1.

Wypada mi zacząć od przeprosin. Justynę Sobolewską, autorkę „Książki o (nie) czytaniu”, długo uważałem za postać medialną, jedną z wszędobylskich celebrytek uprawiających beztroską i bezideową turystykę literacką. Jakże się myliłem! Jakże pochopny i nierozważny był mój sąd. Każda strona jej książki, o której tu mowa, zaprzecza nieznośnej nauce pozorów, a więc pozorowi nauki, której chcą nam udzielać ciemni mężowie – niektórzy z naszych polityków. 

Nie jest to, oczywiście, książka naukowa, ale świadczy o dużej erudycji autorki (patrz: intrygująco zestawiona bibliografia!). Erudycja Sobolewskiej jest, rzekłbym, zdrowa. Radość czerpie ona nie tylko z pracy nad przedmiotem, ale i z samego przedmiotu – książek mianowicie – który podnosi do rangi podmiotu, obdarza suwerennością. W mojej bibliotece „Książka o (nie) czytaniu” stanie tuż obok znakomitych rozmów Barbary N. Łopieńskiej „Książki i ludzie”, ale już z dala od wiele słabszych „Księgarni” hiszpańskiego pisarza Jorge Carrióna – połączenia eseju z reportażem, a raczej z osobliwym przewodnikiem turystycznym, który we wszystkich opisywanych krajach poleca tylko jedną naprawdę godną zwiedzenia atrakcję – księgarnie.

2.

Historia, którą opowiada Justyna Sobolewska, jest historią rodzinną. Miłością do książek obdarowali ją rodzice, a ona z kolei wzbogaca nią własne dzieci. W „Hendekalogu inteligenta”, spisanym przez Leszka Kołakowskiego, przed ósmym przykazaniem: „Kochaj różne myśli, których się nauczyłeś od pisarzy i filozofów”, mamy siódme: „Jak najwięcej książek czytaj swoim małym dzieciom”. Głównie dzięki temu bowiem dzieci wyrosnąć mogą na inteligentów prawdziwych, którzy chcą być uczestnikami zbiorowego życia narodu i ludzkości, a tym, co wiedzą i potrafią, to uczestnictwo potwierdzać.

Kołakowski przypominał, że gdyby nie lektura książek, budząca należny jej szacunek, w ogóle nie istniałaby inteligencja w Polsce, a zajęcia polityczne byłyby „tylko jedną z licznych umiejętności zawodowych, które można wszędzie uprawiać, o niczym innym niż o własnych zyskach życiowych i własnej karierze nie myśląc”. Niektórym partiom politycznym, owszem, przewodzą inteligenci naprawdę szanujący książki, są jednak partie, których przywódcy nienawidzą mądrych książek, bo im zawadzają w karierze.

3.

Zazdroszczę Justynie Sobolewskiej, że pisząc o radości czytania, nie musi albo nie chce, pisać o pieniądzach. Ja – niestety muszę. Pochodzę z dość zamożnego warszawskiego mieszczaństwa, zrujnowanego materialnie po zdobyciu władzy przez komunistów. Mój dziadek miał piękną bibliotekę. Cenił sobie szczególnie księgarnię i wydawnictwo Trzaski, Everta i Michalskiego (z siedzibą w gmachu Hotelu Europejskiego przy Krakowskim Przedmieściu), kupował tam słowniki i encyklopedie, miał też bodaj wszystkie tomy Biblioteki Wiedzy (niektóre tytuły odzyskiwałem z czasem w antykwariatach: „Wieczność piramid i tragedia Pompei”, „Walka nauki ze śmiercią”, „Narodziny przyszłości w retorcie uczonych”, „Pogromcy głodu”…).

Po śmierci dziadka, kiedy widmo ubóstwa zaczęło krążyć po naszym domu, matka wszystkie te książki sprzedawała za bezcen handlarzowi starzyzną, podobnie jak obrazy, zastawę stołową, porcelanę. Na szczęście mam na starość bibliotekę równie piękną, jak tamta, którą miał dziadek. Wszystkich moich książek nie może pomieścić, zalegają więc stosami na podłodze, choć nie tworzą jeszcze Himalajów druku jak w słynnych bibliotekach Marii Janion, Anny i Jerzego Turowiczów czy Henryka Markiewicza, opisywanych przez wspomnianą Barbarę N. Łopieńską.

Wracając do sprawy pieniędzy: na wszystkie książki, o których marzę – niech będą to jedynie nowości – i dzisiaj, oczywiście, nie mogę sobie pozwolić, no bo ile gotówki trzeba byłoby wydać w jednym tylko miesiącu, lutym, na biografie Melchiora Wańkowicza (Łukasz Garbal, „Wańkowicz. Życie na kraterze”) i Adama Michnika (Anna Nasalska, „Człowiek, który zredagował Polskę”), na powieści Michała Komara „Józef, czyli…” i Macieja Siembiedy „Gołoborze”, na Paula Hama „Duszę. Historię ludzkiego umysłu”, na „Notatniki” Alberta Camusa i „Dziennik. Zapiski prywatne 1943–1982” Jerzego Andrzejewskiego, na „Wędrówki z Weiserem. Spacerownik po twórczości Pawła Huellego” i wiele innych znakomitości, nie wspominając już nawet o czasopismach takich jak moje ulubione: „Przegląd Polityczny”, „Znak” czy „Więź”. 

Owszem, należę do szczęściarzy, którym wydawcy przysyłają niekiedy gratisy, ale nie lubię o nie prosić i robię to jedynie wtedy, kiedy o jakiejś książce chcę coś napisać. Wyobraźcie sobie jednak, w jakiej sytuacji znajduje się emerytowany nauczyciel akademicki, który chciałby brać czynny udział w życiu kulturalnym, nie tylko polskim. Dopóty, dopóki ten emeryt nie będzie mógł kupić sobie co najmniej jednej dobrej książki na tydzień, nie mogę cieszyć się z rosnącej u nas płacy minimalnej i średniej. 

4.

Mroczną sprawą w książce Justyny Sobolewskiej jest dla mnie, ma się rozumieć, starość i nieznośna myśl, że za życia nie zdołam przeczytać nawet dziesięciu procent książek, które przeczytać pragnę. Autorka i jej bohaterowie mogliby powtórzyć zdania, które w „Piesku przydrożnym” napisał o sobie Miłosz: „Wiedza moja nieduża, rozum krótki. Starałem się jak mogłem, studiowałem, czytałem mnóstwo książek i nic. W moim domu książki wylały się z półek, leżą stosami na meblach, na podłodze, tamują przejście. Nie mogę ich oczywiście wszystkich przeczytać, a ciągle moje wilcze oczy pożądają nowych tytułów […] Powinienem wiedzieć wszystko, co dzieje się teraz, równocześnie, w każdym punkcie ziemi, powinienem móc wnikać w umysły moich współczesnych i ludzi o kilka pokoleń później, a także tych, którzy żyli dwa tysiące i osiem tysięcy lat temu. Powinienem, i co z tego”.

Fatalna konieczność rezygnacji. Wieczna konieczność?

5.

Umieramy nie tylko my, czytelnicy książek. Umierają same książki w bardzo różnych okolicznościach i z bardzo różnych powodów (na przykład te niedoczytane, niedomyślane, streszczane na jednej stroniczce maszynopisu – projekt mile widziany w redakcjach tygodników). 

Czytając książkę Justyny Sobolewskiej, myślałem o poruszającej sprawie opisanej w eseju Kazimierza Wyki „Węgiel mojego zawodu”. Tuż po wojnie Wyka zobaczył w Muzeum Narodowym wystawę „Warszawa oskarża”. Były tam półki, a na nich „książki, które z odległości oglądane całkowicie zachowały swój kształt. Były to jednak książki-trupy, książki-mumie, książki-pozory. Wypalone całkowicie, wyżarzone przez hitlerowców. Bo książka nie płonie jak drzewo, z trzaskiem i łopotem, lecz w milczeniu wypala się do samego środka. Jeśli jej nie dotknąć spiesznie i mało rozważnie, zachowa nadal swój wygląd. Książka-pozór, książka upiór”. 

Esej, który przypominam, wielki krytyk, nadal pełen dla nas tajemnic, pisał w 1967 roku, kiedy do władzy parła prawicowa frakcja PZPR pod wodzą wielkiego patrioty pragnącego zbawić Polskę – Mieczysława Moczara, i jego przybocznych, którzy na tle sztandarów biało-czerwonych wymachiwali brunatnym. Opisując kilka miesięcy przed Marcem ’68 powojenne książki-trupy, książki-upiory, Wyka dodawał jedno zdanie: „W chwilach zniechęcenia do uprawianej profesji, wszystkie ściany mojego pokoju nabierają tego smaku i wyglądu”.

6.

My, złaknieni książek żywych, więc inspirujących, przeżywamy dzisiaj wiele chwil zniechęcenia do naszej pasji. Ale nie, nie chcę tym odczuciem kończyć swego tekstu. Bo świetna książka Justyny Sobolewskiej jest dla mnie, mimo wszystko, optymistyczna, jasna w tonacji, dająca pocieszenie. Być może w naszej utopijnej potrzebie przeczytania wszystkiego, w naszym nienasyceniu mądrymi książkami tkwi – raz jeszcze zacytuję swego Mistrza – „jakiś korzeń metafizyczny: potrzeba wykraczania poza to, co jest, jakaś dziwnie wyrażona, nieraz w groteskę i absurd przechodząca – jak wszystko, co ludzkie, złe czy dobre – nadzieja nieskończoności”.

Książka:

Justyna Sobolewska, „Książka o (nie)czytaniu”, wyd. Iskry, Warszawa 2025.