W obszernym tekście na łamach „Kultury Liberalnej” Iwona Wyszogrodzka udowadnia, że stanowczo zgadza się sama ze sobą. Wyszogrodzka jest jedną z ponad półtora tysiąca sygnatariuszek i sygnatariuszy listu otwartego do ministra kultury Marty Cienkowskiej, wzywającego do zerwania kontaktów z izraelskimi instytucjami, organizacjami pozarządowymi i osobami fizycznymi, które nie sprzeciwiają się polityce Izraela. W tekście opublikowanym przez „KL” jako list apelowałem do ministry, by nie spełniła tego wezwania. Ukazywałem, na jak kruchych – moim zdaniem – podstawach oparte jest stanowisko jego autorów. W swym tekście w „KL” Wyszogrodzka odnosi się do mojego listu i powtarza poparcie dla listu otwartego. Innymi słowy, nie przekonałem jej swoimi argumentami.
Argumenty bez odpowiedzi
To oczywiście rozczarowujące, ale jeszcze bardziej martwi mnie to, że do owych argumentów autorka w ogóle się nie odniosła. Gdyby wykazała moje błędy faktyczne lub rozumowania, musiałbym zrewidować swoje stanowisko. Ale polemistka cytuje jedynie moje wnioski, z którymi, jak rozumiem, się nie zgadza, jako powód, by odrzucić rozumowanie, z którego wynikają.
Przykładowo, Wyszogrodzka pisze, odtwarzając jakoby mój tok rozumowania: „Zatem, ja mam opinię – Ty, czytelniku, też ją masz. Ośmiuset specjalistów prawa międzynarodowego i studiów nad ludobójstwem też ma jedynie «opinię». I żadna z nich nie jest bardziej uprawniona niż inne”. Chodzi o rezolucję Międzynarodowego Stowarzyszenia Badań nad Ludobójstwem (IAGS), na którą powoływali się autorzy listu otwartego, uznającą działania Izraela w Gazie za ludobójstwo.
Napisałem: „W głosowaniu nad rezolucją IAGS uczestniczyło jedynie 28 procent członków organizacji, do której może zresztą wstąpić każdy, niezależnie od wykształcenia i dorobku, kto opłaci roczną składkę członkowską. Pod oświadczeniem «800 specjalistów prawa międzynarodowego i studiów nad ludobójstwem» podpisani są zarówno profesorowie, jak i studenci oraz osoby, których status akademicki nie został określony. Nie oskarżają oni jednak Izraela o ludobójstwo, lecz «ostrzegają przed możliwością» jego popełnienia. Oświadczenie to uchwalili 15 października 2023 roku, więc zaledwie w 8 dni po morderczym ataku Hamasu na Izrael. W tekście jednak nie tylko nie ma potępienia tego ataku, ale nawet uznania, że miał on miejsce”. W moim przekonaniu podważa to zaufanie do owego dokumentu. Wyszogrodzka w ogóle się nie odnosi do tych uwag.
Bywa jeszcze gorzej. „Gebert – stwierdza autorka – błędnie cytuje raport Human Rights Watch (HRW). Przekonuje, że mówi on o pojedynczych, a więc siłą rzeczy mniej istotnych, «aktach ludobójstwa», choć HRW wyraźnie konkluduje, iż «polityka prowadzona w ramach masowego zabijania palestyńskich cywilów w Strefie Gazy oznacza, że władze Izraela popełniły zbrodnię przeciwko ludzkości polegającą na eksterminacji, która wciąż trwa. Polityka ta stanowi również akt ludobójstwa w rozumieniu konwencji o ludobójstwie z 1948 roku»”. Tyle tylko, że cytat, na który ona sama się powołuje, pokazuje wszak, że trafnie, a nie błędnie, cytuję rzeczony raport. Akt ludobójstwa, pojęcie zaczerpnięte z orzeczenia MTK do spraw byłej Jugosławii w sprawie zbrodni w Srebrenicy, jest zaś czymś innym niż ludobójstwo. Akt ludobójstwa to jednorazowy czyn spełniający warunki definicji, który może być popełniony w ramach kampanii, która tych warunków nie spełnia. Zarazem w toku takiej kampanii może dochodzić do innych naruszeń, takich jak zbrodnie wojenne czy przeciw ludzkości.
Wyszogrodzka jednak nie tylko udowadnia, że zgadza się ze sobą, a nie ze mną, i że żadne argumenty tego nie zmienią (przykładów jest więcej od tych, które podałem): ona podejmuje śmiałą polemikę sama ze sobą. Stwierdza mianowicie, że „wciąż wiele osób w Polsce uważa, że właściwe pole dialogu na temat Izraela rozciąga się między stanowiskiem Konstantego Geberta a zdaniem Jana Hartmana”.
Tymczasem choćby list otwarty, który podpisała, a który był obszernie udostępniany, pokazuje, że to przekonanie jest mylne. To raczej poglądy „między stanowiskiem Konstantego Geberta a zdaniem Jana Hartmana” – czyli nie-antyizraelskie – są w polskiej debacie o Izraelu w mniejszości. Dowodem na to jest choćby porównanie liczby osób podpisanych pod listem zainicjowanym przez Krzysztofa Cieślika do tego, który zorganizował Michał Bilewicz. Jak i fakt, że moje stanowisko w sprawie listu otwartego do ministry Cienkowskiej „Kultura Liberalna” opublikowała jako list do redakcji, podczas gdy odpowiedź Wyszogrodzkiej na ten tekst – jako polemikę. Polemika z listem do redakcji to swoją drogą istotne novum w repertuarze medialnych form.
Zasadnie natomiast Wyszogrodzka zarzuca mi, że o wielu kwestiach związanych z Izraelem w swoim liście nie wspomniałem. Tyle tylko, że nie one były tematem tego listu. Poruszam je natomiast w swoich innych artykułach, podcaście i książce „Pokój z widokiem na wojnę”. Wyszogrodzka oczywiście nie ma żadnego obowiązku zapoznawać się z tymi materiałami.
Nie wydaje mi się jednak zasadne oczekiwanie, że pomieszczę zawarte w nich treści w krótkim liście tyczącym się innej sprawy. Na zakończenie swej polemiki, niemal dwukrotnie dłuższej od mojego listu, Wyszogrodzka wprowadza natomiast nowy i – jak się wydaje – jej zdaniem istotny element.
Zarzut nieobiektywności
Mianowicie autorka ujawnia, że jestem członkiem Rady Programowej polskiego oddziału izraelskiej organizacji ELNET, działającej na rzecz zbliżenia między Izraelem a Europą, która także finansuje mój podcast o Izraelu „Ziemia zbyt obiecana”. Wiedzą o tym wprawdzie wszyscy słuchacze podcastu czy osoby odwiedzające stronę ELNET-u, co stwierdza sama Wyszogrodzka, ale konkluduje ona: „Nie zabraniam Konstantemu Gebertowi posiadania i głoszenia poglądów zbieżnych z jego pracodawcą. Byłoby wspaniale, gdybyśmy wszyscy pracowali w instytucjach, których działalność jest bliska naszym sercom. Warto jednak umieszczać tę informację w biogramach publicystów i ostrożniej korzystać z ich analiz. I uważnie czytać”.
Wyjaśniam więc, że ELNET jest moim „pracodawcą” tylko w takim sensie, jakim jest nim „Kultura Liberalna” i inne media, w których zdarza mi się publikować. Poglądy istotnie mamy chyba zbieżne, bo ELNET ani razu nie ingerował w treści, które wyrażam w podcaście; gdyby zresztą było inaczej, natychmiast zakończyłbym współpracę. Nie jestem, wbrew twierdzeniu Wyszogrodziej, „pracownikiem ELNET-u”, nie umieszczałem tej informacji w swoich biogramach.
Skoro jednak moja polemistka uważa tego rodzaju związki za istotne, spieszę poinformować, że jestem także członkiem Rady Doradczej Einsteinforum, niemieckiego think tanku intelektualnego, Rady warszawskiego Ogrodu Sprawiedliwych, upamiętniającego osoby, które ratowały życie ludzi lub występowały w obronie ludzkiej wolności i godności, oraz Rady sztokholmskiego Instytutu Paideia, zajmującego się żydowską edukacją.
Wszystkie te informacje, podobnie jak te o moich byłych członkostwach w rozmaitych zarządach i radach, są publicznie dostępne w internecie. Podobnie jak informacje o funkcjach, jakie w rozmaitych innych ciałach pełni moja polemistka. Do głowy by mi jednak nie przyszło, by sugerować, że to członkostwo wpływa na jej poglądy; przypuszczałbym raczej, że jest, jak i w moim przypadku, odwrotnie.
Ale ja ostatnio nie mam szczęścia do polemistek. W umieszczonym na Facebooku tekście, niemal trzy razy dłuższym od polemiki Wyszogrodzkiej, Anne Goldschmid, publicystka zajmująca się problematyką pamięci historycznej, stwierdza:
„U Geberta pojawia się coś w rodzaju publicystycznej ulgi, gdy odnajduje w Izraelu wszystko to, co złe, brzydkie, brutalne, kompromitujące i politycznie odrażające… robienie z najgorszych elementów izraelskiej polityki pars pro toto całego państwa jest nie tylko nieuczciwe. Jest zwyczajnie intelektualnie leniwe […] Publicysta salonowo usłużny robi krok dalej i mówi prawie bez słów: oto Izrael odsłania swoją prawdziwą twarz. Gebert w swoim tekście nie wypowiada tego oczywiście tak prostacko, na tym właśnie polega skuteczność jego metody. Ale kierunek jest czytelny […] W europejskiej rozmowie o Izraelu istnieje stałe zapotrzebowanie na Żyda, który potwierdzi większości jej własne podejrzenia wobec państwa żydowskiego […] [Gebert] uznał, że wygodniej będzie używać wiedzy tak, aby nie naruszała akustyki własnego salonu […] On pozostaje grzeczny wobec salonu, salon pozostaje grzeczny wobec niego […] Ta sama publiczność, która niekoniecznie chce słuchać Żydów mówiących o bezpieczeństwie, pamięci, lęku czy racji stanu, nagle słucha ich z ogromnym skupieniem, gdy mówią przeciw Izraelowi. Wtedy są potrzebni. Wtedy stają się dowodem, że oskarżenie jest czyste. Wtedy ich żydowskość, zwykle tak kłopotliwa, okazuje się niezwykle użyteczna. Autor o takim doświadczeniu powinien znać ten mechanizm. Jeśli go nie zna, to źle. Jeśli zna, to gorzej […] człowiek, od którego należało oczekiwać więcej prawdy, więcej dokładności i więcej oporu wobec własnego salonu, napisał tekst wygodny, przewidywalny i szkodliwy. To nie jest błąd. To kompromitacja”.
Cytuję tak obszernie dlatego, że być może czytelnicy, podobnie jak ja, nie korzystają z mediów społecznościowych. Nie wiedziałbym o tekście pani Goldschmid, gdyby mi go ktoś życzliwy nie przysłał. Krytykę autorki wzbudził mój felieton o terrorze izraelskich osadników, zamieszczony w „Kulturze Liberalnej”.
Goldschmid bardzo przekonująco udowadnia, że jestem złym, cynicznym i oportunistycznym człowiekiem. I ani razu, podobnie jak Wyszogrodzka, nie podejmuje polemiki z zarzutami, jakie w swoim tekście stawiam. Dla jednej wysługuję się „polskiemu salonowi”, dla drugiej – „izraelskiemu pracodawcy”.
Rzecz jasna, żadna z moich polemistek nie ponosi jakiejkolwiek odpowiedzialności za tezy stawiane przez drugą. Piszę o nich obu razem tylko dlatego, że ich teksty ukazały się w zbliżonym czasie i zdają się emanować podobną pewnością – że skoro mówię rzeczy tak bardzo oburzające, choć z bardzo różnych powodów dla każdej z moich polemistek, to muszę kierować się złą wolą – a to zwalnia z konieczności podjęcia polemiki. Wystarczy potępienie.
Można by się cieszyć, że dwie osoby o tak diametralnie różnych poglądach w tej jednej sprawie, czyli mojej niegodziwości, są jednak zgodne: spotykają się tu jak dwa krańce podkowy. Mimo to nie mogę się oprzeć poczuciu, że owa ich zgodność nie stanowi żadnego rozwiązania problemu. Przeciwnie – to ona jest problemem, na który nie mam rozwiązania.