Donald Trump w rozmowach dotyczących rozejmu uznał Iran za patrona Hezbollahu. Zdradził tym samym interesy bezpieczeństwa tak Izraela, jak i Libanu.

Nie powinno to specjalnie dziwić po tym, jak poświęcił syryjskich Kurdów na rzecz zwycięskich dżihadystów w Damaszku, wystawił irackich Kurdów na atak Iranu po bezmyślnej, i w końcu odwołanej, próbie użycia ich przeciwko Teheranowi, a wreszcie zignorował arabskie państwa Zatoki, zawierając z Iranem rozejm godzący w ich bezpieczeństwo. Konsekwencje tej decyzji mogą być jednak poważne. I to nie tylko dla Bliskiego Wschodu.

W tym tygodniu odbywa się piąta już runda negocjacji izraelsko-libańskich, prowadzonych w Waszyngtonie pod auspicjami USA, a ściślej – sekretarza stanu Marco Rubio. Bizantynizacja polityki amerykańskiej poszła tak daleko, że dla oceny poszczególnych działań kluczowe jest określenie, jaki dygnitarz je popiera, bo to jego status determinuje ich rangę i szanse powodzenia. Źle to wróży rozmowom w Waszyngtonie.

Vance i Rubio negocjują przeciwko sobie

Szczególnie że równocześnie trwają amerykańsko-irańskie rozmowy w szwajcarskim Burgenstock, pod auspicjami wiceprezydenta JD Vance’a. Obejmują one także kwestię Libanu, ale podczas gdy Rubio chodzi o wypracowanie wspólnego izraelsko-libańskiego modus vivendi przeciwko Hezbollahowi, Vance dąży do zawarcia całościowego porozumienia kończącego wojnę z Iranem.

Wiceprezydenta interesuje żegluga przez cieśninę Ormuz oraz irański program atomowy; kwestia libańska nie jest dla niego ważna. Jest ona jednak ważna dla Teheranu, który z obrony interesów swych libańskich sojuszników uczynił warunek ewentualnych postępów w kwestiach innych.

W konsekwencji Vance negocjuje amerykańsko-irańskie modus vivendi w obronie Hezbollahu, działając tym samym przeciwko równoległym negocjacjom prowadzonym przez Rubio. A jako że chwilowo to wiceprezydenta, a nie sekretarza stanu, popiera Trump, szanse na pokój w Libanie dramatycznie osłabły.

Amerykanie przegrywają

Przyznać należy, że od początku nie były one wysokie. Izrael po ataku Hamasu 7 października pragnął uniknąć konfrontacji także z Hezbollahem, ale szyiccy terroryści, finansowani i uzbrojeni przez Iran, odrzucili taki scenariusz i zaatakowali północ Izraela. Liczyli, że osłabiony wojną w Gazie „syjonistyczny twór” nie będzie w stanie skutecznie odeprzeć ich ataku. Z kolei ich patroni w Teheranie byli przekonani, że Izraelowi, uwikłanemu w wojnę na dwóch granicach, nie starczy sił na konfrontację z samym Iranem, który te wojny uniemożliwił.

Jak wiemy, i Hezbollah, i Iran, drastycznie się przeliczyły. Izraelczycy pokonali obu wrogów na tyle, że obecnie nie mogą Jerozolimie poważnie zagrozić, choć nie na tyle, by wykluczyć taką możliwość w przyszłości. Wyeliminowanie tego ostatniego zagrożenia było zapewne nieosiągalne, nawet gdy do wojny z Iranem dołączyły USA.

Skuteczna kontrakcja Teheranu poprzez zamknięcie cieśniny Ormuz wymusiła na Amerykanach wycofanie się z wojny, mimo że żadne jej cele nie zostały osiągnięte.

Oznaczało to zignorowanie interesów bezpieczeństwa sprzymierzonych z USA arabskich państw Zatoki, zaatakowanych przez Iran mimo ich neutralności w tym konflikcie. Państwa te odebrały decyzję USA jako zdradę, ale prawdę powiedziawszy – Trump nie miał pola manewru.

Iran udowodnił, że może dłużej znosić militarne konsekwencje nalotów, niż Trump mógł znosić konsekwencje blokady Ormuzu – gospodarcze, ale zwłaszcza polityczne. Niepopularna wojna godząca w poziom życia Amerykanów kosztować by musiała klęskę jesiennych republikanów w wyborach uzupełniających do Kongresu. Zaś ewentualne, i nadal możliwe, odzyskanie przez demokratów większości w obu izbach otworzyłoby drogę do wszczęcia procedury impeachmentu prezydenta. Słowem, Trump musiał zawrzeć rozejm za wszelką cenę.

Wszystko za rozejm

Częścią tej ceny było wymuszenie na Izraelczykach trwałego rozejmu z Hezbollahem w Libanie, i przynajmniej częściowe wycofanie się z terytoriów, które w ostatniej fazie wojny w Libanie zajęli. Jerozolima wykorzystała militarne klęski Iranu, by zadać dotkliwe straty jego libańskim wasalom i zapowiedziała, że nie zakończy działań, dopóki Hezbollah się nie rozbroi. Rząd libański poparł to stanowisko i zapewnił, że na terytoria, z których Izraelczycy się wycofają, wkroczy armia libańska, i uniemożliwi Iranowi ponowne wykorzystywanie, poprzez podstawiony Hezbollah, terytorium kraju do wojny z Izraelem. Bejrut podkreśla, że nie jest ona w interesie Libanu.

Oba kraje nie maja sporów terytorialnych, a izraelskie wtargnięcia do Libanu były reakcjami na ostrzał Izraela z jego terytorium: w latach osiemdziesiątych przez Organizację Wyzwolenia Palestyny, potem przez Hezbollah. Izraelsko-libańskie rozmowy w Waszyngtonie miały doprowadzić do uzgodnionego zakończenia działań i wycofania Izraelczyków. W perspektywie był wręcz traktat pokojowy. Hezbollah kategorycznie taka perspektywę odrzucał, ale w obliczu słabnięcia jego irańskich patronów niewiele mógł zwojować.

Amerykańsko-irański rozejm zmienił jednak wszystko. Teheran wcześniej wykorzystywał swych zagranicznych wasali i sprzymierzeńców – Hezbollah, Hamas, Hutich, bojówki szyickie w Iraku – jako zewnętrzny pierścień obrony. Teraz sam musiał ich bronić, by zachować mocarstwową wiarygodność. Skuteczna blokada Ormuzu dała mu po temu narzędzie, wymuszając ustępstwa na Amerykanach, dla których Liban to sprawa drugorzędna.

Tak Vance pokonał Rubio: jeżeli zawieszenie broni w Libanie zależy od porozumienia między Iranem a USA, to Libańczycy – i Izraelczycy – nie mają tu nic do gadania.

„Bibi zrobi, co mu każę”, oznajmił Trump

Ale o Libanie nawet nie wspomniał – bo co innego bezsilny rząd w Bejrucie, rozgrywany przez Teheran, Jerozolimę i Waszyngton, mógłby zrobić? Amerykański prezydent, dając kolejny dowód swej niewyobrażalnej ignorancji i niekompetencji, zaproponował, żeby problem Hezbollahu „rozwiązali chirurgicznymi uderzeniami Syryjczycy”.

Tu nie chodzi nawet o to, że armia syryjska, zdruzgotana konsekwencjami wojny domowej, a następnie izraelskich nalotów, nie ma możliwości, by skutecznie uderzyć w kogokolwiek, a co dopiero „chirurgicznie”. Z domniemanymi buntami mniejszości alawickiej, a następnie druzyjskiej, rozprawiła się, mordując kilka tysięcy cywilów.

Zdławienie Kurdów, byłych sojuszników USA, było mniej krwawe, bo byli uzbrojeni i by się bronili. Ale ważniejsze jest, że taka interwencja, nawet gdyby była wykonalna i zaaprobowana przez Damaszek – a syryjski przywódca Ahmad asz-Szara kategorycznie ją odrzucił – jednomyślnie zostałaby uznana przez wszystkie strony konfliktu za akt wrogi.

Przez Hezbollah – bo Hezbollah, na polecenie Iranu, walczył w Syrii z powstańcami asz-Szary, i bałby się odwetu. Przez Liban – bo okupacja syryjska pozostawiła tam pamięć jeszcze gorszą niż izraelska. Przez Izrael – bo oznaczałaby, że rządzący w Damaszku dżihadyści, uważani za wrogów, rozlokowali by się także na libańskiej granicy. Przez Iran – bo Szara pokonał ich sojusznika, obalonego prezydenta Baszira Assada.

Trzeba przyznać Trumpowi, że taką jednomyślność wrogich sobie nawzajem stron tylko on umiał osiągnąć.

Żadnego rozbrojenia nie będzie

Hezbollah nie zostanie więc pokonany, ani przez Izraelczyków, ani przez Syryjczyków. I też się sam nie rozbroi – bo niby dlaczego? Hamas w Gazie się nie rozbroił, choć stanowi to podstawowy punkt zapomnianego planu pokojowego Trumpa, a poniósł straty większe niż libańscy szyici. Bez broni terroryści musieliby ponieść konsekwencje wojen, które wywołali, a których skutki okazały się katastrofalne dla tych, w których imieniu rzekomo występują.

Obawa przed ich odwetem sprawia, że Hamas ani Hezbollah nie złożą broni. To fatalna wiadomość dla rządu libańskiego, który takiego rozbrojenia zażądał: Hezbollah mu teraz wystawi rachunek. To także fatalna wiadomość dla rządu izraelskiego, który w odróżnieniu od libańskiego ma, przynajmniej w teorii, swobodę decyzji.

Może przyjąć amerykańskie ultimatum, zakończyć działania zbrojne, wycofać się przynajmniej z części Libanu – i ponieść militarne i polityczne konsekwencje. Militarne, bo Hezbollah, znów pod parasolem Iranu, nie po to zachowa broń, by jedynie popisywać się nią na paradach. I polityczne, bo premiera, który poświęci interesy Izraela – nawet jeśli na ołtarzu dobrych stosunków z USA – w jesiennych wyborach czeka klęska.

Ale jeśli rząd Netanjahu postanowi się sprzeciwić amerykańskiej presji, to może to oznaczać koniec amerykańsko-izraelskiego sojuszu. Potępienie Netanjahu jako „nielojalnego sojusznika” mogłoby nieco osłabić niepopularność republikanów, którzy zresztą w kwestii stosunków z Izraelem są coraz bardziej podzieleni.

Koniec bezwarunkowego wsparcia Izraela

Nie są za to podzieleni demokraci, którzy dziś niemal jednomyślnie się od Izraela odcinają, i nie mogliby takiemu zwrotowi Trumpa nie przyklasnąć. Proizraelski konsensus, który przez ponad pół wieku był niewzruszonym pewnikiem polityki amerykańskiej, legł w gruzach. Stało się tak przede wszystkim na skutek decyzji kolejnych rządów Netanjahu, tak w polityce bezwarunkowego poparcie Trumpa, jak i w polityce wobec innych państw Bliskiego Wschodu.

Ale czym zawinili arabscy sojusznicy z Zatoki, najpierw bombardowani irańskimi rakietami, a potem zignorowani przez Waszyngton? Czym zawinił demokratycznie wybrany rząd libański, który miał odwagę przeciwstawić się terrorystom, i został im rzucony na pożarcie?

Każdy amerykański sojusznik musi odtąd liczyć się z tym, że Waszyngton będzie się wywiązywał ze swych obowiązków sojuszniczych tylko wtedy, gdy uzna, że mu się to opłaca. Być może jest to opinia krzywdząca dla USA – ale z całą pewnością przyjmą ją także ci, przed którymi sojusz z USA miał tych sojuszników chronić. Świadomość, że sojusz z USA obowiązuje jedynie warunkowo, nieuchronnie sprzyjać będzie testowaniu tego sojuszu w sposoby, które wcześniej uznano by za nieodpowiedzialnie ryzykanckie.

Polska przez lata tęsknie marzyła, by być dla Amerykanów tak ważna, jak Izrael. Dziś coraz bardziej wygląda na to, że lepiej nie być dla nich ważnym w ten sposób.