
To Heraklit z Efezu, jeden z pierwszych filozofów, stwierdził, że przeciwieństwa się przyciągają, a z dysonansów powstaje idealna harmonia. Niestety społeczna większość tego nie dostrzeże, o czym także wiedział starożytny myśliciel. W tym, co niejednoznaczne, większość zobaczy jedynie nieporządek, jeśli nie chaos.
Zatem im więcej dysonansów, niejednoznaczności i sprzeczności, tym częściej pojawia się przestrzeń dla frustracji. Albo, by tej zapobiec, pokusa, by dokonać skoku w wiarę czy silne przekonanie. Niekoniecznie, a nawet najczęściej, z rzetelną wiedzą niemające nic wspólnego. Tak rodzą się ideologie i radykalizmy. W istocie chodzi o bycie „pro”, wprost proporcjonalne do pozostawania w twardej opozycji wobec jakiegoś „anty”. Lecz nie jest to niewinne. Przeciwnie, schemat bezmyślności – bo o nim tutaj mowa – to zarzewie nienawiści, antypatii i sporów. Jak im zapobiec?
Nie ma innej drogi jak wejście – za Heraklitem – w owe dysonanse. Wejście w nie, nie po to, by w nich pozostać, ale by dostrzec pod ich powłoką logos: rozum, porządek, sensowną komunikację stojącą u podstaw wszelkiej nauki i rzetelnej wiedzy.
Idąc za impulsem sprowokowanym przez presokratejskiego mędrca, bez wątpienia możemy przyznać, że potrzebujemy dziś współczesnych przewodników. Takich, którzy nie będą do nas przemawiać z jakiejś uprzywilejowanej instytucjonalnie pozycji, by moralizować, czy też mówić nam z góry, „jak jest”. I dzisiaj pojawia się ktoś taki: Tomasz Stawiszyński, który w wydanych kilka miesięcy temu „Ćwiczeniach z dysonansu” kieruje się w stronę tylko jednego „anty”: antyhumanizmu.
Personalistyka, nie publicystyka
Przywołując Stawiszyńskiego i jego „Ćwiczenia z dysonansu”, będące, formalnie rzecz biorąc, zbiorem dziewięćdziesięciu felietonów publikowanych w ostatnich latach na łamach „Tygodnika Powszechnego”, uzupełnionych wstępem i niedrukowanym wcześniej tekstem podsumowującym, chcę dokonać ważnego uściślenia. Stawiszyński okazuje się nie tyle przewodnikiem, co raczej roz-mówcą. Kimś, kto, zajmując uwagę czytelnika, zwraca się do niego w sposób na wskroś indywidualny, polegając na jednej tylko zasadzie perswazji: rozumie. Rozumie zakładającym szacunek do międzyludzkich różnic.
Stąd na próżno dopatrywać się tutaj jakiejś sztuki erystycznej apelującej do emocji, nie ma też śladu próby upraszczania złożonej rzeczywistości, przeciągania kogokolwiek na taką czy inną stronę. Jest tylko jedno: rozmowa będąca wezwaniem do tego, co Immanuel Kant zdołał zamknąć w słynnym zaklęciu: Sapere aude! – co znaczy: odważmy się myśleć samodzielnie. Nie bójmy się dysonansów, nie szukajmy łatwych pocieszeń i odpowiedzi. One nie dadzą nam tego, czego w nich szukamy – gruntownej pewności.
Stawiszyński nie jest publicystą, jeśli przez kogoś takiego rozumieć autora zwracającego się do tłumów. Przeciwnie, pozostaje on raczej personalistą. Nie w sensie przynależności do nurtu filozoficznego proweniencji chrześcijańskiej, ale w znaczeniu, by tak rzec, techniczno-dziennikarskim. Stawiszyński jest personalistą, ponieważ zrezygnował ze zwracania się do ogółu społeczeństwa. Wybrał trudniejszą, wyboistą i nigdy niedającą pewności drogę indywidualizmu i przynależnej mu sztuki dialogu. Dostrzegł w innym autonomiczną osobę zdolną do racjonalnego namysłu.
Publicystyka, tak jak ją tutaj pojmuję, to domena propagandy ideologiczno-politycznej, zręcznej, stawiającej na efektywność współczesnej wersji sofistyki, personalistyka zaś – wręcz przeciwnie – to to, co Michel Foucault nazywał „filozofią jako radykalnym dziennikarstwem”. Dlatego, parafrazując podtytuł słynnej książki Nietzschego „Tako rzecze Zaratustra”, brzmiący: „książka dla wszystkich i dla nikogo”, należy w kontekście ostatniego dzieła Stawiszyńskiego powiedzieć przewrotnie, że nie jest ono kierowane do wszystkich, ale za to do każdego.
Radykalne dziennikarstwo, czyli ćwiczenia filozoficzne
Autor „Ćwiczeń z dysonansu” pozostaje filozofem w mocnym i najwłaściwszym sensie tego słowa. To jego podstawowa, wyjściowa tożsamość. Nie jest – zgodnie z rozróżnieniem Kierkegaarda krytykującego Hegla – profesorem filozofii, ale właśnie filozofem. Więcej, ośmielam się go – po lekturze tej książki – określić mianem kontrsofistycznie zorientowanego neosokratyka. To znaczy kogoś, kto interesuje się tym, co zawsze ważne, uniwersalne (wieczne?), niezmienne, ale z drugiej strony, zakopane i ukryte gdzieś głęboko w niezmierzonych i niejednoznacznych aktualiach.
I tutaj pojawia się niewątpliwie konstytuujące dysonans napięcie. Trudna sztuka filozoficznego dziennikarstwa uprawiana przez Stawiszyńskiego polega nieuchronnie na, w najlepszym sensie tego stwierdzenia, „skakaniu z kwiatka na kwiatek”. Autor „ćwiczy” wraz z czytelnikiem, odnosząc się między innymi do tematyki takiej jak: globalne problemy polaryzacji politycznej, wszechwładzy korporacji technologicznych, manipulacji ideologiczno-społecznych. Nie stroni także od kwestii metafizyczno-religijnych. Przenikliwie analizuje kult bezmyślności wyrażający się w teoriach spiskowych. Kilkukrotnie odnosi się do rodzimych sporów światopoglądowych. Nie boi się także odwoływać do „patronatu” wielkich pisarzy – na przykład Borgesa czy Durrella. Wreszcie, pisze także o popkulturze.
A wszystko po to, by ukazać, że w każdym, nawet niepozornym wydarzeniu, można znaleźć symptom czegoś głębszego, jakiejś sensotwórczej, tajemniczej podszewki. W tym miejscu autor staje się niewątpliwym sojusznikiem Johna Keatinga, głównego bohatera znakomitego „Stowarzyszenia umarłych poetów”, przekonującego swoich uczniów na jednej z pamiętnych lekcji dotyczącej poezji, iż piękny wiersz wcale nie musi dotykać wielkich tematów. To, co najzwyczajniejsze, zawiera w sobie dostatecznie wiele twórczego potencjału.
Dlatego myśl zawarta w książce, choć subtelna i wymagająca, nie stanowi z całą pewnością snobistycznego, utwierdzającego w jakiejś rzekomej elitarności, wykładu gotowych prawideł i zachowań zarezerwowanych dla nielicznych. Czytelnik nie dostaje gotowych odpowiedzi, ale musi szukać ich na własną odpowiedzialność. Nie udzieli jej Stawiszyński. Nie udzieli jej władza polityczna, uznane autorytety czy nawet najlepiej skonstruowana i zaawansowana wersja sztucznej inteligencji.
Niezależność i samodzielność myślenia nie polegają jednak na tym, iż zawsze musimy posiadać odrębne „własne zdanie”. Tego też uczy Stawiszyński.
Trudno w tym kontekście nie zauważyć jeszcze jednej rzeczy: tego, że rozumienie terminu „ćwiczenia”, do którego w tytule odwołuje się autor, ma głęboką, filozoficzną tradycję. Ćwiczenia duchowe, twórczo rozwijane między innymi przez starożytnych platoników, epikurejczyków czy stoików, polegały na intelektualno-egzystencjalnych praktykach orientowanych na cel etyczny – odnalezienie się w codzienności, godziwe życie, zgodne z wymogami powszechnej racjonalności i regułami dobra. W książce Stawiszyńskiego mamy do czynienia właśnie z taką współczesną, skrojoną na miarę XXI wieku, propozycją traktującą o duchowości.
„Ćwiczenia z dysonansu” są książką z zakresu ludzkiej duchowości, podobnie jak pracami takimi były notatki czy teksty filozoficzno-polityczne dwudziestowiecznych filozofów-radykalnych dziennikarzy: Alberta Camusa czy Nicoli Chiaromontego.
Esencja, czyli esej
Pisarskie mistrzostwo Stawiszyńskiego pozwala mu uczynić z konwencji zbioru felietonów coś znacznie poważniejszego. Ta książka to tak naprawdę rozległy esej filozoficzny, podzielony na blisko sto rozdziałów. Dlatego ta specyficzna, ukochana przez całe rzesze filozofów forma literacka, to coś znacznie więcej niż czysto formalny wybór autora. To styl, tyleż pisarstwa, co – przede wszystkim – egzystencjalny etos, zobowiązanie do osobistego świadczenia na rzecz tego, czemu daje się wyraz na piśmie.
W podsumowującym, kończącym książkę tekście trudno nie dopatrywać się czegoś w rodzaju manifestu. Autor expressis verbis odżegnuje się od wszelkich prób klasyfikowania go jako ateisty, agnostyka czy człowieka wierzącego. Jego tożsamość to – jak sam deklaruje – tożsamość filozofa-eseisty. To zobowiązuje. Nie na zasadzie konwencji, sojuszy czy pozycji ideologicznej, a – trzeba to podkreślić z całą mocą – zobowiązania absolutnego.
Zadeklarowana pozycja Stawiszyńskiego to locus racjonalnego antysymetryzmu. Nie boi się on mówić stanowczego „tak” lub „nie”, ale równie często powtarza „nie wiem” albo zastrzega: „wydaje mi się”. Symetrysta to zaś ktoś, kto programowo równoważy racje skrajnych pozycji za wszelką cenę, mnożąc wątpliwości, zamazując obraz. A wszystko po to, by nie opowiedzieć się po jakiejś stronie, lecz pryncypialnie wybierać „trzecią drogę”. U Stawiszyńskiego tego nie ma. Jego wejście w dysonanse to wejście w taką, a nie inną strukturę samej rzeczywistości.
Dlatego eseistyka Stawiszyńskiego to nawet coś więcej niż tradycyjny essai, próba. Dopatruję się w niej esencjonalności, istotności (od łacińskiego terminu esse oznaczającego to, co naprawdę, w pełni istniejące, istotne). Ta książka opowiada o czymś naprawdę ważnym dla współczesnego człowieka, a zwięzłość wypowiedzi, jej elegancja, głęboka kultura składają się na estetyczny efekt piękna, samego w sobie stanowiącego rodzaj przekonującego, ba – kluczowego! – argumentu. To czyni z autora nie tylko znakomitego publicznego intelektualistę, ale również artystę-pisarza, rzecznika nadziei, że ostatnie słowo, w nierzadko smutnej i przygnębiającej rzeczywistości, należy jednak do dobra i piękna.
Książka:
Tomasz Stawiszyński, „Ćwiczenia z dysonansu”, wyd. Znak Literanova, Kraków 2025.