Geraldine Brooks to jedna z najbardziej cenionych współczesnych pisarek – autorka, która łączy reporterską przenikliwość z epickim rozmachem prozy historycznej. Jako korespondentka „The Wall Street Journal” relacjonowała konflikty w Afryce, na Bliskim Wschodzie i na Bałkanach. Jej pierwsza książka, „9 części pożądania”, oparta na doświadczeniach z pracy w krajach muzułmańskich, stała się międzynarodowym bestsellerem i została przetłumaczona na siedemnaście języków. 

Potem Brooks zasłynęła jednak przede wszystkim jako autorka powieści historycznych, która łączy w swoich książkach reporterską dokładność z literacką wyobraźnią. Jej powieści są skrupulatnie udokumentowane, a jednocześnie pełne emocji i psychologicznej głębi. Często bada tematy pamięci, religii i konsekwencji historycznych decyzji.

W Polsce mogliśmy dotąd przeczytać: „March”, za którą otrzymała Nagrodę Pulitzera w 2006 roku, „Ludzi księgi”, „Konia”, a także „Dni pamięci”. Teraz nakładem wydawnictwa Relacja ukazała się jej powieść z 2001 roku – „Rok cudów” – opisująca epidemię dżumy w XVII-wiecznej Anglii. Warto dodać, że dzisiaj, dwadzieścia pięć lat później, mając doświadczenia światowej pandemii covid-19, tę powieść czyta się zupełnie inaczej.

Czarna śmierć

„Rok cudów” to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach z angielskiej wioski Eyam w hrabstwie Derbyshire – nazywanej wsią zarazy – która w 1666 roku dobrowolnie poddała się kwarantannie, by powstrzymać rozprzestrzenianie się dżumy. Historię wioski autorka poznała w miejscowym kościele świętego Wawrzyńca, a także z monografii „Eyam Plague 1665–1666” Johna G. Clifforda. Brooks bardzo wiernie czerpie zatem z historii Eyam, ale jednocześnie świadomie ją przetwarza, by stworzyć opowieść bardziej emocjonalną i literacką. 

Wydarzenia z lat 1665–1666: wybuch dżumy, śmierć większości mieszkańców, a przede wszystkim decyzja o dobrowolnej izolacji są historycznym rdzeniem książki. Rzeczywiście to pastor William Mompesson (w powieści Michael Mompellion) przekonał mieszkańców, by nie opuszczali wioski i nie roznosili zarazy dalej. Faktem jest także to, że Eyam stało się symbolem heroizmu – ludzie świadomie wybrali cierpienie i ryzyko śmierci, by ocalić innych. Pastor Mompesson, którego żona Catherine (w powieści Elinor) zmarła na dżumę (w książce zginęła w inny sposób), zanotował w swoich zapiskach, że zarazę przeżyła jego służąca, która się nim opiekuje i bez której by sobie nie poradził. Brooks zafascynowała ta bezimienna postać służącej i tak narodziła się jej bohaterka – Anna Frith, „kobieta, która przeżyła więcej okropieństw niż niejeden żołnierz” [s. 25].

Czas próby

Anna Frith jest młodą wdową po górniku Samie, sama wychowuje dwóch malutkich synów, Toma i Jamiego. Jej życie zmienia się, gdy do wioski, prawdopodobnie z tkaninami sprowadzonymi z Londynu, trafiają zarazki dżumy. Pierwszą ofiarą jest krawiec George Viccars, który wynajmuje u niej pokój, a z którym mogłoby ją połączyć coś więcej. Wkrótce potem choroba zaczyna zbierać żniwo w całej społeczności. 

W obliczu tragedii miejscowy pastor, wspomniany już Michael Mompellion, przekonuje mieszkańców, by dobrowolnie odcięli się od świata, by nie roznosić „ziaren zarazy” dalej. 

„Nie mogę powiedzieć, by to zamknięcie szczególnie mi ciążyło, bo przez całe życie tylko kilka razy ruszyłam się za kamień graniczny […]. Teraz stałam przy kamieniu i patrzyłam tęsknym okiem na zakazaną drogę” [s. 149] – mówi Anna. 

Brooks pokazuje, jak ekstremalne warunki wydobywają z ludzi zarówno największą dobroć, jak i największe okrucieństwo. W wiosce narastają lęk, przesądy i polowania na „czarownice”, za które nagle uchodzą Anys i jej ciotka Matka Gowdie – miejscowe zielarki i akuszerki, a jednocześnie rodzą się niezwykłe akty odwagi i solidarności.

Mieszkańcy nie rozumieją natury choroby, nie wiedzą, skąd się bierze, ani jak się rozprzestrzenia. W ich świecie dominują wyobrażenia o „złym powietrzu”, boskiej karze czy czarach. W efekcie ludzie reagują strachem, desperacją i próbami nadania sensu temu, co ich spotyka.

Współczesna pandemia covid-19 rozgrywała się w zupełnie innym kontekście – globalnym, nowoczesnym, opartym na nauce – a jednak wiele emocji i mechanizmów społecznych okazało się zaskakująco podobnych. W obu przypadkach choroba staje się doświadczeniem, które przenika codzienność i zmienia sposób myślenia o świecie. W Eyam ludzie dobrowolnie (choć pod wpływem pastora) decydują się na izolację, by nie roznieść zarazy poza granice wioski. To akt ogromnej odwagi i solidarności, ale też desperacji. Podczas pandemii covid-19 izolacja była narzucana przez państwa, a jej skala obejmowała całe społeczeństwa. Mimo różnic w okolicznościach, w obu sytuacjach pojawia się podobne napięcie: między troską o innych a lękiem o własne życie, między potrzebą wspólnoty a koniecznością odosobnienia.

Niezmienne mechanizmy 

W „Roku cudów” obserwujemy również, jak choroba wywołuje skrajne reakcje – od bohaterstwa, przez ucieczkę (ucieka najbogatsza i najbardziej wpływowa rodzina Bradfordów), po okrucieństwo. Niektórzy mieszkańcy pomagają sobie nawzajem, inni szukają winnych, uciekają się do przemocy, popadają w fanatyzm religijny. Pojawiają się flagellanci – biczownicy, którzy są „zawsze tam, gdzie wybucha dżuma. Byli w tym kraju już przed wiekami, w czasach zarazy i wojny. W epoce Czarnej Śmierci zbierali się, czasem w wielkiej liczbie, i chodzili od miasta do miasta, przyciągając różne zdesperowane i zbłąkane dusze. Wierzyli, że przez surowe samoumartwianie się zdołają odwrócić gniew Boży. Uważali zarazę za bicz Boży, spadający na grzeszną ludzkość” [s. 278]. 

Podczas pandemii covid-19 te same mechanizmy ujawniły się w nowoczesnej formie – obok ogromnych gestów solidarności pojawiały się teorie spiskowe, wzajemne oskarżenia, nieufność wobec nauki czy agresja wobec osób przestrzegających zaleceń epidemiologicznych (na przykład noszenia maseczek). Różnica polega na tym, że w XVII wieku ludzie nie mieli dostępu do rzetelnej wiedzy, a ich reakcje wynikały z bezradności wobec niewidzialnego zagrożenia. W XXI wieku wiedza była dostępna, ale jej nadmiar – często sprzeczny – również potrafił dezorientować. Nie wspominając o zalewie fake newsów.

Ważnym kontrastem jest rola instytucji. W Eyam o wszystkim decyduje lokalna społeczność kierowana przez duchownego. Nie ma państwowej pomocy, nie ma lekarzy, nie ma systemu. W trakcie pandemii covid-19 decyzje zapadały na poziomie rządów, organizacji międzynarodowych, laboratoriów i służb zdrowia. To, co w „Roku cudów” jest dramatem jednej wioski, w XXI wieku staje się doświadczeniem całego świata. 

A jednak w obu przypadkach choroba obnaża kruchość ludzkiego życia i pokazuje, jak bardzo jesteśmy zależni od siebie nawzajem. Najbardziej uderzające jest to, że mimo ogromnego postępu cywilizacyjnego, emocje pozostają takie same. Strach, nadzieja, rozpacz, poczucie niesprawiedliwości, ale też zdolność do poświęcenia i współczucia – to wszystko łączy mieszkańców Eyam z ludźmi żyjącymi współcześnie. Brooks pokazuje, że epidemia jest nie tylko wydarzeniem medycznym, lecz przede wszystkim moralnym i społecznym sprawdzianem.

Czas odwagi

Brooks opowiada historię z perspektywy zwykłej kobiety, która obserwuje tragedię z bliska. Anna, początkowo tylko służąca, stopniowo staje się uzdrowicielką, ucząc się roli ziół i medycyny od lokalnych zielarek. Jej relacja z Elinor, żoną pastora, staje się jednym z najważniejszych emocjonalnych wątków powieści. To właśnie Elinor mówi jej: „ciekawam, czy wiesz, jak bardzo się zmieniłaś… To może jedyna zaleta tego strasznego roku. Oczywiście już kiedy cię zobaczyłam po raz pierwszy, dostrzegłam w tobie iskrę Bożą. Tylko że wtedy ukrywałaś ją przed światem, jakbyś się bała, co ludzie powiedzą… Byłaś jak płomień na wietrze. Każdy większy podmuch mógłby cię zdmuchnąć. Musiałam więc osłonić ten płomień jakimś kloszem, by się mógł pięknie rozpalić. I teraz świecisz mocnym światłem!” [s. 295–296]. Elinor zobaczyła w niej coś, czego sama Anna nie widziała – siłę i wolę przetrwania.

Na początku Anna jest typową kobietą tamtych czasów – nieśmiała, zahukana, wystraszona, przesadnie religijna, żyje w ciągłym strachu przed ojcem pijakiem. Małżeństwo z Samem jest dla niej ratunkiem i ucieczką z rodzinnego domu. Szybko jednak znowu zostaje sama, narażona na męskie spojrzenia i męskie żądze: „mężczyźni […] gapią się na ciebie, jakbyś była jałówką wystawioną na sprzedaż. Gdy się jest osiemnastoletnią wdową, człowiek musi się przyzwyczaić do takich obleśnych spojrzeń” [s. 31]. Znowu zaczyna panicznie bać się ojca, który agresją reaguje na każde niepodporządkowanie się jego woli, na każdy rodzaj buntu.

Raz, czując się publicznie upokorzonym przez córkę, chce jej nawet założyć końskie wędzidło. „Widziałam twarz matki z takim wędzidłem. Pamiętałam jej desperackie spojrzenie, pamiętałam nieludzkie dźwięki, jakie wydawała, gdy żelazo ją dławiło. Założył jej coś takiego za karę, gdy publicznie wypomniała mu wieczne pijaństwo. Nosiła to żelastwo dzień i noc, a ojciec prowadzał ją jak konia, ciągnąc za wodze. Byłam śmiertelnie przerażona tym widokiem. W końcu gdy ojciec schlał się do nieprzytomności, ktoś miłosiernie rozciął rzemienie tego narzędzia tortur. Ale język miała tak obdarty, że dopiero po paru dniach znów mogła mówić” [s. 167–168] – wyznaje Anna.

Zdana na siebie, po stracie dzieci, jedyne wsparcie ma w pastorze i jego żonie. W końcu jednak dojrzewa do roli, której nikt jej nie wyznaczył – staje się opiekunką, świadkiem i moralnym centrum całej wioski. Kimś, na kim mogą polegać tracące bliskich rodziny. 

Kobieta wprawdzie straciła wiarę, ale jednocześnie rozumie, że „odbyta przez nas wszystkich próba Boża złamała Michaela Mompelliona w równej mierze, jak mnie wzmocniła i zahartowała. Byłam żywa, byłam młoda i jechaliśmy przed siebie” [s. 341]. Stała się gotowa do wyruszenia we własną podróż, daleko od Eyam. Do zawalczenia o siebie. Do spełnienia własnych marzeń.

Siła przetrwania

„Rok cudów” to zatem nie tylko opowieść o zarazie, ale przede wszystkim o ludzkiej odporności, stracie, wierze i zdolności do przetrwania. Nie jest rekonstrukcją, lecz interpretacją wierną duchowi wydarzeń, choć nie zawsze ich literalnemu przebiegowi. 

Brooks pokazuje, że nawet w świecie pozbawionym nauki i nowoczesnych narzędzi przetrwania człowiek potrafi odnaleźć w sobie odwagę, która przekracza codzienność. Prawdziwa przemiana rodzi się w ciemności, a cud nie zawsze oznacza ocalenie, lecz czasem samo przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa tam, gdzie wydawało się, że nie jest to już możliwe.

Książka:

Geraldine Brooks, „Rok cudów”, tłum. Jarosław Skowroński, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.