Są osoby z tak dużym kapitałem społecznej sympatii, że nie da się o nich powiedzieć złego słowa. Wszelka krytyka (ich lub ich twórczości) grozi towarzyską śmiercią i linczem w mediach społecznościowych. O nich mówi się dobrze albo nie mówi się wcale. Do takich, jakby powiedzieli Anglicy, „narodowych skarbów” należy na przykład Robert Makłowicz (tak powszechnie lubiany, że nawet w zwaśnionym Krakowie jednoczy ludzi i to on czyta nazwy przystanków komunikacji miejskiej). Albo Tomasz Stawiszyński.

Głos filozoficznego rozsądku

Dyżurny filozof Rzeczpospolitej, uśmiechnięty brodacz, który ciekawie opowiada i o Kancie, i o Kingu, rehabilituje popkulturę, a tym, którzy chcą się dokształcić, w niedzielę przed obiadem serwuje lekko strawną dawkę filozofii. Znawca kryminałów i wielbiciel dobrej kuchni, poważny publicysta i pracowity propagator, bywalec studiów radiowych i klubów komediowych, mąż mądrej i równie znanej żony oraz zdeklarowany psiarz zdecydowanie jest ostatnio na fali. Wznoszącej.

Dużo go w mediach, gdzie występuje jako głos filozoficznego rozsądku. Diagnozuje nasze czasy (fatum, bezradność, spiski, koniec świata) i daje praktyczne rozwiązania (ćwiczenia z dysonansu, reguły na czas chaosu). Często promuje przy okazji swoje liczne publikacje, ale z taką swadą, że trudno mieć mu to za złe. W końcu nawet filozof musi jeść.

Powieść filozoficzna?

A Tomasz Stawiszyński jeść lubi, strawę prostą i „niewyciumkaną”, o czym dowiadujemy się z jego najnowszego wydawnictwa, czyli powieści „Czynnik alchemiczny”. Autor, dotychczas w szufladce non-fiction (choć publikował już wiersze i książki dla dzieci), debiutuje jako powieściopisarz. Czy to debiut udany?

Cóż (patrz akapit pierwszy) – nie będę się może rozpisywać o nieco rozwlekłym stylu, nadmiarze epitetów i wtrętach jakby żywcem zaczerpniętych z podręcznika do filozofii. Nikt, kto choć raz słuchał podcastu „Skądinąd”, nie spodziewa się przecież, że Tomasz Stawiszyński zastosuje brzytwę Ockhama i ograniczy się do jednego słowa tam, gdzie można wstawić dwa („dyskomfort i brak wygody”). Albo podaruje sobie poetyckie opisy („błąkający się po karminowych ustach bezwiedny uśmiech”). Albo użyje prostego wyrazu („szacunek”) tam, gdzie istnieje wyszukany („rewerencja”).

Tej jednak ewidentnie zabrakło redaktorce, która nie ośmieliła się okiełznać logorei autora („W każdym razie, nawet najbogatszy i najpiękniejszy człowiek nieuchronnie, z każdą sekundą, godziną, dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem staje się coraz starszy…”) i inflacji imiesłowów („Podniósłszy wzrok, ale tylko trochę, wciąż więc patrząc jakby nieco z dołu, i uniósłszy doskonale wypielęgnowane brwi, ale tylko trochę, wciąż więc zachowując efekt lekkiej ironii, powiedziała tym swoim, jak się okazało, dźwięcznym, niskim, ale aksamitnym głosem…”). Literacko i redakcyjnie nie jest to arcydzieło, ale – bądźmy szczerzy – kto, oprócz garstki koneserów i paru pedantów zwraca na to uwagę? Rzesze fanów Tomasza Stawiszyńskiego i tak będą zachwycone.

A może książka o podróżach?

Dostaną bowiem ćwiczenie z dysonansu – książka niby o podróżach, ale jakoś mało w niej krajoznawczych konkretów; autobiograficzna, ale enigmatyczne motto ostrzega przed utożsamianiem autora z narratorem („Nie wszystko w tej książce jest dziełem wyobraźni, ale wszystko wydarzyło się naprawdę”); niby powieść, ale właściwie, jak „Świat Zofii” – pretekst do filozoficznych rozważań. Hołd dla Borgesa, Kinga i Durrellów oraz kulinarnych wydawnictw z literackim sznytem. Księgarze mogliby mieć spory problem z wyborem półki, gdyby nie to, że „Czynnik alchemiczny” i tak pewnie będzie leżał na stoliku bestsellerów.

W przeciwieństwie do Tomasza Stawiszyńskiego, który na greckiej wyspie leży dość rzadko. Dużo obserwuje, często przesiaduje w ulubionych restauracjach, szuka ezoterycznych szczelin i zakrzywień czasoprzestrzeni, obserwuje stałych bywalców i rozmawia z lokalnymi Grekami (których, na pohybel słownikowi, nazywa Korfucjanami). Duma nad tym, czemu ta sama ryba w tawernie smakuje lepiej niż w warszawskiej kuchni, jak drobne wywrócenie stolika burzy porządek wszechświata i jakie reguły rządzą parkingowym chaosem.

Slow travel

Książka jest też peanem na cześć tak zwanego slow travel – podróżowania głębokiego, corocznych powrotów w to samo miejsce i powolnego w nie wrastania. Bohaterowie – bo narrator jest zbiorowy, „my”, czyli filozof z małżonką – mają swoje ulubione miejsca, codzienne rytuały, rozbudowane teorie na temat innych spotykanych co roku wczasowiczów. Choć to pewnie nieodpowiednie słowo, bo w tekście wyczuwa się lekką wyższość nad turystami, którzy na Korfu przyjechali „zaliczyć” lokalne atrakcje i, o zgrozo!, stołują się w fast foodach. Tymczasem w Aegli takie pyszne bianco! Nie będę przytaczać opisów tej rybnej potrawy (w książce jest ich więcej niż cudzoziemców na Korfu) ani krytykować autora za elementarny brak empatii (nie pomyślał, że nie wszyscy mają wyrafinowane podniebienie, zasobny portfel czy odwagę wobec ości?). Boję się fanowskiego linczu. Poza tym książkę, wbrew temu, co mogą sugerować powyższe złośliwostki, uważam za wartościową.

„Czynnik alchemiczny” jest smacznym kąskiem nie tylko dla fanów Tomasza Stawiszyńskiego, lecz także dla tych, którzy czują przymus poznawania coraz to nowych krain. Filozof pokazuje, że owszem, można przemierzać świat wzdłuż i wszerz, ale da się też podróżować w głąb znanych już miejsc, gdzie kryją się duchy, alchemia i genius loci. Że zamiast zwiedzać i zaliczać, można, jak radził Joseph Roth, usiąść i kontemplować: „Kto siedzi na jednym miejscu, dużo widzi. A ktoś, kto jest wciąż w drodze – co taki mógł zobaczyć?” [1].

Czy książkę Tomasza Stawiszyńskiego czyta się przyjemnie? Czy skłania do przemyśleń? Czy zostaje z człowiekiem na dłużej? Trzy razy tak. Czy literacko zachwyca? Mnie raczej nie, ale miłujących filozofa fanów pewnie tak. W końcu, jak stwierdził Jerzy Pilch (o Wisławie Szymborskiej hołubiącej teksty Kornela Filipowicza), miłość do autora przesłania obiektywną prawdę literacką. Ja zamiast kontynuacji „Czynnika alchemicznego” miałabym jednak ochotę przeczytać o Korfu oczami małżonki. Narrator zbiorowy zawsze trąci mi zgniłym kompromisem. I uwiądem dysonansu.

Przypis: 

[1] Joseph Roth, „Proza podróżna”, tłum. M. Łukasiewicz, wyd. Austeria 2018, s. 178.

Książka:

Tomasz Stawiszyński „Czynnik alchemiczny”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2026.