W kwietniu ukazał się album ze zdjęciami Pawła Pierścińskiego, najlepiej znanego przedstawiciela Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. Zdjęcia wybrały i ułożyły: Katarzyna Sagatowska, właścicielka Galerii Jednostka i opiekunka spuścizny fotografa, oraz Monika Szewczyk-Wittek, promotorka fotografii. Za wydanie publikacji odpowiada Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki.

Wyborowi zdjęć towarzyszy zbiór krótkich tekstów. Rozpoczyna je wstęp Kacpra Kępińskiego, wicedyrektora instytucji, która stoi za wydaniem książki. Autor tłumaczy inicjatywę i przekonuje, że Instytut od lat przygląda się architekturze regionu świętokrzyskiego. To zresztą kolejna praca Instytutu poświęcona Pierścińskiemu, którego zdjęcia obiektów architektonicznych Kielecczyzny stały się podstawą kilku wystaw i książki „Ruch tektoniczny”, o starzeniu się świętokrzyskiej architektury.

Raczej wieś niż miasto

Moja mama urodziła się we wsi Jeleniów, w gminie Nowa Słupia. I ta wieś często pojawia się na fotografiach artysty. To w sposób oczywisty przyciąga mnie do Pierścińskiego. No właśnie, znowu wieś. Co prawda wiem, że kielecki fotograf miał sporo kadrów poświęconych architekturze, ale gdy zaglądam do publicznego archiwum, widzę tam głównie kościoły, pałace, ruiny, ale przede wszystkim wieś. Dlatego uważam, że Pierściński to raczej ktoś zdecydowanie bardziej od ruralistyki czy krajobrazu wsi polskiej, kto zresztą – to uwaga na boku – ten krajobraz spacyfikował.

 

Pola, Chęciny, lipiec 1970, fot. T. Kubaczyk / NIAiU (zdjęcia w publikacji: P. Pierściński / Archiwum Pawła Pierścińskiego)

 

Dlaczego spacyfikował? To dygresja, ale nie mogę się od niej uwolnić. Otóż, kieleckie znane jest z krajobrazu wąskich pasów pól, co wzięło się z dzielenia tej chłopskiej schedy przez kolejne pokolenia na coraz mniejsze kawałki. Jest to widok malowniczy, ale jeśli poszuka się jego istoty, estetyka rozmija się z etyką. Za pasami ziemi o długości setek i szerokości dwudziestu metrów nie rozciągała się jednak przyszłość. To tak samo malownicze jak bose stopy, orka wołem czy fikcyjne bukoliki. Można oczywiście powiedzieć, że chłopi w okresie PRL i tak mieli szczęście, że ich nie skolektywizowano, a w dodatku dostali jeszcze fotografa, który umiał ten romantyzm znaleźć, niemniej Paweł Pierściński, mieszkaniec Kielc, absolwent technikum budowlanego, raczej romantyzował widok, za którym stoi bieda (moi dziadkowie kłócili się o te wszystkie miedze), niż umiał go poddać refleksji.

Te fotografie warto jednak docenić, ale z nieco innych powodów. Pierściński wraz z Kielecką Szkołą Krajobrazu odkrył coś niezwykłego w polskim krajobrazie: wzór, siatkę, geometrię krajobrazu, którą szczycił się całe życie. Jeśli współczesna teoretyczka sztuki Rosalind Krauss mówi o siatce jako pewnym założeniu sztuki modernizmu, przenikającym od Mondriana czy geometrycznego modernizmu do sztuki współczesnej, to Pierściński umiał spotkać te dwie rzeczy w swoich fotografiach. Czy miał zmysł obserwatora zmieniającego się społeczeństwa – co, jak rozumiem, jest zamysłem książki – nie wiem.

Nostalgia

Dlatego, oglądając album, mam mieszane uczucia. Z jednej strony doceniam dobrze wykonaną pracę edytorską. Przede wszystkim unikanie epatowania złotymi, fundamentalnymi dla polskiej fotografii, kadrami krajobrazowymi autorstwa Pierścińskiego (bo jestem pewien, że nawet nie znając tego autora, znacie jego fotografie). To daje poczucie nowości. Z drugiej strony, ten wybór fotografii, raczej z szuflady, jest o braku ostrości – nie tylko na przemiany świata, ale i tego, co w krajobrazie potrafi być zaskakujące. Jeśli można porównać czarno-białą fotografię do szarości betonu, to właśnie to robię. 

 

Łąki nad Nidą, Chroberz, Ponidzie, 1991-1993, fot. T. Kubaczyk / NIAiU (zdjęcia w publikacji: P. Pierściński / Archiwum Pawła Pierścińskiego)

 

Innym pytaniem pozostaje dla mnie tytuł: „Powroty”. W tekstach krytycznych pojawia się piktorializm Bułhaka, przytaczany przez Filipa Springera, którego miał naśladować Pierściński. To „Powrót” do powrotu (i jeszcze powrotu do powrotu, bo i piktorializm Bułhaka jest skopiowany z faszystowskiego Heimat Photographie, a wszystko łatwo poznać po tym właśnie wiejskim wymiarze, po „Blut und Boden”).

Ja to lubię, bo jestem „stąd”, ale też – przykro mi to pisać – czuję się tymi „Powrotami” rozczarowany. Zresztą to wrażenie odnoszę po raz kolejny. Przyglądam się zdjęciom autora od lat i przy przeglądaniu jego późniejszych albumów, z lat dziewięćdziesiątych, towarzyszy mi wciąż to samo poczucie: płaskości widoków, ich bezapelacyjnej, biorącej widza w szantaż miłośności – sam nie wiem, czy takie słowo istnieje, ale ma w sobie wystarczającą dawkę emocjonalnego chloroformu, aby rozpuścić wszystkie opory. „Tam my wyrośli, tam nasze chałupy. Nasza krew i ziemia. Nasza baza, bezczas, spanko, ucieczka i nieobecność”. 

Przekonać nieprzekonanych 

Próbą wyjścia poza tę narrację są teksty krytyczne, które znalazły się w albumie. To cała armada autorów, reportażystów i pisarzy zajmujących się polskim krajobrazem i taką fotografią. Jest Filip Springer, Adam Robiński, Agata Kowalska oraz oczywiście Katarzyna Sagatowska i Monika Szewczyk-Wittek. Ten wybór to kolejny składnik nadający jakości tomowi i zarazem pewna, wydaje się, usilna próba przekonania, że jeśli nie widzimy tam tego, o czym piszą w swoich tekstach autorki i autorzy, to mamy problem z widzeniem. 

Mowa o „architekturze roślin” (Kowalska), o „mimetyzmie architektury względem przyrody” (Robiński), o tym, że „te fotografie mogłyby być wykonane wczoraj” (Springer). Czuję się tymi frazami niemal przekonany, ale przede wszystkim mam wrażenie, że wspomniani autorzy – i to niezależnie od próby zamurowania okna Pierścińskiego na wieś i wybicia mu okna na miasto – dali mi poczucie, że polski krajobraz, niezależnie od Pierścińskiego, ma swoją wagę, a sprawa obecności w nim, mediowania granic miasta i wsi, wszystkich tych subtelności, jest ważna. 

 

Artur, Ameliówka, Góry Świętokrzyskie, wrzesień 1974, fot. T. Kubaczyk / NIAiU (zdjęcia w publikacji: P. Pierściński / Archiwum Pawła Pierścińskiego)

 

Dlatego wnoszę, aby tego widoku na Polskę (na urbanistykę i ruralistykę), przynajmniej w NIAiU, nie przysłonił Pierściński (Pierściński, odsłoń!). Może warto zestawić fotografie Pierścińskiego z fotografami tych, którzy starają się zobaczyć zmianę krajobrazu po upadku PRL. Spójrzmy choćby na zdjęcia Marcina Urbanowicza. To przedstawiciel całego, dużego nurtu i pewnie plejady fotografów, którzy nieświadomie nawet, śmiejąc się z polskiej prowincji i wielkich obszarów „pomiędzy” (teraz wszystko jest „pomiędzy”), dają zarazem jej wybitny obraz i rzucają kamykami w okno Ministerstwa Rozwoju i Technologii (Departament Planowania Przestrzennego). W końcu sami psujemy sobie życie na potęgę, rozlewając te cholerne miasta i niszcząc krajobraz – i to jest problem do podjęcia przez NAiU.

Małe ojczyzny

Takich tematów wartych podjęcia jest więcej, jak choćby „wyprowadzka” przemysłu z polskich miast. Był już jeden wątek prywatny, więc czas na kolejny. Mieszkam w Ożarowie Mazowieckim. W moim mieście na miejscu zakładów przemysłowych wyrastają bloki: to całe nowe dzielnice tego miasta. Najbliższa mi dzielnica Warszawy, kiedyś kompleks przemysłowy Ursus, to obecnie dzielnica na kolejne dziesiątki tysięcy mieszkańców (piękne zdjęcia temu miejscu robił Kuba Gornowicz). 

Rozumiem, że tych zmian jest wiele (autostrady też są nowe w polskim krajobrazie – tu sięgnijcie po Macieja Stępińskiego), aż trudno za nimi nadążyć, ale powroty do Pierścińskiego to nie jest dobry kierunek. Być może służą regionalistom (a więc i mnie!), zakochanym w Kielecczyźnie czy opiekunkom spuścizny po artyście, ale do licha! – na boskie oko fotografii – zacznijmy wreszcie patrzeć przez inne, może młodsze oczy. To, że rozpoznajemy się w tych zdjęciach, może być zwyczajną pułapką dla nieco wiekowych już nostalgików.

Książka:

Paweł Pierściński, „Powroty”, wyd. Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, Warszawa 2026.