
Na zaproszenie wydawnictwa Ezop do Polski przyjechali Lena Anlauf i Vitali Konstantinov. Lena pisze, a Vitali ilustruje, czasem osobno, a czasem wspólnie, zwłaszcza gdy pracują nad swoimi książkami informacyjnymi dla dzieci. Jako parę w życiu zawodowym i prywatnym łączy ich pasja do tworzenia książek, które zdobywają wiele nagród i wyróżnień na niemieckojęzycznym i międzynarodowym rynku wydawniczym. Przy okazji ich wizyty rozmawiamy o ich niedawnym debiucie na polskim rynku, czyli „Genialnych nosach”, informacyjnej książce obrazkowej o, no cóż, genialnych, niezwykłych i fascynujących nosach wybranych gatunków zwierząt z całego świata.
Krzysztof Rybak: Chciałbym zacząć od pytania o Wasze nosy. Lubicie je?
Lena Anlauf: Ja lubię mój nos!
Vitali Konstantinov: Na pewno lubię nos Leny! Własnego nie za bardzo, Lena trochę się z tego śmieje. Mój nie ma formy, nie jest stabilny i do tego jest z jednej strony złamany.
LA: Myślę, że twój nos jest w porządku.
Moje pytanie jest oczywiście zainspirowane waszą książką „Genialne nosy”, wydaną w Polsce w marcu dzięki wydawnictwu Ezop, które zaprosiło was na kilka dni do Polski. Książka mówi o zwierzętach i co prawda nie jest o ludziach, ale można was zobaczyć na tylnej wyklejce, gdzie służycie za porównanie do innych gatunków zwierząt.
LA: Jako ludzie jesteśmy przecież częścią królestwa zwierząt, o czym rozmawiamy podczas spotkań z dziećmi. Na ilustracji nie widać zbyt wyraźnie naszych nosów – mój jest raczej mały. Zresztą wydaje mi się, że większość czytających nie będzie wiedziała, że to my, chociaż dzieci bardzo się cieszą, gdy odkrywają to podczas warsztatów.
VK: U mnie widać tylko dziurki w nosie. Poza tym pojawiamy się też w innych naszych książkach. No i w mojej najnowszej książce narysowałem siebie samego jako reprezentanta gatunku Homo sapiens. W „Genialnych nosach” musieliśmy zdecydować się na takie przedstawienie człowieka, żeby książka miała międzynarodowy charakter, a to nie było łatwe. Dlatego też postawiliśmy na samych siebie.

Dlaczego zdecydowaliście, że poświęcicie swoją książkę zwierzętom?
LA: Pierwsza książka zilustrowana przez Vitalija była o Karolu Darwinie, więc oczywiście znalazło się w niej wiele zwierząt. Od tego czasu Vitali napisał i zilustrował komiksy informacyjne podejmujące różne tematy, w tym pismo i pieniądze w książkach „Es steht geschrieben” i „Alles Geld der Welt”, do których research może być dosyć obciążający. Oczywiście kwerenda do książki o zwierzętach może być poważna, ale daje też sporo frajdy. Bardzo podobają mi się stare ilustracje zwierząt stworzone przez Vitalija, co też zadecydowało o tym, że napisałam tę książkę.
Przygotowując się do rozmowy z wami, dostrzegłem pewien powtarzający się schemat, a mianowicie pary tworzące informacyjne książki obrazkowe: poza wami są to Aleksandra i Daniel Mizielińscy z Polski oraz Romana Romanyszyn i Andrij Łesiw z Ukrainy. Jak pracujecie w duecie? Czy trzymacie się za ręce jak na ilustracji z wyklejki „Genialnych nosów”? I jak w ogóle zaczęła się wasza wspólna praca?
LA: To bardzo miłe pojawić się w takim towarzystwie! Praca nad książką zaczęła się od mojego pomysłu. Potem połączyliśmy moją pracę nad tekstem z pracą Vitalija nad ilustracjami i to był intensywny proces wymiany pomysłów. Ponieważ sami projektujemy nasze książki, również sami możemy decydować o skróceniu pewnych partii tekstu, gdy potrzebujemy więcej przestrzeni na ilustracje lub inne elementy layoutu. To rzeczywiście był proces prób i testowania różnych rozwiązań.
VK: To był ping-pong pomysłów! Zaczęliśmy od zebrania niezbędnych informacji, anegdot, ciekawostek i śmiesznych faktów.
Czy to znaczy, że pracujecie przy jednym biurku? Czy też jesteście jakoś od siebie oddzieleni?
VK: Dzieli nas czas, bo ja pracuję w nocy, a Lena w ciągu dnia.
LA: Spotykamy się popołudniami i to wtedy podejmujemy decyzje. Podczas projektowania książki rzeczywiście siedzimy obok siebie przy jednym komputerze. To jest prawdziwa praca zespołowa.
VK: To ważne, bo ja bardziej skupiam się na obrazie niż na typografii. A Lena ma do niej wyczucie i potrafi sprawnie to połączyć.
Trudno mi w to uwierzyć, skoro stworzyłeś książkę „Es steht geschrieben” poświęconą historii pisma.
VK: Zgadza się, ale pismo jest tworzone ręcznie i nie jest częścią typografii.
Czym różni się dla ciebie, Vitali, samodzielna praca nad autorską książką od współpracy z drugą osobą?
VK: Jest po prostu inaczej, bo mogę o wszystkim sam decydować. No i moje błędy i pomyłki są wyłącznie moje i zostają ze mną.
LA: Poza tym pracujemy też razem nad projektowaniem książek Vitalija, których nie współtworzyłam.
VK: No i Lena pomaga mi z niemieckim i rzuca okiem na kwestie redakcyjne, zanim weźmie się za to ktoś z wydawnictwa.

Leno, czy praca z Vitalijem różni się od pracy z innymi twórcami?
LA: Jest podobna. Zresztą współpracujemy w różnych konfiguracjach: byłam redaktorką jego książki wydanej w wydawnictwie Kunstanstifter, w którym pracuję. Pracowałam też jako autorka z innymi ilustratorami, ale na pewno jestem bardziej zaangażowana w pracę z Vitalijem, bo mieszkamy razem i na bieżąco widzę, jak zmieniają się jego ilustracje.
Czy to znaczy, że rozumiecie się bez słów? Czy raczej dużo dyskutujecie?
VK: Nie zdarzają nam się duże konflikty podczas pracy nad naszymi książkami. Powiedziałbym, że mamy podobny gust i lubimy podobne rzeczy.
LA: Ufam Vitalijowi w zakresie ilustracji, a on mnie w zakresie tekstu, każdy ma więc swoje pole i nie ma powodów do dłuższych dyskusji.
Jak wygląda w takim razie wasza współpraca z wydawcą? Czy jako nagradzani i tłumaczeni autorzy po prostu wysyłacie swoją propozycję, która jest przyjmowana bez dyskusji?
LA: Jako dyrektorka wydawnicza i redaktorka w wydawnictwie Kunstanstifter jestem przyzwyczajona do pracy po drugiej stronie biurka, a przez to pozostaję otwarta na uwagi redaktorów. Mamy szczęście pracować ze szwajcarskim wydawnictwem Nord-Süd i Andreą Naasan, która jest zadowolona z prawie wszystkiego, co robimy, i sugeruje wyłącznie drobne, świetnie przemyślane zmiany. Mam wrażenie, że osoby z wydawnictwa nam ufają, a my im. Przygotowaliśmy trzy wersje okładki „Genialnych nosów” i zaufaliśmy wyborowi wydawcy.
VK: Poznałem dyrektora wydawnictwa na targach książki we Frankfurcie i Bolonii i od tego czasu byliśmy w kontakcie, czekając po prostu na odpowiedni projekt, nad którym będziemy mogli razem pracować.

Jako czytelnik i badacz jestem zafascynowany książkami informacyjnymi, ale zwykle, gdy myśli się o literaturze dziecięcej, do głowy przychodzą fikcyjne opowieści, baśnie i fantastyka. Dlaczego wybraliście więc akurat ten gatunek? Czy waszym zdaniem ważne jest tworzenie atrakcyjnych artystycznie książek informacyjnych dla dzieci?
LA: Może dlatego, że Vitali ma już doświadczenie w tworzeniu takich książek. Poza tym w mojej pracy redaktorki nie zajmuję się zwykle klasycznymi książkami non-fiction, więc chciałam zrobić właśnie coś takiego, czym nie zajmuję się zawodowo.
VK: Prawdziwe życie tworzy najlepsze opowieści, a natura jest najlepszym projektantem.
Czy tworzenie książek informacyjnych i przekazywanie faktów w interesujący i angażujący sposób wymaga dużego przygotowania? A może jest czymś naturalnym?
LA: Myślę, że po prostu trzeba mieć nadzieję, że inni zaangażują się w twoją książkę i że dzieci zafascynują się faktami w równym stopniu co ty. Gdy piszemy książkę, nie myślimy o tym, czy zainteresuje ona dzieci. Tworzymy publikacje na tematy, które interesują nas samych albo takie książki, które chcieliśmy mieć, gdy byliśmy dziećmi. Oczywiście czasem musimy używać języka prostszego niż w pozycjach dla dorosłych albo dodać słowniczek z wyjaśnieniami trudnych pojęć.
Współcześnie takie tematy, jak sztuczna inteligencja, dezinformacja i fake newsy są szeroko omawiane w mediach i świecie naukowym. Jak w tym kontekście widzicie Waszą pracę jako twórców książek informacyjnych dla dzieci?
LA: Research jest dla nas bardzo ważny, dlatego na końcu książki podajemy źródła, z których korzystaliśmy. Oczywiście nie tworzymy tekstów naukowych, ale zachowujemy podobne standardy, bo nasze książki i ich czytelnicy na to zasługują. Mam wrażenie, że niektórzy ludzie postrzegają pisanie książek non-fiction jako przepisywanie informacji z Wikipedii, a to coś zupełnie innego. Oboje weryfikujemy wszystkie informacje, ale pracuje z nami też ekspert z zakresu biologii, który obok redaktora merytorycznego w wydawnictwie sprawdza wszystko jeszcze raz. To ważne, bo gdy tworzysz informacje w przystępnej formie, może się zdarzyć, że dojdzie do pomyłek lub przeinaczeń.
Mam wrażenie, że zwierzęta stworzone przez ciebie, Vitali, są podobne do ludzi, zwłaszcza gdy patrzy się na ich twarze. Co prawda nie jestem biologiem, ale mam podejrzenia, że nie są to w stu procentach wierne reprezentacje gatunków, choć niewątpliwie są to zabawne i angażujące obrazy. Czy taki był twój zamysł od samego początku?
VK: Właściwie to czasem muszę ograniczać mimikę zwierząt, bo naturalnie są bardzo ekspresyjne, przez co przypominają ludzi: mają duże oczy, usta układają się w uśmiech i tak dalej. To raczej moja intuicja, a nie strategia. Oczywiście trudno jest zobaczyć te rzadkie gatunki w naturze. Niektóre żyją w ogrodach zoologicznych, inne w lesie, ale są uchwytne tylko przez kilka sekund, a niektóre są tak rzadkie, że da się je zobaczyć tylko na kilku filmach w internecie. W moim biogramie można przeczytać, że zainspirowały mnie wypchane zwierzęta, i to jest prawda: moja mama, historyczna sztuki, pracowała w okręgowym muzeum, którego całe jedno piętro prezentowało świat przyrody, w tym wypchane martwe zwierzęta, a ich oglądanie oczywiście nie było całkowicie przyjemnym doświadczeniem. Poza tym mój dziadek był myśliwym, więc widok martwych zwierząt nie był mi obcy. Dlatego też nie korzystam ze zdjęć, kiedy przygotowuję ilustracje zwierząt, bo fotografia kłamie: to tylko jedno ujęcie, jeden kadr, który nie pokazuje ani skali, ani ruchu zwierzęcia. Dlatego polecałbym studentom ze szkół artystycznych, żeby oglądali dużo filmów ze zwierzętami i na ich podstawie uczyli się choćby ich ruchów oraz odpowiedniej skali. Na przykład suhak stepowy wydaje się duży jak antylopa, a tak naprawdę ma rozmiary świni, owcy czy psa.

Gdy powiedziałeś, że fotografia kłamie, od razu w głowie pojawiła mi się mapa świata z przedniej wyklejki „Genialnych nosów”. To mapa AuthaGraph, stworzona w 1999 roku przez Hajime Narukawę, która wiernie oddaje rozmiary kontynentów i oceanów. W jaki sposób myślicie o sposobach wizualizacji wiedzy?
LA: Ta mapa to rodzaj gestu politycznego, który bardzo spodobał się naszemu wydawcy. Jeśli chodzi o layout rozkładówek, to na początku pracy nad książką mieliśmy różne pomysły, ale zdecydowaliśmy się na nakładanie tekstu i obrazu, a nie na umieszczenie ich obok siebie.
Jak podchodzicie do nagród i wyróżnień, które otrzymały „Genialne nosy”? Co sądzicie o recenzjach i odbiorze książki?
LA: Wspaniale było znaleźć się na liście White Ravens monachijskiej Międzynarodowej Biblioteki Młodzieżowej, bo dzięki temu książka została dostrzeżona na arenie międzynarodowej. Cieszymy się też z polskich recenzji.
VK: Kiedy książka jest już skończona, trudno mi tak naprawdę powiedzieć, czy jest dobra, czy nie. Dopiero kiedy spotkam się z pozytywnym jej odbiorem, utwierdzam się w podjętych decyzjach twórczych.
LA: Najważniejsza jest dla nas opinia dzieci, które poznajemy na spotkaniach i warsztatach, bo to zawsze szczera ocena. Z dorosłymi nigdy nie wiadomo, czy recenzja nie powstaje tylko dlatego, że ktoś chciał otrzymać darmowy egzemplarz książki.
Waszych polskich czytelników poznaliście na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie oraz podczas spotkań w warszawskich i lubelskich bibliotekach publicznych. Podróżowaliście też sporo po świecie. Zastanawiam się więc, czy dostrzegacie różnice w odbiorze waszych książek w różnych krajach?
LA: Bardzo się cieszymy, że możemy być w Polsce. Wyjątkowe jest zwłaszcza to, że jesteśmy tutaj na zaproszenie wydawnictwa Ezop. Jeśli chodzi o odbiór naszej książki, to wszędzie jest podobnie. Padają podobne pytania o naszą pracę i zwierzęta w naszych książkach.
VK: Na przykład w Ekwadorze spotkaliśmy się zarówno z dziećmi z ulicy, jak i chodzącymi do szkoły w bardzo eleganckiej dzielnicy i wszystkie myślały w podobny sposób.

Czy moglibyście opowiedzieć o angielskim tłumaczeniu „Genialnych nosów”? Polskie książki dziecięce rzadko są tłumaczone na angielski, bo tylko niewielką część anglojęzycznego rynku stanowią przekłady.
LA: To była wyjątkowa sytuacja, bo NorthSouth Books w Nowym Jorku to część NordSüd z Zurychu i właśnie dzięki temu nasza książka trafiła do Stanów Zjednoczonych.
VK: Dostaliśmy tam też kilka nagród.
Na koniec chciałbym zapytać o wasze plany na najbliższą przyszłość?
VK: Właśnie skończyliśmy książkę obrazkową o kociej herbatce, która ukaże się w przyszłym roku.
LA: Pracujemy też nad nową książką o zwierzętach przeznaczoną dla starszych dzieci, ale w tym momencie nie możemy zdradzić nic więcej.
KR: Bardzo wam dziękuję i nie mogę się doczekać waszych kolejnych książek!
Książka:
Lena Anlauf, Vitali Konstantinov, „Genialne nosy. Osobliwy atlas zwierząt”, przeł. Katarzyna Łakomik, konsultacja merytoryczna dr Dominik Popielarczyk, wyd. Ezop, Warszawa 2026.
Proponowany wiek odbiorcy: 7+ (wskazanie wydawcy)
Rubrykę redaguje Paulina Zaborek