieli być sojusznikami pacjentów, z którymi się identyfikowali, a z drugiej musieli utrzymać pracę, bo nie mogli sobie pozwolić na jej utratę.
Często używa się w tym kontekście pojęcia „urazu moralnego” – czyli sytuacji, w której człowiek doświadcza głębokiego psychicznego i moralnego zranienia. To zostawia ślad w psychice i duszy.
Bardzo poruszające były dla mnie rozmowy z pielęgniarkami mającymi dziś ponad dziewięćdziesiąt lat, które wspominały początki swojej kariery z lat pięćdziesiątych XX wieku – wiele z nich płakało, mówiąc o tamtych doświadczeniach. Widać było, że trauma pozostała z nimi przez całe życie.
Nawet w czarnoskórych społecznościach Maryland rodziny musiały walczyć o zwrócenie uwagi na to, jak traktowano czarnych pacjentów w Crownsville, włącznie z działaniami w NAACP. Co nam to mówi o stygmatyzacji chorób psychicznych wtedy i teraz?
Tak, stygmatyzacja była wtedy niezwykle silna. Istniało ogromne poczucie wstydu związane z przyznaniem, że ktoś w rodzinie ma jakiekolwiek problemy psychiczne – czy to alkoholizm, czy depresję, schizofrenię, czy PTSD po służbie wojskowej.
Była ogromna presja społeczna, żeby to ukrywać. W kilku esejach piszę o mojej własnej rodzinie, która zmagała się z sytuacją jednego z kuzynów mojego ojca – cierpiał na halucynacje i schizofrenię. Rodzina nawet nie rozumiała tych pojęć, nie wiedziała, jak skontaktować się z lekarzami ani jak uzyskać pomoc.
Stygmatyzacja miała rzekomo chronić ludzi przed publicznym wstydem, ale w rzeczywistości często pogarszała sytuację zdrowotną – opóźniała leczenie, utrudniała dostęp do opieki i sprawiała, że rodzinom trudniej było znaleźć rozwiązania i wsparcie. Była więc bardzo podstępna i destrukcyjna.
Dziś sytuacja jest lepsza dzięki takim organizacjom jak NAACP oraz wielu organizacjom zajmującym się prawami osób z niepełnosprawnościami i zdrowiem psychicznym w USA i na świecie. Pracują one nad tym, by nagłaśniać historie, rozmawiać z dziennikarzami, ujawniać śledztwa dotyczące traktowania osób z problemami psychicznymi.
W książce opisuję momenty, kiedy historie pacjentów przebijają się do gazet albo gdy reporterzy wchodzą do instytucji i prowadzą śledztwa. Nagle społeczeństwo zaczyna widzieć to, co było ukryte za fasadą budynków. To bardzo ważne momenty, które stopniowo zmieniają kulturę. Ale zmiana jest bardzo powolna, wciąż istnieje dużo stygmatyzacji.
W tamtym czasie dla czarnoskórej rodziny w Baltimore przyznanie, że ktoś chodzi do terapeuty albo przyjmuje leki psychiatryczne, było ogromnym wstydem. Dziś ludzie mówią znajomym: „idę do terapeuty”, „spróbuję leku Lexapro” – to jest dużo bardziej normalne, codzienne.
Nawet w społecznościach niebiałych jest dziś większa otwartość. Ale wtedy oznaczało to utratę reputacji, pozycji społecznej, a czasem pracy czy szans życiowych, więc ludzie to ukrywali. Widać więc tę ewolucję.
Również desegregacja i zmiana w samym szpitalu zmieniały kulturę społeczną – bo kiedy zmienia się relacja władzy między białym personelem a czarnoskórymi pacjentami i pracownikami, pojawia się więcej wzajemnego zrozumienia.
Pielęgniarki mogły na przykład dzwonić do rodzin pacjentów, bo znały ich osobiście – wiedziały, do jakiego kościoła chodzą, do jakiej szkoły uczęszczają. Te bliskie więzi sprawiały, że było więcej otwartości i mniej stygmatyzacji. Byli nawet lekarze i pielęgniarki, o których piszę w książce, którzy sami odwozili pacjentów do rodzin. Byli bezpośrednio zaangażowani w ich życie prywatne – czego wcześniej nie było.
Policzono, że 1700 pacjentów zmarło w Crownsville i zostało pochowanych na polu w obrębie placówki, a prawie 600 innych ciał wysłano na uniwersytety do sekcji zwłok. To prowizoryczne miejsce pochówku stało się później miejscem pamięci i ceremonii „Say My Name”, gdzie upamiętnia się zapomnianych zmarłych.
Myślę, że gromadzenie się, uznawanie i wypowiadanie imion ludzi, to najważniejszy akt upamiętnienia, szacunku i refleksji.
Z perspektywy jednostek jest też wiele rzeczy, które państwo Maryland i osoby sprawujące władzę powinny zrobić dla społeczności dotkniętych historią Crownsville. Ale ceremonia „Say My Name” jest pięknym sposobem, w jaki społeczność może się zebrać, wzmocnić i przejąć kontrolę nad historią i narracją oraz przywrócić godność ludziom, którym ją odebrano.
To był jeden z moich ulubionych rozdziałów do napisania. Słyszę od czytelników, że to właśnie ta część książki najbardziej ich porusza – że czują się, jakby tam byli. I bardzo lubię to słyszeć. Bo kiedy sama uczestniczę w ceremonii „Say My Name” – a byłam na wielu takich wydarzeniach – naprawdę czuje się tam coś szczególnego: wagę, znaczenie, historię, emocje. Szczególnie wśród starszych osób z Annapolis i hrabstwa Anne Arundel. Dla nich to często rodzaj pielgrzymki – przychodzą oddać hołd, pomyśleć o dawnych pacjentach, przyjaciołach, bliskich, którzy tam zmarli. Wiele osób mówi, że nawet jeśli nie są religijni, to czują tam jakąś energię duchową. I myślę, że jest w tym coś prawdziwego.
Spotkałam wiele osób, które podchodziły do mnie i mówiły, że moja książka pomogła im odnaleźć informacje o członku rodziny, który zmarł w szpitalu, albo odkryć fragmenty historii swojej rodziny. To największy komplement i największy dar, jaki mogłam otrzymać.
I nie dotyczy to tylko rodzin i potomków, ale ma też realne skutki polityczne. Stan Maryland zmienia dziś swoje podejście, odnawia budynki, tworzy przestrzenie pamięci i edukacji. To duża zmiana w porównaniu do wcześniejszego stanu, kiedy miejsce było zaniedbane, zniszczone i dewastowane po zamknięciu szpitala w 2004 roku.
Dziś mówi się: „mamy obowiązek się tym zająć”. I uważam, że to bardzo ważne. I to właśnie społeczność doprowadziła do tej zmiany.
Wiele osób nie zwracało uwagi na to, jak w Crownsville traktowało osoby chorujące psychicznie, ale wydaje mi się, że dziś wciąż możemy mówić o rasizmie w medycynie i brutalność policji wobec chorych osób czarnoskórych. Jak to wygląda we współczesnych Stanach Zjednoczonych?
Tak, na końcu książki piszę o sprawie Jordana Neely’ego, który został zabity przez byłego marines w metrze w Nowym Jorku, w środku dnia. I o debacie, którą jego śmierć wywołała w Nowym Jorku i w całych Stanach Zjednoczonych – o zderzeniu rasy, uprzedzeń, strachu, zdrowia psychicznego i diagnoz medycznych, czyli o tym, jak wszystkie te elementy spotkały się w jednym momencie w nowojorskim metrze.
Przemoc policyjna jest tu ważnym elementem, ponieważ – wracając do głównej tezy o tym, jak połączyć dziedzictwo niewolnictwa w USA z systemem więziennictwa i instytucji psychiatrycznych – policja jest egzekutorem, czymś w rodzaju „tkanki łącznej” między tymi systemami.
Systemy policyjne powstały w odpowiedzi na realia niewolnictwa. Policja przewozi pacjentów do Crownsville. Policja przewozi ludzi do więzień i aresztów – osoby oskarżone o przestępstwa. Jest więc obecna na każdym etapie tego „łańcucha”.
Dlatego można bardzo wiele zrozumieć, patrząc na to, jak policja reaguje, jak się zachowuje i jak traktuje osoby z problemami psychicznymi w przestrzeni publicznej – na przykład w metrze – i zestawić to z tym, co dzieje się dziś, na końcowym etapie tej genealogii, o której mówię.
W Stanach Zjednoczonych pozostało bardzo niewiele szpitali psychiatrycznych. Większość została zamknięta, przekształcona w więzienia, sprzedana albo zlikwidowana. W rezultacie system więzienny stał się głównym „dostawcą” opieki psychiatrycznej.
W Nowym Jorku mieszkam niedaleko Rikers Island – największego dostawcy usług psychiatrycznych w mieście, czyli po prostu więzienia. W Los Angeles podobną rolę pełnią więzienia hrabstwa LA. W Miami – więzienie. W Nowym Orleanie – więzienie. W Chicago – Cook County Jail.
To wszędzie ten sam wzorzec. Nie istnieje już żadna instytucja porównywalna skalą do więzień, która pełniłaby funkcję leczenia psychiatrycznego. Liczba ludzi, którzy mogą otrzymać leki psychiatryczne dopiero po aresztowaniu przez policję, jest w USA ogromna. W praktyce system więzienny i penitencjarny stał się pierwszą linią systemu opieki psychiatrycznej.
Historia Crownsville pokazuje bardzo wiele z tego procesu. Gdy szpital zaczął się rozpadać, tracił finansowanie, politycy przestali interesować się reformą instytucji psychiatrycznych – zaczęły pojawiać się te same wzorce: pacjenci Crownsville coraz częściej mieli kontakt z systemem karnym, z policją, sądami.
W książce opisuję też badanie, które pokazało, że gdy pacjenci byli wypisywani z Crownsville, a gdy wypisywano ich z historycznie białych instytucji, różnica była ogromna: w „białych” instytucjach obecni byli nauczyciele, doradcy zawodowi, trenerzy pracy. W Crownsville – funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości nieletnich, czyli w praktyce „policja dla dzieci”.
To nie przypadek, że kiedy zaczęliśmy demontować system instytucji psychiatrycznych z takimi założeniami, rozwinął się w USA kompleks przemysłowo-więzienny w obecnej formie.
Historia Jordana Neely’ego jest dla mnie momentem, w którym wszystkie te siły spotykają się w jednym miejscu – w nowojorskim metrze, w jednym wydarzeniu.
A ja próbuję z tej historii wyciągnąć szerszy obraz: jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego nasz system ochrony zdrowia wygląda dziś tak, a nie inaczej, i dlaczego skutki są różne dla różnych grup społecznych, i czemu to wszystko często wydaje się niesprawiedliwe – musimy cofnąć się do początku i zobaczyć, jak do tego doszliśmy.
Książka:
Antonia Hylton, „Szaleństwo. Rasizm i przemoc w szpitalu psychiatrycznym w Crownsville”, tłum. Jan Dzierzgowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
