Na szokującą rozmowę Krzysztofa Stanowskiego z Kanału Zero z lekarzem Emilem Jędrzejewskim państwo zareagowało dobrze. Prokuratura natychmiast wezwała świadka na przesłuchanie. Natomiast publiczne próby filtrowania jego opowieści przez jego wiarygodność nie służą dobru publicznemu. Bo sygnalistę zazwyczaj próbuje się pozbawić wiarygodności. Tym razem zrobił to premier. A kiedy widzą to inni, którzy chcieliby zgłosić jakieś nieprawidłowości, nie odważą się tego zrobić.
Nie ma znaczenia, co kierowało lekarzem
Jakie motywacje kierują sygnalistami, kiedy ci ujawniają nieprawidłowości w instytucjach czy firmach? Nie chcą być z tym powiązani i boją się odpowiedzialności. Zwyczajnie jako obywatele nie mogą pogodzić się z tym, że marnowane jest dobro wspólne albo narażane zdrowie czy życie innych ludzi. Albo z zemsty.
Motywacje sygnalisty nie powinny decydować o tym, czy jego zarzuty zostaną sprawdzone.
Jeśli w grę wchodzi ludzkie zdrowie i życie oraz dobro wspólne, powody, dla których ktoś ujawnia tego przyczyny, są drugorzędne. Najważniejsze jest powstrzymanie niebezpiecznych działań.
Opowieść Emila Jędrzejewskiego, który pracował w Szpitalu Południowym w tym samym czasie co Dawid Kacprzyk, brzmi szokująco. Albo niewiarygodnie – właśnie ze względu na podejrzenie chęci dokonania zemsty. Albo ze względu na ewentualne motywacje polityczne.
Będzie to miało znaczenie, kiedy sprawa zostanie wyjaśniona. Teraz najważniejsze jest, czy na szpitalnym oddziale ratunkowym kierowanym przez Dawida Kacprzyka dochodziło do śmierci pacjentów z powodu braku doświadczenia koordynatora pracy SOR-u.
Najważniejsze jest śledztwo
Przypomnijmy, że Jędrzejewski wygłosił takie zarzuty w programie Krzysztofa Stanowskiego. Mówił też, że bezskutecznie próbował przekazać to, co wiedział, odpowiedzialnemu za szpital prezydentowi Warszawy Rafałowi Trzaskowskiemu czy wiceprezydentce Renacie Kaznowskiej.
Wcześniej jednak „Gazeta Wyborcza” pisała, że Jędrzejewski, którego nazwała sygnalistą w sprawie Kacprzyka, był w poważnym konflikcie ze szpitalem i z władzami Warszawy. Sam Jędrzejewski, formułując oskarżenia, podawał mało konkretów. Mówił, że zajmie się tym prokuratura. Wezwany do prokuratury jednak milczał i nie chciał odpowiadać bez pełnomocnika.
Wszystko to można interpretować na różne sposoby. Jest niewiarygodny. Jest ostrożny, bo boi się odpowiedzialności za każde słowo. Mści się. Działa na zlecenie polityczne. Wszystko to można sobie rozważać i udowadniać, zastanawiając się choćby, dlaczego nie zawiadomił prokuratury o nieprawidłowościach w szpitalu. Jeśli próbował to opisać Trzaskowskiemu, to dlaczego na komunikatorze, w wiadomości, która mogła być nieodczytana, a nie w oficjalnym piśmie, na które nie da się nie zareagować.
Można sobie rozważać, ale teraz najważniejsze jest to, co robi prokuratura – bada zgony na SOR-ze w Szpitalu Południowym. I na wynik śledztwa trzeba zaczekać, zanim zacznie się krytykować Stanowskiego czy Jędrzejewskiego.
Pierwsze – potraktować poważnie
Tego samego mechanizmu oczekujemy w innych sytuacjach, w których ktoś opowiada o swoich doświadczeniach. Na przykład kiedy osoba, która mówi, że została zgwałcona. Rewolucja #MeToo nauczyła nas czegoś jeszcze. Kiedy ktoś zgłasza bardzo poważne oskarżenie, pierwszym odruchem nie powinno być szukanie powodów, dla których nie należy mu wierzyć.
Pierwszy krok to poważne potraktowanie tych zarzutów.
I tak powinno być ze wszystkimi, którzy zgłaszają tak poważne obserwacje, jak Emil Jędrzejewski. Bo jeśli on teraz będzie niszczony jako niewiarygodny zanim sprawa zostanie wyjaśniona, inny lekarz, który właśnie widzi, jak na jego oddziale naraża się życie pacjentów będzie milczał. Kiedy będzie słyszał, że powinien był przeciwdziałać tym naruszeniom, a skoro tego nie robił, to jest za nie współodpowiedzialny – a takie zarzuty padają publicznie pod adresem Jędrzejewskiego – będzie udawał, że nic nie widzi.
Polityka kusi, ale nie jest najważniejsza
Oczywiście to bardzo kuszące, żeby w coraz bardziej szokującej historii Szpitala Południowego dopatrywać się działań politycznych. Sprawę Dawida Kacprzyka nagłośnił Kanał Zero, który znany jest z prawicowych sympatii swojego szefa. Informatorem był Jędrzejewski, który był w konflikcie ze szpitalem podległym miastu. Dynamika ujawniania kolejnych informacji przypomina natomiast dynamikę ujawniania taśm Falenty, na których nagrani byli politycy Platformy Obywatelskiej w restauracji Sowa i Przyjaciele – fragmentami, dzięki czemu afera nie gasła.
O wiarygodności Jędrzejewskiego rozstrzygną fakty. Ale sposób, w jaki potraktujemy go dzisiaj, zdecyduje o tym, czy kolejny sygnalista w ogóle zabierze głos.