Szybki rzut oka na nagłówki z ostatnich kilku tygodni prowadził do wniosku, że najważniejsza polityczna historia tego okresu rozegrała się na oddziale ratunkowym warszawskiego Szpitala Południowego, a właściwie w jego prosektorium. Prawa strona ekosystemu medialnego mogłaby ewentualnie dorzucić miejsca pamięci na Wołyniu, a ci, którzy zajmują się sprawami międzynarodowymi – prowizoryczną klatkę na trawniku przed Białym Domem, w której imitację walk gladiatorów na swoje urodziny urządził Donald Trump. Nikt nie wpadłby po takiej kwerendzie na pomysł, że najwięcej o naszym świecie, również tym politycznym, mówi to, co działo się na naszych termometrach.

Mordercze upały

Przez Polskę przetoczyła się właśnie najbardziej intensywna w historii naszego kraju fala gorąca. Na stacji pomiarowej w Słubicach odnotowano temperaturę 40,5 stopnia Celsjusza, bijąc przedwojenny rekord z 1921 roku. Co więcej, nie był to jednorazowy skok, bo upał utrzymywał się przez trzy, miejscami cztery dni. Na poziomie relacji medialnych nie do końca było to widać. Redakcje koncentrowały się na tym, co robią zawsze, gdy piszą o klimacie, czyli clickbaitowych, wyrwanych z kontekstu danych, które nie mówią nic ani o przyczynach, ani o skutkach fali gorąca.

Pisano więc o rekordach, mówiono, że będzie jeszcze cieplej, ale zignorowano społeczną panikę, która rozegrała się w tle najwyższych w historii upałów, czyli sprawę kompletnie nieprzystosowanego do takich temperatur budownictwa. Place i deptaki zamienione w pustynie z betonu i kostki brukowej, nagrzewające się miejscami do 50 stopni. Matki z małymi dziećmi, niezdolne do wyjścia na spacer, bo noworodki mają znacznie słabszą samoregulację temperaturową, co oznacza, że nie umieją się same schłodzić poprzez wypacanie.

Puste półki w sklepach z klimatyzatorami i wiatrakami, nawet jeśli te drugie nic w praktyce nie dają, bo po prostu mielą gorące powietrze.

Oraz perła w koronie absurdów epoki katastrofy klimatycznej: kurtyny tryskające wodą pitną, ustawiane przez władze samorządowe w miejscach publicznych, najczęściej z dala od jakichkolwiek miejsc zielonych i parków.

Te instalacje czynne były długimi godzinami, zwłaszcza w środku dnia, kiedy ulice pustoszały. W efekcie podlewały one hektolitrami cennej wody misterne wzory z kostki brukowej ustawione przed ratuszami, kościołami i pomnikami.

Według danych podanych przez portal SmogLab, w Polsce z powodu rekordowych upałów zginęły cztery osoby. To jednak statystyka iluzoryczna, bo podaje tylko przypadki, w których gorąc był bezpośrednią przyczyną śmierci, a nie jej silnym katalizatorem. W praktyce realnej liczby przedwczesnych – bo tak powinno się o nich mówić – zgonów z powodu fali wysokich temperatur nie da się precyzyjnie zmierzyć. Nie można też wpływu upałów na zdrowie negować. Każdy, kto ma w rodzinie małe dziecko albo osobę starszą, zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo stresujące były to dni. Zresztą nie tylko dla Polski. WHO podaje, że w całej Europie nadmiarowych zgonów było w ubiegłym tygodniu 1300.

Będzie tylko gorzej

Według wyliczeń laboratorium klimatycznego World Weather Attribution, klimat na Starym Kontynencie zmienił się tak bardzo, że od czasu ostatniej tak wielkiej fali gorąca z 2003 roku prawdopodobieństwo podobnych wydarzeń wzrosło w Europie stukrotnie. Mało tego, to już nie jest nawet wydarzenie ekstremalne. Naukowcy z zespołu badań nad klimatem Berkeley University w Kalifornii wyliczyli, że dla masywu centralnego Francji bieżące temperatury były jedynie piątym największym odchyleniem od normy statystycznej z ostatnich stu lat. Inaczej rzecz ujmując, taka fala gorąca jest teraz możliwa cyklicznie, raz na dwie dekady. Na powtórkę nie trzeba będzie zresztą długo czekać. W Wielkiej Brytanii, Francji i częściowo także w Polsce, wysokie temperatury mają powrócić w najbliższym tygodniu.

Tymczasem poza przestrzeniami zdominowanymi przez populistyczny ekscentryzm poważna rozmowa o klimacie całkowicie zniknęła z polityki, a Polska jest tego najlepszym przykładem. Uwagę w ostatnim czasie przykuł lider francuskiej antysystemowej lewicy – Jean-Luc Mélenchon, który powtórzył coraz popularniejszy postulat zamontowania klimatyzacji w każdym gospodarstwie domowym we Francji. Mówił o tym oczywiście w kategoriach politycznego oportunizmu, wszak za rok nad Sekwaną wybory prezydenckie, a Mélenchon ma realną szansę wejść do drugiej tury. Problem w tym, że ten postulat opisuje świat, do którego zmierzamy. Taki, w którym klimatyzacja będzie podstawą praw lokatorskich, jak ogrzewanie i podłączenie do systemów sanitarnych czy elektryczności.

Można się więc zżymać na Mélenchona, ale dotyka on problemu, który dotknie niedługo zdecydowaną większość z nas. Będzie gorącej, nasze miasta staną się nie do zniesienia w okresie od czerwca do sierpnia. Nawet jeśli ktoś niespecjalnie przejmuje się planetą, ale chce wygrać najbliższe wybory, powinien zorientować się, że wbrew konwencjonalnym trendom i przewidywaniom klasycznych politycznych strategów na klimacie zaraz będzie można zbić ogromny kapitał polityczny. Tym bardziej dziwi całkowita bierność najważniejszych ośrodków politycznych w kraju – z rządem i prezydentem na czele – w temacie zmian klimatycznych.

Komu zmiany klimatu pozwolą wygrać wybory?

Milczenie obozu prezydenckiego można oczywiście zrozumieć, wszak wokół prezydenta Karola Nawrockiego skupieni są ludzie, którzy albo nie wierzą w ludzki wkład w zmiany klimatu, albo wręcz uważają, że klimat się nie zmienia. To specyficzna kategoria liderów opinii, którą należy omówić osobno. Niemniej fakt, że rząd, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, nie zajmuje ostrzejszego stanowiska w temacie ryzyka dla zdrowia i gospodarki, a nawet bezpieczeństwa kraju, wynikającego ze zmian klimatu, może załamywać. Szokiem nie można tego nazwać, bo ten rząd od początku swojego istnienia łatwo oddaje pole narracyjne właściwie we wszystkich obszarach.

Rząd milczy, udaje, że nie ma problemu, gasi doraźne afery i aferki polityczne. A w internecie szaleje prawica, na czele z głównym antyintelektualistą III RP, negacjonistą wszelkich dyskusji naukowych, Rafałem Ziemkiewiczem. Człowiek o zerowej wiarygodności w kwestii faktów, mający jednak wielotysięczne zasięgi na platformach internetowych, wsławił się ostatnio stwierdzeniem, że w Polsce w minionym tygodniu wcale nie było tak gorąco. Gadanie głupot, samo w sobie, nie jest problemem, bo zdarza się to w sieci co kilka sekund. Problem w tym, że zapewne całkiem spora grupa jego lojalnych odbiorców w to uwierzyła.

Dlaczego? Części osób pewnie nasuwa się chęć uruchomienia liberalnej pogardy, wypominania braków edukacyjnych, niezdolności do logicznego myślenia. Ale przecież nie mówimy tu o fizyce jądrowej, wystarczyło wyjść na zewnątrz, żeby poczuć uderzenie gorąca typowe dla Andaluzji, a nie Mazowsza. Skąd więc tak łatwe wyparcie realnych zmian klimatycznych, dziejących się w naszym sąsiedztwie? Z internetu, i to dosłownie.

Życie przedcyfrowe

Amitav Ghosh, amerykańsko-indyjski pisarz i filozof, w 2016 roku opublikował znakomitą książkę „The Great Derangement”. To w niej można znaleźć odpowiedź na popularność tez Ziemkiewicza i jemu podobnych. Współczesne społeczeństwa, pisał Ghosh, tak bardzo oderwały się od życia naturalnego, przebiegającego w rytmie środowiska i biosfery, że ich życie toczy się w osobnej, niezależnej przestrzeni. Do tego stopnia, że nie wiemy już, jak wyglądało życie przedcyfrowe, zależne od ziemi, rzek i pogody.

W konsekwencji, skoro jesteśmy pozbawieni tej wiedzy, nie mamy pojęcia, co jest naturalne, właściwe, a co stanowi odchylenie od normy. Nie wiemy, jaka powinna być temperatura, bo większość czasu spędzamy w domach i biurach, zawsze w tych samych warunkach. Nie znamy rytmów żniw i owocowania drzew, bo jedzenia mamy zawsze pod dostatkiem. Nie mamy pojęcia, kiedy rzeki powinny wylewać, bo je wszystkie uregulowaliśmy.

Świat naturalny nie ma dla nas żadnego znaczenia. Dlatego bez problemu można nam wmówić, że kiedy za oknem padają rekordowe temperatury, tak naprawdę „wcale nie jest tak gorąco”.

Trzeba jednak zadać pytanie o granice tego znieczulenia. Na poziomie jednostki w sposób oczywisty jest nią śmierć. A na poziomie społeczeństw, państwa, gospodarki, kontynentu? Co musi się stać i jak drastyczne muszą być konsekwencje zmian klimatu, żebyśmy bzdury z internetu zaczynali nazywać bzdurami?