Pielgrzym ludobójca
Birmański dyktator (o, przepraszam: prezydent), generał Min Aung Hlaing, ma ostatnią dobrą passę. Sprawnie przeprowadził pseudowybory, przetrzymał przejściowe trudności paliwowe związane z atakiem Donalda Trumpa na Iran, stopniowo zyskuje uznanie międzynarodowe. Zalegitymizowały go już Rosja, Chiny, Tajlandia, w kolejce czekają Malezja i reszta ASEANu, a ostatnio dość spektakularnie zrobiły to również Indie.
Min Aung Hlaing, w pierwszej wizycie zagranicznej po przebraniu w cywilne stroje, udał się de Delhi. Został tam przyjęty przez Narendrę Modiego na czerwonym dywanie. Zważywszy na zbrodniczy charakter birmańskiego reżimu wojskowego, akt ten trochę psuje bajkę o Indiach jako „największej demokracji świata”.
Zresztą pod względem obłudy, wizyta birmańskiego gościa przebiła skalę, bo w jej ramach Min Aung Hlaing, znany ludobójca, pojechał… pomedytować do Bodhgayi, miejsca oświecenia Buddy. Dumając pod (niemal) tym samym drzewem banianu, które ongiś osłaniało Siddhartę, Min Aung Hlaing zapewne doszedł do podobnych do Oświeconego wniosków: że życie jest cierpieniem. Na pewno również czytelnie zaplanował przesłanie swej wizyty w Bodhgayi. W końcu najsłynniejszy buddyjski władca w dziejach, starożytny indyjski cesarz Aśoka, też zaczynał rządy od wyrżnięcia ponad setki tysięcy wrogów, by następnie ogłosić wszem wobec buddyjskie miłosierdzie i łaskawość.
Min Aung Hlaingowi pokonywanie wrogów także idzie ostatnio sprawnie. I jest, prawdę mówiąc, dużo ważniejsze od (od)zyskiwania legitymizacji międzynarodowej przez reżim wojskowy.
Armia birmańska wygrywa wojnę domową w Birmie/Mjanmie. I czuje, że jest o krok od ostatecznego zwycięstwa.
Czy słusznie?
Imperium kontratakuje
Birmańską wojnę domową opisywałem na łamach KL kilkukrotnie (tu, tu, tu i tu), więc teraz tylko krótka rekapitulacja. W toczącym się od 1948 roku konflikcie różnie bywało. Zaostrzył go pucz wojskowy w 2021 i powstanie narodowe przeciwko reżimowi wojskowemu, będące nań odpowiedzią. Najpierw wygrywała junta, potem, od 2023 do 2024, powstańcy – i to aż tak, że w 2024 roku byli o krok od zwycięstwa i obalenia reżimu.
Ale Tatmadaw, armia birmańska, wytrzymywała ciosy. A potem dostała kluczowe wsparcie zagraniczne: chińskie.
W 2025 roku Tatmadaw przystąpiła do kontrofensywy, w czym nie przeszkodziło nawet trzęsienie ziemi. Ponownie przejęła inicjatywę strategiczną, odzyskała – militarnie lub dyplomatycznie, dzięki (nie)widzialnej ręce chińskiej – kluczowe tereny.
Są nimi Mogok, centrum wydobycia kamieni szlachetnych, Falam, drugie miasto stanu Czin i Lashio, stolica północnego stanu Szan. A także Mandalaj-Myitkyina, kluczowa droga pozwalająca na przerzut wojsk na północ kraju w celu odbicia połaci regionu Sagaing i stanu Kaczin. Te znajdują się obecnie w rękach powstańców birmańskich (PDF-ów) i licznych insurekcji mniejszości etnicznych (EAO)
Tatmadaw jest na fali. A powstanie słabnie: oddaje kolejne wsie i miasteczka po walce lub bez walki, przechodzi do defensywy, jeśli nie do partyzantki.
Armia birmańska niczym walec rozjeżdża kolejne „tereny wyzwolone”, stosując miejscową wersję taktyki „3A”: spal wszystko, ograb wszystko, zabij wszystkich (burn all, loot all, kill all). Słowem, wojskowe imperium kontraktuje, a nowej nadziei brak.
Pierwsza kwadratura koła
Stało się tak z powodu szeregu powiązanych ze sobą przyczyn. W 2024 roku powstanie było o krok od zwycięstwa, ale nie rozwiązało polityczno-strategicznej kwadratury koła. Nierozwiązywalny problem polegał na tym, że choć reżim wojskowy został zepchnięty do „Birmy właściwej” (centralnej – i kluczowej politycznie – części kraju), to utrzymał kontrolę nad dużymi miastami plus dominację w powietrzu i wyłączność na ciężki sprzęt.
To wszystko oznaczało, że by wygrać i obalić juntę, powstanie PDF-ów musiało zaatakować najważniejsze miasta kraju. Mający lekki sprzęt powstańcy stanęliby przeciwko ufortyfikowanym oddziałom Tatmadaw, wspieranym przez artylerię, samoloty i helikoptery, co mogłoby się skończyć rzezią.
A na nią nie miał nikt ochoty, a już zwłaszcza dowódcy partyzantek etnicznych (EAO), stanowiących gros sił powstańczych. Mniejszości etniczne chętnie wykurzały armię birmańską ze swoich ojczystych terenów, ale na przeniesienie działań wojennych do „Birmy właściwej” i ginięcie na cudzej ziemi za niepewną sprawę, ochoty już nie miały. Nie zaryzykowały więc wielkiej ofensywy, ograniczając się do taktyki . To jednoczesne ataki na wiele rozproszonych celów – posterunki, linie zaopatrzenia i szlaki komunikacyjne – mające stopniowo wykrwawić juntę.
Ilość jest jakością
Ale Tatmadaw znalazła sposób na kurczące się szeregi: masowy pobór. Poczynając od 2024 roku, armia birmańska zaczęła wcielać do wojska na siłę rzesze młodych Birmańczyków, często stosując łapanki na ulicach.
Doprowadziło to do paniki: ukrywania się młodych i fal exodusu z kraju, bezprecedensowego drenażu mózgów (z Mjanmy ucieka kto może i ma na to wystarczający kapitał, ten dosłowny, i ten kulturowy). Kto zdołał ten zwiał, schronił się lub opłacił (w wojskowych sieciach było dużo dziur), lecz większości się to nie udało.
Liczby nie kłamią. W latach 2000-2020, Tatmadaw przyjmowała w swoje szeregi około 12 tysięcy żołnierzy rocznie; po wprowadzeniu poboru przymusowego w 2024 r. wojskowym udało się osiągnąć cel 96 tysięcy nowych rekrutów rocznie. W ciągu dwóch lat szeregi Tatmadaw powiększyły się o niemal 200 tysięcy żołnierzy. I nie ma znaczenia, że niewiele potrafią, a część z nich ucieka. Nowymi rekrutami łata się dziury, przerzucając ich do prostych zadań organizacyjnych czy logistycznych, traktując jak darmową siłę roboczą lub mięso armatnie. Te rezerwy pozwalają na wydajniejsze dysponowanie najlepszymi oddziałami, rotowanymi teraz na kluczowe odcinki frontu. W ten sposób masa robi swoje: w Birmie jak w Rosji: ilość staje się jakością samą w sobie.
Drony i spalona ziemia
Birmańscy powstańcy, inaczej niż Ukraińcy, nie są w stanie zniwelować tej ilościowej przewagi technologią, na przykład dronami. Weszły one i do birmańskiej wojny domowej, jak do wszystkich obecnych konfliktów na świecie.
Z pomocą dronów, lotne brygady partyzantów mogły dokonywać zasadzek, wyłączać z ruchu kluczowe drogi w kraju jak autostrada Mandalaj-Monywa, zabijać dowódców armii birmańskiej. A nawet dokonać – ostatecznie nieudanego – zamachu na dyktatora, generała Min Aung Hlainga (drony wleciały mu do pilnie strzeżonej nowej stolicy Naypyidaw, jednak złego licho nie bierze i przeżył).
Z czasem reżim birmański zniwelował i tę przewagę, mocno współpracując z Rosją, hojnie dzielącą się zarówno masowymi, tanimi dronami jak i know-how nabytym na Ukrainie. W efekcie również równowaga w dronach szybko zaczęła się przechylać na korzyść Tatmadaw, mającej zarówno więcej dronów, jak i więcej środków na nie. Birma gospodarczo rzecz biorąc żyje między innymi z handlu surowcami (gaz i ropa płynące do Chin czy Tajlandii). Zyski z nich idą na prowadzenie wojny. Powstanie z kolei finansuje się z datków społeczeństwa i diaspory (za które na czarnym rynku zaopatruje się w broń), a te, choć bezprecedensowe, nie mogą równać się środkom Tatmadaw.
W wyniku tego wszystkiego obecnie reżim ma przewagę zarówno liczebną i jakościową w dronach. Zalewa pola bitew rojami bezzałogowców, a na te powstańcy nie znaleźli dotąd skutecznego remedium.
Podobnie jak na zbrodniczo skuteczną taktykę spalonej ziemi. Wykorzystując swoją dominację w powietrzu, Tatmadaw stosuje prostą, aczkolwiek nieludzką metodę. Jeśli utraci jakieś miasto czy miasteczko, to potem bombarduje je, a często wręcz równa z ziemią. I nie ma to znaczenia, że może to być birmański gród: albo będzie w rękach wojska, albo nie będzie go wcale.
Mającym wsparcie ludności powstańcom strategia ta stworzyła kolejną, nierozwiązywalną do dziś drugą kwadraturę koła: zdobywać ojczyste obszary źle, bo zostaną zniszczone. Nie szturmować też źle, bo ogranicza to powstanie do walk partyzanckich, politycznie uniemożliwiając obalenie reżimu.
Zagranica, nie ulica
Wreszcie ostatni komponent, zagranica. Junta od puczu miała realne wsparcie rosyjskie, a od 2024 roku chińskie. Zwłaszcza to ostatnie okazało się istotne.
Z pomocą Chin, reżim zatrzymał postępy powstania i przekreślił marzenia o wzięciu Mandalaj. Zmusił także część partyzantek do oddania strategicznych obszarów, zdobytych uprzednio po ciężkich walkach (Mogok, Lashio) i przymusił część grup zbrojnych do układów z juntą.
Na tym tle powstańcy uzyskali od Zachodu wyłącznie wsparcie moralne. Choć zachodnie stolice nałożyły na juntę dość mocne sankcje, to nie zdecydowały się uznać podziemnego Rządu Jedności Narodowej (NUG) ani tym bardziej wesprzeć powstanie zbrojnie, nawet gdy wygrywało. A po tym jak Chiny już otwarcie stanęły po stronie Tatmadaw, Zachód na pewno na nic więcej się nie zdecyduje.
Rykoszetem uderzyła w siły ruchu oporu również transakcyjna polityka Trumpa.
Amerykański prezydent odciął całe finansowanie dla sił demokratycznych w Birmie. Od wsparcia politycznego po humanitarne, a samych Birmańczyków umieścił na czarnej liście wjazdowej do USA.
Chociaż Amerykanie nie finansowali powstania, to wywodzi się ono z również z sił i środowisk dotychczas korzystających ze wsparcia Zachodu. Teraz amerykańska część tego źródełka wyschła, co pośrednio bije w ruch oporu. A najgorsze jest to, że jeśli Birma w jakikolwiek sposób dociera do umysłu Trumpa, to najprawdopodobniej kojarzy mu się ona z minerałami ziem rzadkich, obszernie tam występujących. Czytaj, w jego języku: można zrobić deal (a jak można, to trzeba!).
Jest z tym kilka problemów. Większość terenów bogatych w te minerały należy do powstańców. Ale szlaki transportowe do nich prowadzą głównie przez Chiny, a nie o to chyba Amerykanom chodzi. Resztę „minerałowego tortu” kontroluje reżim wojskowy, co kusi administrację USA do próby dogadania się z generałami. Choć na ten moment daleko do tego, to efekty Trumpa na odcinku birmańskim są na razie takie, że dotychczasową, często nieznośnie prometejską politykę promocji demokracji, zastąpiła prymitywnie cyniczna logika zarobienia gdzie się da i na czym się tylko da.
W praktyczny sposób jest to zauważalne pojawieniem się masy szemranych amerykańskich lobbystów czarujących mirażem minerałowych deali z generałami. Tak oto Waszyngton przeszedł z jednej skrajności w drugą. A powstańcy zostali sami.
Dziewiąta fala
Jak tak dalej pójdzie, to powtórzy się historia z 1988 roku. Wówczas społeczeństwo wszczęło masowe demonstracje przeciwko jednej z poprzednich junt wojskowych, które generałowie utopili we krwi. Protestująca młodzież poszła więc do dżungli i połączyła siły z partyzantami etnicznymi, walczącymi tam od dekad. Nadzieje były jak nigdy, podobnie jak szumne deklaracje o jedności narodowej, wspólnym froncie itp. A skończyło się jak zawsze.
Tatmadaw rozbiła birmańskie oddziały powstańcze, choć nie te partyzantów etnicznych, a następnie uzyskała legitymizację międzynarodową. Najpierw regionalną (Chiny, Indie, ASEAN), a potem globalną (druga dekada XXI w.). Pomimo sankcji, izolacji i potępień na Zachodzie, rząd wojskowy sam się wyżywił.
Teraz, choć skala inna, to wszystko znów idzie w tym kierunku. Min Aung Hlaing ma już poparcie Rosji, Chin, Tajlandii i Indii, za chwilę dołączą inne kraje ASEAN, a potem stopniowo reszta. Choć wojskowo nie wszystko stracone, armia ma dużo do odwojowania. Zwłaszcza nadmorski Arakan/Rakhine, zajęty niemal w całości przez miejscową Armię Arakanu (AA). A także górzysty Kaczin, kontrolowany w większości przez Armię Wyzwolenia Kaczinu (KIA). Tatmadaw może chwilowo z tym żyć, bo to nie „Birma właściwa”, decydująca o władzy w kraju.
Z punktu widzenia birmańskiej armii, najważniejsze by złamać PDF-y i odbić rdzennie etnicznie birmańskie tereny Sagaing, Magwe i Bago. Jeśli do tego dojdzie, powstanie upadnie.
Birmańczycy widzą co się dzieje. W zmiennym rytmie „fal defetyzmu i triumfalizmu,” panujących (w szczerze nienawidzącym armii) społeczeństwie birmańskim, obecnie wzbiera ta pierwsza. Trzymając się tego morskiego porównania, nastrój jest teraz mniej więcej taki, jak w obrazie „Dziewiąta fala” Ajwazowskiego.