
Joanna Gierak-Onoszko, autorka nagradzanego reportażu „27 śmierci Toby’ego Obeda”, po kilku latach wraca z nową książką zatytułowaną „Wolta. Opowieść o kobietach w zmianie”, w której opisała historie kobiet w momentach zwrotnych. Bohaterkami książki są: Natalia Wodyńska-Stosik znana jako TriMama, Dorota Groyecka, Kornelia Westergaard, Ola Wiederek, Agata Romaniuk i Kasia, która poprosiła o anonimowość. Z autorką rozmawiam o tak zwanej klątwie drugiej książki, ale także o tym, czy do zmiany zawsze zmusza nas traumatyczne wydarzenie.
Sylwia Góra: Kiedy zobaczyłam „Woltę. Opowieść o kobietach w zmianie”, pomyślałam: czy to jest poradnik? Z drugiej strony, znam twoją pierwszą książkę, więc od razu odrzuciłam tę myśl. Poszłaś w zupełnie inną stronę. I to jest pytanie z tych najtrudniejszych: czy na twoją drugą książkę czytelniczki i czytelnicy czekali dość długo, bo po tak dobrym debiucie czułaś większą presję?
Joanna Gierak-Onoszko: Myślę, że tak zwana klątwa drugiej książki jest prawdziwa. Oczywiście, czułam delikatną presję i tremę, zanim wróciłam na rynek z kolejną książką. Zależało mi, żeby była przemyślana i była dobra formalnie. Czekałam na temat, który będzie może nie aż tak spektakularny, ale równie ważny, jak to, co działo się w Kanadzie. I nie boję się powiedzieć, że przez te pięć lat miałam „rozgrzebanych” kilka książek. Rozmawiałam z różnymi wydawcami o wielu projektach. Rozpoczynałam dokumentację, brałam się nawet za zapis, ale potem zostawiałam te książki.
W reportażu autor mocno zżywa się ze swoimi bohaterami, nie tylko tymi pozytywnymi. Intensywna dokumentacja książki oznacza często więc także zaproszenie do swego rodzinnego stołu różnych cieni, wielu trudnych bohaterów opowieści, nad którą się pracuje. Wiedziałam, że moja praca będzie oznaczała, że ci bohaterowie splotą się z moim życiem na kilka kolejnych miesięcy albo lat. Zdecydowałam jednak, że nie chcę wiązać tych opowieści z moim życiem rodzinnym.
Wiedziałam, jaką cenę zapłaciłam przy pierwszej książce i nie chciałam tego emocjonalnego kosztu ponosić przy kolejnej. Nie chciałam też obarczać tym kosztem swoich dzieci. Dlatego długo czekałam na temat, który będzie dla mnie nie tylko atrakcyjny, ale też będzie bliski moim wartościom i potrzebom. I chociaż sam zapis techniczny „Wolty” był bardzo krótki, bo pisałam ją ledwie kilka miesięcy, to praca mentalna nad tą książką była dużo dłuższa.
Kiedy piszę, pracuję nie dla wydawcy, nie dla bohatera, ale właśnie dla czytelnika i czytelniczki. I to z nimi chcę być w otwartym dialogu. Wybrałam do tej książki formę reportażu narracyjnego, czegoś pomiędzy prostym reportażem a esejem, dlatego że historie bohaterek, rzeczywistych kobiet, łączą się z wielowątkowymi ideami, które daje nam literatura, psychologia, filozofia i medycyna.
Powiedziałaś, że nie chciałaś, żeby ta książka była tak traumatyczna, jak opowieść o Kanadzie i rdzennej ludności, a jednak także w „Wolcie” mamy sześć bohaterek, gdzie, mimo wszystko, dla większości z nich zmiana następuje w wyniku jakiegoś traumatycznego wydarzenia.
Tak, większość moich bohaterek musiała podjąć działania radykalne i ratunkowe. Jedna z kobiet, ekspertek, które wypowiadają się w książce, mówi: „czasem zmiana jest możliwością, ale czasem jest koniecznością”. I rzeczywiście, w naszym życiu zdarzają się takie momenty przesilenia, czy momenty dłuższych procesów zmian, w trakcie których dojrzewamy. To transformacje i przejścia, które planujemy, o których fantazjujemy, na które długo się przygotowujemy. To są takie kamienie milowe, które chcemy osiągać na naszej z góry wytyczonej drodze.
Ale czasem momenty zmian przychodzą nieproszone: radykalnie, gwałtownie, burzy się wtedy nasz dotychczasowy porządek. Wtedy zmiana, na którą nie mogłyśmy się przygotować, ale jednak musimy się z nią zmierzyć, przynosi mądrość, o którą nie prosimy, jak mówi jedna z bohaterek – Ola Wiederek. I rzeczywiście, wszystkie kobiety, które poznajemy dzięki tej książce, łączy fakt, że musiały się mierzyć z tą nagłą rewolucją, przewrotem w swoim życiu. Musiały się zatrzymać. Ale jednocześnie, każda z nich zdołała powiedzieć: „nie, nie zgadzam się grać kartami, które wylosowałam, nie będę realizować scenariusza, którego nikt ze mną nie uzgadniał”. I ta niezgoda na to, co przynosi los, oraz świadomość ograniczeń, które przecież jednocześnie są rzeczywiste, jest czymś, co te kobiety łączy.
Na bohaterki „Wolty” wybrałaś wyłącznie kobiety. Kobiety są opiekunkami dzieci, osób starszych, a jednocześnie chcą mieć świetną karierę zawodową, realizować siebie, najczęściej mieć też rodzinę. Żonglują tym wszystkim i ciągle biegną, dopóki nie padną.
„Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona…”. Te wszystkie kobiety miały rozpędzone życia, realizowały się na różnych polach i ta zmiana, która je zatrzymała w miejscu, była gwałtowna, niespodziewana. Cóż, najczęściej nie była to wcale zmiana na dobre.
A jednak wszystkie musiały się z tym zmierzyć, nie miały wyjścia. Musiały podjąć decyzję czy poddają się losowi, czy próbują z nim jakoś negocjować. I wystartowały w zawodach, biły się o pełnię życia. To nie metafora. W tych opowieściach ważny jest także sport jako sposób na ujarzmienie natury, która nie zawsze sprzyja. Sport to jest dziedzina, w której akurat ja zupełnie nie znajduję spełnienia, natomiast próbuję zrozumieć jej mechanikę. W sporcie ludzie także ponoszą porażki, a mimo to się nie poddają. Rzadko sięgają po laury, rzadko są na podium, ale codziennie i regularnie podnoszą się i ćwiczą.
Często nasz wysiłek, jako kobiet, dopiero skumulowany okazuje się widowiskowy i bardzo ważny, ale nasze codzienne działania nie są nagradzane laurami ani pucharami. Bardzo rzadko któraś z nas dokonuje takiego zwrotu albo odnosi sukces w swoim życiu prywatnym czy karierze i zostaje za to społecznie i publicznie nagrodzona. Zwykle nie otrzymujemy gratyfikacji za to, że organizujemy domy i dbamy o to, żeby życie rodzinne było posklejane, żeby codzienność się nie rozpadła.
Analogia pomiędzy sportem, literaturą a wyborami życiowymi jest dla mnie istotna. Także dlatego, że to ze sportu przychodzi zjawisko wzrostu potraumatycznego albo wzrostu pourazowego. Jak zauważyli badacze, większość sportowców, która doświadcza dramatycznego wypadku czy kontuzji i jest później długo wyłączona z aktywności, najczęściej wraca do sportu. Wiele z takich osób, choć to nieintuicyjne, osiąga potem jeszcze lepsze wyniki niż przed tym dramatycznym wydarzeniem.
Badałam, jak przebiega ten proces. Najpierw oczywiście następuje chwilowy regres związany z kontuzją, ale potem hart ducha, determinacja, potrzeba osiągania kolejnych dobrych wyników, bardzo ciężka praca, treningi, powodują, że rezultaty przekraczają prognozy i oczekiwania. To, co pojawiło się po traumie, jest nader często lepsze niż to, czym zadowalaliśmy się wcześniej. I podobny wzrost potraumatyczny obserwujemy w psychologii, gdzie po trudnych wydarzeniach, kiedy obiektywnie okoliczności się pogarszają, ludzie zyskują większą siłę i subiektywne poczucie większego szczęścia. Badacze zauważyli, że do takiego wzrostu potraumatycznego nieco częściej zdolne są kobiety.
Dlatego właśnie na bohaterki „Wolty” wybrałam kobiety, które mi imponują, które podziwiam, z których mądrości sama czerpię. Ale nie chciałam przynieść czytelnikom tylko galerii portretów, choćby najbardziej złożonych. Te osobiste historie uzupełniłam głosami ekspertek. To tak zwane drugie głosy, równie mocne co te wiodące. I wbrew temu, co często słyszymy w dyskursie publicznym, w przestrzeni medialnej – nie ma żadnego kłopotu ze znalezieniem kompetentnych, elokwentnych, doświadczonych ekspertek, kobiet, które są gotowe dzielić się swoją wiedzą.
Pozostając przy temacie sportu – tę książkę otwiera historia TriMamy, która dostaje diagnozę, że być może ma złośliwego guza mózgu. Z rakiem mierzy się też inna bohaterka: Ola Wiederek. Dzisiaj wciąż słowa: „masz raka”, budzą największy strach. Mówimy: walka z rakiem. Twoje bohaterki widzą to jednak nieco inaczej.
Nie zawsze chodzi o to, żeby „wygrać” czy „pokonać” chorobę – i faktycznie to są słowa z pola walki. Wzięte z terminologii wojskowej, nacechowane bardzo zerojedynkowo. Albo jesteś zwycięzcą, albo przegrywasz. A przecież życie to nie jest ta dychotomia czerni i bieli, to cała smuga szarości. Reportaż doskonale umie to pokazać.
Ola Wiederek, którą ja, tak jak tysiące innych kobiet, obserwowałam na Instagramie, kibicowałam jej w zmaganiach z chorobą, nie żyła przecież w cieniu choroby, nie żyła pomimo choroby, tylko żyła z chorobą. To było coś, co determinowało w dużej mierze jej życie, ale jednak go nie określało. Ani też nie przekreśliło.
I rzeczywiście obie bohaterki – TriMama, czyli Natalia Wodyńska-Stosik, i Ola Wiederek – pokazały swoimi decyzjami i wyborami, że nawet w momentach obiektywnie bardzo trudnych, można próbować żyć pełnią życia. Także wtedy, kiedy wiadomo, że te możliwości są ograniczone przez zdrowie, to zawsze można wyszarpać od losu coś więcej.
Oczywiście, przechodzenie przez kryzys zdrowotny powinno być zadaniem drużynowym. Idzie się szybciej, ale też na pewno dłużej, jeśli wspieramy się na innych ludziach.
To jest kluczowe: żeby mieć wokół siebie sieć bliskich, przyjaciół i nie godzić się z tą pierwszą diagnozą, z tym pierwszym orzeczeniem. Nie traktować jako wyroku. Obie te kobiety, niezależnie od tego, jak później potoczyły się ich losy, pokazały, że ważne jest przeżywanie życia tu i teraz, niezależnie od rozpoznania wpisanego w karcie.
Obie bohaterki poznajemy w momencie, kiedy spada na nie trudna diagnoza, kiedy muszą mierzyć się z poważnym kryzysem zdrowotnym, nie z przejściową niedyspozycją. To historie o kryzysie, który wywraca życie ich i ich bliskich do góry nogami. Śledząc ich losy, towarzysząc na tej drodze, zarówno w książce, jak i w mediach społecznościowych, możemy zobaczyć, że te wybory, chociaż trudne, nie pozbawiły ich pełni życia. Ola umarła, żegnały ją z żalem tysiące ludzi. A Natalia? Natalia niedawno świętowała urodziny najmłodszego syna, ma oparcie w rodzinie, bierze od bliskich ciepło i energię, ale w jakiś niesamowity sposób umie je pomnożyć i podać dalej. Mocno jej kibicuję – nie ja jedna przecież, patrzy w jej stronę wiele osób.
Te poruszające historie to także lekcja dla wszystkich, którzy zmagają się z innego rodzaju kryzysami zdrowotnymi, nawet tymi w mniejszej skali. Bardzo wiele czytelniczek pisało do mnie później: „skoro ona poradziła sobie w takiej sytuacji, skoro umiała znieść, wytrzymać albo nie tracić nadziei, to ja z moją diagnozą, która jest dużo bardziej korzystna, nie mam prawa się poddawać, nie mam prawa rezygnować”. Bohaterki mojej książki pokazują, że ta niezgoda, podniesienie głowy, powiedzenie „nie, nie zgadzam się na to, co dostałam”, jest kluczowe.
To też jest zamierzenie, które stoi za „Woltą”. Nawet jeżeli obiektywnie nasze sytuacje są skomplikowane i plany nie takie, jakie sobie układałyśmy, to jednak zawsze można próbować ugrać trochę więcej. Zawsze można wyszarpać jeszcze jeden dzień życia, prawda?

Inną, bardzo trudną historią w książce jest sytuacja Doroty Groyeckiej: to opowieść o utracie dziecka. Dorota próbuje zmienić cały sposób myślenia o chorobie. Jej doświadczenie jest czymś granicznym, czymś, na co rzadko jest miejsce w literaturze.
Jestem bardzo szczęśliwa, że Dorota wydała swoją książkę „Krwinki. Opowieść o stracie i nadziei”, bo to jest poruszająca opowieść nie tylko z perspektywy matki czy rodzica, ale każdego człowieka, który musi zmierzyć się z najtrudniejszym doświadczeniem.
I cieszę się, że Dorota zgodziła się być bohaterką „Wolty”. Zresztą ten rozdział powstał jako pierwszy, on ustawił całą architekturę tej książki. Miałam taki pomysł, pracując nad „Woltą”, żeby w każdym z tych rozdziałów wskazać czytelnikowi bezpośrednio moment przemiany bohaterki. I już w tym pierwszym rozdziale o Dorocie zorientowałam się, że jest to niemożliwe. Dlatego, że także w jej historii widzimy, że tych zmian, fundamentalnych przesunięć, było bardzo wiele.
Zastanawiałam się, gdzie postawić akcent, która decyzja Doroty, która zmiana jej postawy, zmiana jej mentalności, była tą kluczową. I nie umiem tego wskazać. I właściwie u żadnej bohaterki nie jesteśmy w stanie zdecydować, że to jest ten moment, ta decyzja, która zaważyła na jej losie, jest tytułową woltą.
Dorastanie i przekształcanie się, transformacja Doroty w roli matki, nie jest jednym uchwytnym momentem, tylko całym procesem. On toczy się od momentu doświadczenia ciąży poprzez poród, przyjęcie dziecka, cień wątpliwości, a potem już lęk o zdrowie córki. Dalej towarzyszymy Dorocie i jej mężowi w chwilach mierzenia się z diagnozą, szukania możliwości leczenia, zapewnienia komfortu małej Nadziei. Jest też i żałoba, której doświadczamy, utrata, którą przeżywamy jeszcze za życia dziecka. I później moment odprowadzenia córki nie do zdrowia, ale do śmierci. I próba objęcia tego wszystkiego rozumem, bo serce przecież nie jest w stanie. To wszystko jest szeroki, rozciągnięty na lata proces, którego nie sposób sprowadzić do symbolicznej, jednostkowej wolty. To głęboka przemiana. Jak mówi Dorota, nie ma czegoś takiego jak powrót do formy po ciąży, jest się przecież już innym, zmienionym na zawsze człowiekiem.
Zarówno Dorota, jak i Agata Romaniuk, która pojawia się jako ostatnia bohaterka twojej książki, są pisarkami. Zarówno Susan Sontag, jak i Joan Didion, pisały o tym, jak przepracowuje się trudne wydarzenia właśnie poprzez pisanie.
Żadna z rozmów nie była prosta, w tym sensie, że każda z moich bohaterek umie w sposób bardzo precyzyjny i piękny literacko opowiadać o swojej drodze. Widać to szczególnie w historiach Doroty i Agaty, dlatego że one mają doskonały warsztat reporterski i mają rzadki talent opowiadania obrazami. Praca reportera nie polega przecież tylko na zapisie opowieści bohatera, ale na wyłuskiwaniu obrazków, scen. One obie to umieją, nie tylko pisząc, ale też mówiąc o sobie. Dlatego mam poczucie, że to jasno widać w tych rozdziałach: obydwie konstruują swoją opowieść tak, jak same konstruowałyby dobry reportaż.
I rzeczywiście jest tak, jak mówisz – że sięgamy do doświadczenia Joan Didion i innych pisarek, które transformują swój ból w literaturę, bo właśnie w literaturze szukamy pocieszenia. Ja sama nazywam „Woltę” reporterskim przewodnikiem po wychodzeniu z ciemności. Literatura daje nam nie tylko nadzieję, lecz także niezawodną instrukcję obsługi kryzysu. W czasie dokumentacji i pisania tej książki sama sporo zastanawiałam się nad tym, jak sobie radzę, albo jak sobie nie radzę, w sytuacjach, które są dla mnie trudne. Nie będzie zaskoczeniem, że sięgamy wówczas do analogicznych albo choć trochę podobnych opowieści w literaturze.
Nie szukałam podręczników czy poradników, szukałam odpowiedzi w świecie literackim. Literacka metafora przyłożona do naszych osobistych, pojedynczych losów pozwala nam zrozumieć, że nasze doświadczenia, czasem dramatyczne i trudne, nie są wcale jednostkowe, ale układają się w pewien wzór ludzkich doświadczeń. I rzeczywiście opowieści Doroty, Agaty, ale też Kornelii czy Kasi, która przeprowadza nas przez trudny czas menopauzy – to są historie kobiet świadomych i mocno zakorzenionych w kulturze, nieprzypadkowo także w literaturze.
Powiedziałaś, że myślałaś o tej książce także jako o możliwości przejrzenia się wielu z nas w opowieściach twoich bohaterek. Ale z drugiej strony, wydaje mi się, że często myślimy, iż nasze doświadczenie jest szalenie wyjątkowe, że „nikt nie przeżył tego samego co ja”.
Tak, z jednej strony, figury publiczne są nam potrzebne, bo dodają nam siły, są takimi dalekimi koleżankami, na których możemy się wesprzeć w trudnych chwilach. Jednak z drugiej strony mogą powodować wpadanie w ciemną spiralę, wpajać myślenie, że ja nie dam rady, że jestem gorsza. Takie porównywanie się może dawać fałszywe przekonanie, że nie mam w sobie tego, co mają one – i że ja sobie nie poradzę. Albo, jeśli mam inną sytuację, nie mam wsparcia, na przykład w postaci partnera, kręgu przyjaciół – co wtedy? Albo nie mam pieniędzy. W końcu żadna z kobiet, o których piszę, nie miała problemów finansowych, które na co dzień zamykają wiele dróg. Dlatego nie jest to opowieść o tym, że jak się bardzo postaramy, to wszystko będzie dobrze. Często wcale nie będzie. Uważam, że literatura powinna być przewodniczką, niekoniecznie czułą, ale odpowiedzialną. Nie wolno jej być oszustką.
Ta książka nie jest jednak prostym przewodnikiem po tym, jak odmienić swoje życie w jeden weekend. Ja sama jako czytelniczka czuję złość, kiedy widzę kolejne tytuły, które mówią nam, że możemy naprawić swoje życie w 30 dni. Że możemy jednocześnie oddawać się namiętnościom, trwać w miłosnym odurzeniu, rozwijać bez potknięć imponującą karierę, odnosić sukcesy finansowe, a do tego być świetnymi i spokojnymi matkami, uprawiać kwitnący ogród, nieustannie rozwijać się duchowo, ćwiczyć jogę, zaczynać dzień od medytacji i mieć zawsze świetnie ułożone włosy oraz uprasowane jeansy.
To jest okropnie frustrujące, kiedy w mediach głównego nurtu, ale też przede wszystkim w mediach społecznościowych, słyszymy opowieści kobiet, które mówią, że wszystko osiągniesz, jeśli tylko się trochę lepiej zorganizujesz. Jeśli będziesz bardziej ambitna. Powinnaś tylko bardziej się postarać. To nie jest prawda. Same dzielimy się taką opresyjną narracją, wpędzając się wzajemnie w poczucie winy i frustracji.
Osiągnięcie sukcesu czy przełamanie trudnej sytuacji życiowej wcale nie jest proste jak w poradnikach pozytywnego myślenia albo inspirujących biografiach celebrytek. I dlatego zależało mi, żeby pokazać kobiety, które nie odmieniły swojego losu z dnia na dzień. Jeżeli wyszarpały od życia trochę więcej dla siebie, to nigdy nie jest to zwycięstwo takie jak z komedii romantycznej. To nigdy nie jest sytuacja, gdzie rozstępuje się niebo i słychać fanfary. To są zawsze bardzo trudne, z wielkim wysiłkiem osiągnięte małe zwycięstwa. Dopiero z czasem kumulują się w większą zmianę. I jest to okupione nie tylko mozołem, ale też wieloma porażkami i frustracjami. Nie ma za to medali, nie ma za to nagród.
Jestem naprawdę wdzięczna moim bohaterkom, że pokazują się nam nie tylko w blasku, który znamy z mediów społecznościowych i kolorowych pism, ale także w cieniu. Pokazują momenty załamania, chwile kiedy płakały na podłodze, kiedy były samotne, zagubione i przestraszone. Ich przemiana nie jest radykalna, nie dokonuje się z dnia na dzień i nawet nie zawsze jest pełna. Nic nie szkodzi. A jednak podziwiamy je, możemy się na nich wesprzeć i z ich siły skorzystać. Myślę, że to jest właśnie wzmacniające – kiedy widzimy, że ten sukces nie zawsze jest instagramowy, stuprocentowy i obiektywnie imponujący.
Można pomyśleć: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. To chyba jeden z najczęściej powtarzanych zwrotów, a jednocześnie najbardziej mijający się z prawdą.
Tak, masz rację. Zresztą ciekawe jest to, że różne ekspertki, nie konsultując się ze sobą, powiedziały mi to samo: że to nieprawda, bo to, co cię nie zabije, może cię bardzo poważnie osłabić i już nie pójdziesz dalej. I że ta pop-optymistyczna papka, którą jesteśmy karmione, może nam dawać złudną nadzieję. Nietzsche nie miał racji – jako kobiety zbyt dobrze to wiemy.
A nadzieja jest bardzo niebezpieczna, bo odbiera sprawczość. Mówienie komuś, że wszystko będzie dobrze, jest po pierwsze przejawem lekceważenia i wyższości. A po drugie – fałszywą obietnicą, że wszystko się ułoży: nie musisz nic robić, a efekt i tak będzie pozytywny. A to przecież nieprawda. Żaden happy end nie jest nam dany, nawet przy ogromnym wysiłku i wielkiej pracy. Życie nie jest bajką, ale raczej reportażem. I o tym też jest ta opowieść.
Czy zmiana jest dobra? Pop-psychologia mówi, że tak, ale doświadczenie życiowe mówi nam raczej, że nie zawsze. Z pewnością bywa trudna, nawet jeśli jej pragniemy i o nią zabiegamy.
Mam świadomość, że weszłam już w drugą połowę mojego życia, i chociaż ciągle czekam na nowe, to wiem też, że przede mną są zmiany, które nie będą mnie cieszyć. Dlatego namysł nad tym, co nieuchronne – nie tylko w życiu kobiet, ale każdego człowieka – jest nam potrzebny i pomocny. „Wolta” jest dla mnie, i mam nadzieję, że stanie się także dla czytelniczek i czytelników, takim elementem plecaka ucieczkowego na czas kryzysu. Zmianę mogę odwlekać, ale i tak jej nie uniknę. Warto szukać równowagi pomiędzy godzeniem się z faktem, że kryzysy są nieuchronne, a nieustępliwym negocjowaniem ich łagodniejszej wersji. Przed nami zakręty i zniżki, ale też wolty i odbicia. Chcemy całego życia, prawda?