Za tydzień w Ankarze odbędzie się szczyt NATO. W Stambule policja aresztowała już prewencyjnie ponad dwieście osób, wszelkie zgromadzenia, w tym konferencje prasowe, zostały zakazane. Ten ostatni zakaz może się wydawać nadmierny, skoro organizatorzy szczytu odmówi akredytacji wszystkim dziennikarzom z mediów innych niż rządowe.

Władze stolicy zasłaniają, wzdłuż tras przejazdu zagranicznych gości, propagandowymi billboardami widoki na mniej reprezentacyjne części miasta. Same trasy pospiesznie wyremontowano. Ma to chyba osłodzić mieszkańcom fakt, że będą one, podobnie jak główne ulice stolicy, podczas szczytu zamknięte dla ruchu. Dostępne będą za to dla 40 tysięcy policjantów, których władze ściągnęły do miasta, by zapewnić bezpieczeństwo podczas obrad.

Dowody są tajne, a odwołanie nie przysługuje

Aresztowanym prokuratura zarzuca, że „mogliby przeprowadzić akty terroryzmu w próbie przedstawienia Republiki Tureckiej jako kraju powiązanego z terroryzmem”. Dowodów nie przedstawiono, ale uzasadnienie jest interesujące. Wygląda na to, że nie tyle sam terroryzm jest zły, co „próby przedstawienia”, że Turcja może mieć z nim coś wspólnego.

Odkąd kurdyjska PKK złożyła dwa lata temu broń, liczba terrorystycznych incydentów istotnie spadła, ale procesy o terroryzm trwają. Rzecz w tym, że można w nich zostać skazanym za popieranie czegoś, co jacyś terroryści też popierają – na przykład prawa polityczne dla Kurdów czy choćby informowanie o takich postulatach. Nic więc dziwnego, że NATO – jako że kieruje się w tej kwestii wytycznymi tureckiego rządu – wysłała dziesiątkom dziennikarzy zabiegających o akredytację listy odmowne z informacją, że powody są tajne, a odwołanie nie przysługuje.

Turcja, która okupuje północny Cypr, północną Syrię i kawałki Iraku, już z tego powodu może się wydawać nieoczywistym gospodarzem spotkania. Ale armia turecka jest drugą armią sojuszu, zaś potencjał kraju i jego położenie geograficzne sprawiają, że Turcja jest jednym z najważniejszych jego członków. W sytuacji, w której na USA liczyć można coraz mniej, rola Ankary staje się kluczowa.

Zaś jej konsekwentne poparcie dla Ukrainy – przy utrzymywaniu poprawnych stosunków z Rosją – jest tylko jednym z tego dowodów. Co więcej, Turcja może na USA wpływać kojąco. Prezydent Donald Trump bardzo chwali swego tureckiego odpowiednika i oznajmił, że przyjedzie na szczyt tylko ze względu na Recepa Tayyipa Erdoğana.

Co więcej, oznajmił, że może podjąć decyzje w sprawie amerykańskich F-35, które się mogą Erdoğanowi „bardzo spodobać”. Co prawda Trump oznajmił też, że powstrzymał Erdoğana od włączenia się do zakończonej właśnie wojny z Iranem „po stronie Iranu, bo nie lubi Izraela”. To musiało być nowością dla wszystkich zainteresowanych, z Erdoğanem włącznie. Podkreśla jednak fakt centralnej roli Turcji w myśleniu amerykańskiego prezydenta.

Komu zagraża F-35

Turcja została wykluczona z programu produkcji i dostaw tych ultranowoczesnych maszyn w 2019 roku, gdy nabyła rosyjski rakietowy system przeciwlotniczy S400, nie tylko niekompatybilny z normami NATO, ale wręcz zagrażający bezpieczeństwu maszyn sojuszu. F-35 dla Turcji mogłyby być zagrożeniem dla współczłonkini sojuszu – Grecji, i dla Izraela, będącego (przynajmniej do niedawna) bliskim sojusznikiem USA: Ankara kilkakrotnie groziła obu krajom wojną. Rzecz jasna, wzmocnienie militarne Turcji byłoby przede wszystkim zagrożeniem dla głównego przeciwnika NATO – Rosji. Jednak groźba otwartej wojny z Moskwą jest mniej prawdopodobna od ryzyka konfrontacji Ankary z Atenami czy Jerozolimą.

Grecja ma możliwość politycznego uderzenia w interesy Turcji. Jako państwo unijne, może zawetować jej udział w programie SAFE, do którego Ankara może startować jako kandydat do członkostwa od sześciu dekad (!), w tej kwestii bowiem obowiązuje unijna jednomyślność. Rzecz w tym, że byłaby to opcja atomowa, że względu i na przewidzianą turecką reakcję. Erdoğan określił wszak udział Turcji we wszystkich europejskich programach obronnych jako strategiczny cel, ale także na straty dla samej Unii, która na udziale znakomicie rozwiniętego tureckiego przemysłu obronnego w SAFE mogłaby tylko skorzystać. Ale unijne reakcje na tureckie ambicje są i tak dość letnie, gdyż Ankara systematycznie odchodzi od wartości, które Unia chce realizować.

Tyle że wartości wartościami, a zbroić się trzeba

Izrael nie ma oczywiście greckiego weta, ale postanowił zaszkodzić Turcji wizerunkowo, uznając w rządowej deklaracji ludobójstwo Ormian, popełnione podczas pierwszej wojny światowej przez Imperium Otomańskie, poprzednika dzisiejszej Republiki.

Fakt ludobójstwa, w którym zginęło od 800 tysięcy do półtora miliona ludzi, jest historycznie niepodważalny – ale Turcja go nie uznaje i prześladuje tych, którzy o nim przypominają. Tureckie zaprzeczenia wynikają po części ze względów wizerunkowych, po części zaś z obaw przed praktycznymi konsekwencjami uznania zbrodni.

Ludobójstwo się nie przedawnia, a potomkowie ofiar mogliby skarżyć Turcję przed międzynarodowymi trybunałami. Rzecz w tym jednak, że takich roszczeń nie popierałaby już dzisiejsza Armenia, pokonana w 2020 roku w wojnie o ormiański, ale należący do popieranego przez Turcję Azerbejdżanu, Karabach. Jej władze rozpaczliwie zabiegają o poprawę stosunków ze zwycięzcami i odrzucają historyczne rewindykacje.

Ich zasadności to nie podważa, ale Izrael, który uzbroił Azerbejdżan w zamian za ropę, nie ma tu mocnej moralnej pozycji. Osłabia ją także oskarżenie przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości przez RPA o ludobójstwo w Gazie. Mimo że decyzję o uznaniu ludobójstwa ogłoszono już kilka dni temu, Erewań najpierw nie zabrał głosu w tej sprawie, chociaż stanowi ona dlań moralne zwycięstwo. W końcu premier Nikol Paszynian oznajmił, że „nie będzie decyzji Jerozolimy komentował, by nie używać ludobójstwa jako broni”, cokolwiek by to miało znaczyć.

Zabrały natomiast głos i Ankara, i Baku, kategorycznie potępiając „izraelskie wypaczanie historii”. Reakcja Baku, jedynie na poziomie MSZ, była bardziej wstrzemięźliwa. Jerozolima zapewne uprzedziła sojusznika o swoim posunięciu, a wspólna wrogość wobec Iranu i wzajemnie korzystne interesy przeciwdziałać będą pogorszeniu stosunków.

Turecki zaś MSZ stwierdził, że Izrael – oskarżony o ludobójstwo – nie ma prawa jej niczego zarzucać, a decyzja Jerozolimy jest jedynie polityczna. Następnie zaś prezydent Erdoğan oświadczył, że „nie zwracamy uwagi na oszczerstwa wymierzone w nasz kraj – czyli sam sobie zaprzeczył – przez morderczą sieć”. To ostatnie to, obok używanych przez Iran zwrotów „rakowata narośl” czy „syjonistyczny twór”, lub preferowanej przez Hamas „okupacji” nowa forma zniewag wymierzonych w Jerozolimę. Potwierdza, że w stosunkach izraelsko-tureckich nie bardzo już może być gorzej. Ale obelgi nie mogą być odpowiedzią na historycznie uzasadnione oskarżenia.

„Nowy Hitler”, nowe zdanie

Ankara ma jednak rację twierdząc, że decyzja Jerozolimy jest przede wszystkim polityczna. Izrael – inaczej niż główne organizacje żydowskiej diaspory, od dawna solidarne z Ormianami – haniebnie uchylał się dotąd przed zajęciem w kwestii ormiańskiej stanowiska. Mimo naturalnej, wydawało by się, solidarności ofiar ludobójstwa, Izrael usiłował nie pogarszać stosunków z Turcją, pierwszym krajem muzułmańskim, który go uznał, i jedynym regionalnym mocarstwem mogącym się z nim mierzyć.

Izrael zmienił teraz stanowisko nie dlatego, że jakieś nowe badania przekonały rząd Benjamina Netanjahu, że ludobójstwo Ormian jednak miało miejsce, lecz dlatego, że straciła nadzieję na poprawę stosunków z Turcją, póki rządzi Erdoğan, określający premiera mianem „nowego Hitlera” i uznający Izrael za „nowych nazistów”.

Na polityczny charakter decyzji wskazuje też fakt, że nie została ona przedstawiona Knesetowi. Wszystkie pozostałe państwa, w tym Polska, które ludobójstwo Ormian uznały, uczyniły to uchwałami, lub wręcz ustawami parlamentu.

Ale państw tych jest zaledwie 32: część Unii, sporo krajów latynoskich, sąsiedzi Turcji: Cypr (ze względu na okupację), Liban i Syria (ze względu na ormiańską diasporę) i dawny patron Armenii – Rosja. USA do tej pory tego nie uczyniły, choć stosowne uchwały przyjęło wszystkie 50 parlamentów stanowych. Pozostałe cztery piąte ONZ nie uznało, że w tej sprawie należy zajmować jakieś stanowisko.

Zawsze jest, na kogo zrzucić odpowiedzialność

Wątpić należy, by izraelska decyzja skłoniła Trumpa, mało znanego z kierowania się wartościami, a bardziej z sympatii dla dyktatorów, takich jak Erdoğan, i z tego, że sam groził Iranowi w ostatniej wojnie ludobójstwem, do zmiany stanowiska. Jeśli Turcja nie dostanie amerykańskich F-35, to raczej dlatego, że nie była skłonna zapłacić za powrót do łask tyle, ile Trump by zażądał.

Jeśli nie wejdzie do SAFE, to raczej nie na skutek greckiego weta, a bardziej w rezultacie niechęci większości krajów Unii do zacieśniania więzów, które mogłoby uprawdopodobnić tureckie członkostwo.

A jeśli szczyt nie okaże się takim sukcesem, o jakim marzył Erdoğan, to zawsze można będzie zwalić winę na tych, którzy „próbują przedstawiać Republikę Turecką”, albo chcieliby zwoływać konferencje prasowe.