Większość społeczeństwa zapewne zgodziłaby się, że artyści i artystki powinni mieć dostęp do ochrony zdrowia, urlopu macierzyńskiego czy emerytur. A jednak propozycja rozwiązania tej kwestii wywołała falę krytyki i polityczną burzę. Dlaczego rozwiązanie problemu niewielkiej grupy stało się jednym z głośniejszych sporów publicznych ostatnich miesięcy? Zapraszam do krótkiego przewodnika – poznamy trzy proste, fundamentalne zasady skutecznej komunikacji.
Po pierwsze, licz – i zastanów się, czy warto wkurzyć miliony, by rozwiązać problem tysięcy
Do rozwiązania problemu bardzo niewielkiej grupy ludzi (według szacunków Ministerstwa Kultury to 21 tysięcy osób) wybrano rozwiązanie takie, które zdenerwowało ogromną, prawdopodobnie wielomilionową grupę osób z bardzo różnych środowisk zawodowych. I można się było spodziewać, że tak będzie. Dlaczego?
Po pierwsze, żyjemy w kraju, w którym około 2,6–2,8 miliona osób prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą (JDG). Jeszcze więcej ma takie doświadczenie za sobą. To ludzie z różnych branż – także artyści i artystki – którzy sami odpowiadają za swoje podatki oraz składki zdrowotne i emerytalne. Jedni wybierają JDG dlatego, że im się to opłaca (branża IT), inni dlatego, że muszą (jak część prawników), a jeszcze innych wypycha na JDG patologicznie zorganizowany rynek pracy (jak wielu dostawców, kierowców, a także pracowników mediów i marketingu). Ale poza nimi są też ludzie, którzy – dokładnie tak jak artyści i artystki – żyją z nieregularnych dochodów. Fotograf ślubny zarabia głównie wiosną i latem. Specjalista mierzący poziom hałasu w przestrzeni publicznej ma niewiele zleceń w listopadzie czy lutym. Edukatorzy, korepetytorzy i szkoleniowcy „klepią biedę” w wakacje, by odrobić straty od września.
Wszystkich łączy jedno: składkę zdrowotną i ZUS muszą opłacić niezależnie od tego, czy w danym miesiącu zarobili zero, tysiąc czy dziesięć tysięcy złotych. Muszą więc tak zarządzać budżetem, by starczyło na składki także wtedy, gdy nie mają żadnych przychodów. Albo gdy powinni byli je mieć, ale ich nie dostali, bo usługa została wykonana, faktura wystawiona, a kontrahent nie zapłacił.
Czy się stoi, czy się leży, składka ZUS-owi się należy. Dlatego ponad 2,5 miliona osób prowadzących JDG zadaje sobie dziś proste pytanie: dlaczego ja muszę sam płacić pełne składki, a ktoś inny w bardzo podobnej sytuacji już nie?
Dlaczego właśnie artyści?
Przedsiębiorcy, grupa ponad stukrotnie liczniejsza (!) od tej, dla której zaprojektowano to rozwiązanie, nie są jedynymi, których oburzenie można było przewidzieć. Denerwują się także osoby pracujące na etatach albo umowach zlecenie i zarabiające mniej niż artyści, którzy mają zostać objęci wsparciem.
Z rozwiązań przewidzianych w ustawie mogą skorzystać osoby wykonujące zawód artysty, których dochód w poprzednim roku nie przekroczył 125 procent minimalnego wynagrodzenia brutto. Przy obecnej płacy minimalnej oznacza to około 6000 złotych brutto miesięcznie. Tymczasem ponad 30 procent Polek i Polaków otrzymuje wynagrodzenie nieprzekraczające tej kwoty.
Próg dochodowy uprawniający artystów do dopłat jest też wyższy niż zarobki co najmniej połowy pracowników w branżach takich jak: sektor zakwaterowania (mediana wynagrodzeń 5767,66 złotych brutto miesięcznie), gastronomia (4666 złotych), budownictwo (5100 złotych), handel i naprawa pojazdów samochodowych (6000 złotych), utrzymanie porządku i zagospodarowanie zieleni (4666 złotych), naprawa konserwacji komputerów oraz artykułów użytku osobistego i domowego (5831,36 złotych). Podobnie wygląda sytuacja w sektorze oświaty. Mediana wynagrodzeń nauczyciela początkującego wynosi 5308 złotych, a nauczyciela mianowanego 5469 złotych.
Połowa pracowników w każdej z wymienionych branż i ponad 30 procent pracowników w ogóle, zarabia mniej niż próg wsparcia dla artystów.
Mamy zatem kolejną ogromną grupę, która zastanawia się, dlaczego państwo zdecydowało się dopłacać do składek osobom, których dochody często przewyższają ich własne. I właśnie dlatego po ogłoszeniu tego projektu w internecie i w mediach rozpętało się piekło.
Można dyskutować, czy pomimo tych okoliczności dopłaty są słuszne. To jednak nie jest tekst o tym, czy kultura zasługuje na szczególne wsparcie (choć wiele z argumentów przedstawianych przez środowiska artystyczne uważam za trafne). Sedno problemu leży gdzie indziej: w rządzie po raz kolejny zawiodło strategiczne myślenie o komunikacji ze społeczeństwem. Bo naprawdę nietrudno przewidzieć, że w kraju, w którym około 4,5 miliona osób zarabia poniżej progu wsparcia dla artystów, taki projekt wywoła niezwykłe silne emocje.
Po drugie, traktuj emocje społeczne jako fakty i bądź na nie przygotowany
Dywagacje o słuszności emocji wywołanych ustawą wydają się równie bezproduktywne jak próba hierarchizowania społecznej przydatności różnych grup zawodowych. Poczucie niesprawiedliwości jest emocją społeczną. Niezależnie od tego, czy uznajemy ją za słuszną, czy nie. All emotions are valid – mówi popularny slogan.
W praktyce dbania o zdrowie psychiczne od dawna przyjęte jest, że pracuje się z takimi emocjami, jakie się pojawiają, zamiast spierać się o to, czy i które powinny się pojawiać. W polityce i komunikacji społecznej powinno się przyjąć podobne podejście wobec emocji zbiorowych. Tym bardziej, że raz uruchomiona emocja społeczna ma większą skłonność do narastania niż wygaszenia. Sprzyja temu nie tylko jej grupowy charakter, ale też clickbaitowe mechanizmy większości mediów.
W ostatnich latach wielokrotnie obserwowaliśmy, jak szybko indywidualne poczucie niesprawiedliwości może przekształcić się w zbiorowe poczucie krzywdy. A następnie stać się czymś, co funkcjonuje już niezależnie od jednostek, realnie wpływając na społeczne nastroje.
Taka emocja staje się faktem społecznym i właśnie tak powinna być postrzegana przez polityków na wszystkich etapach tworzenia prawa. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce?
Alternatywne ścieżki
Załóżmy, że zgadzamy się co do diagnozy i celu: trzeba zapewnić artystom zabezpieczenie socjalne. Ale do tak postawionego celu można dojść różnymi drogami. Każda miałaby różne skutki – zarówno dla budżetu państwa, jak i dla kondycji emocjonalnej społeczeństwa.
Można było na przykład zacząć od intensywnych kontroli Państwowej Inspekcji Pracy – przede wszystkim w publicznych i samorządowych instytucjach kultury — i sprawdzić, ile osób faktycznie pozostanie poza systemami zabezpieczenia społecznego i ochrony zdrowia po unormowaniu sytuacji w tych instytucjach.
Z pewnością pojawią się głosy, że część instytucji musiałaby się wtedy zamknąć albo znacząco ograniczyć działalność. Jeśli teatr dostaje środki na sześć premier rocznie, ale realizuje je w oparciu o „śmieciówki”, to być może po przejściu na oskładkowane umowy będzie mógł ich zrealizować cztery albo pięć. Można wtedy dyskutować o zwiększeniu finansowania kultury w ogóle, ale zachowując godne warunki zatrudnienia. Dodatkową korzyścią takiego rozwiązania mogłoby być coś jeszcze: być może część społeczeństwa przestałaby traktować PIP jako instytucję „z kartonu” i zaczęłaby realnie korzystać z możliwości zgłaszania do niej naruszeń na tle pracy.
To z pewnością rozwiązanie nieidealne i niewyczerpujące tematu, ale nawet jeśli po analizie wszystkich opcji uznano, że ostatecznie przyjęte rozwiązanie jest najlepsze pod względem wykonalności i kosztów, wciąż pozostaje drugi, równie ważny aspekt: komunikacja.
Po trzecie, najważniejsze – nie oddawaj komunikacji walkowerem
Jeszcze zanim do świadomości opinii publicznej zaczął się przedzierać fakt, że w ustawie istnieje limit dochodowy, wykluczający Marylę Rodowicz z systemu wsparcia, narracja o wspieraniu bogaczy już zdążyła się utrwalić.
Prawie w ogóle nie przebiła się informacja, że koszt projektowanego rozwiązania nie spada wyłącznie na innych pracujących. Ma on zostać częściowo pokryty z dodatkowych wpływów z opłaty reprograficznej, pobieranej od większej liczby (niż obecnie) urządzeń służących do kopiowania i odtwarzania muzyki, filmów, obrazów i tekstów. A o tym, że wsparcie ma dotyczyć zaledwie 21 tysięcy osób, społeczeństwo dowiedziało się nie z materiałów rządowych, a z późniejszych szacunków organizacji zrzeszających artystów. Pierwsza infografika porządkująca te informacje pojawiła się na profilu Ministerstwa Kultury dopiero 13 czerwca.
Przypomnijmy – rząd przyjął projekt 26 maja, a już kolejnego dnia wybuchła pierwsza fala krytyki, między innymi po komentarzach Sławomira Mentzena. Emocją przeważającą wśród 2,5 tysiąca postów i komentarzy w internecie zbadanych przez Instytut Monitorowania Mediów (IMM) była złość. Co istotne, w tej debacie profile koalicji rządzącej odpowiadały za jedynie około 1 procent interakcji. Dominowało natomiast środowisko zgromadzone wokół Kanału Zero oraz Konfederacji. Jak ujął to Tomasz Lubieniecki, kierownik Działu Raportów Medialnych IMM, „Koalicja [Obywatelska] oddała pole narracyjne niemal od pierwszego dnia, a środowiska opozycyjne wypełniły je precyzyjnie dobranymi narzędziami: chwytliwym hashtagiem, twarzą sporu i kontrastem kasjerka kontra artysta”.
Opracowanie strategii komunikacyjnej jest zadaniem elementarnym. Pozwoliłoby to zawczasu zdiagnozować potencjalne punkty zapalne, obalić mity i przygotować narracje, z którymi ludziom łatwo byłoby sympatyzować.
Narracje te mogłyby opierać się na faktach, takich jak to, że ponad połowa artystów nie ma obecnie dostępu do ochrony zdrowia. A także konkretnych postaci, na przykład artystki tworzącej biżuterię w małej miejscowości czy malarza prowadzącego zajęcia dla dzieci i młodzieży w lokalnym domu kultury. Zamiast tego pozwolono drugiej stronie sporu grać postaciami takimi jak Maryla Rodowicz i Jaś Kapela, które dla zwykłego człowieka są całkowicie odklejone od rzeczywistości.
Do tego dochodzi warstwa wykonawcza, czyli przygotowanie materiałów komunikacyjnych: postów, rolek, komunikatów prasowych, zaplanowanych wywiadów i współprac. W praktyce jest to zadanie na poziomie PR-owej piaskownicy. Coś, co dwóch sensownych marketingowców jest w stanie zrealizować w tydzień. Zamiast tego pozostawiono artystów samych sobie, z zadaniem obrony rozwiązania, które było gotowym przepisem na konflikt społeczny.
Brak strategii komunikacyjnej to kliki dla opozycji i realne ryzyko dla państwa
Spór o ustawę o zabezpieczeniu socjalnym artystów to przykład absolutnego fiaska komunikacyjnego rządu. Niestety, nie pierwszego. Podobnie wygląda zarządzanie narracjami wokół obecności Ukraińców i Ukrainek w Polsce. To kolejny obszar całkowicie oddany opozycji, co w tym wypadku prowadzi do niebezpiecznej radykalizacji.
Rząd odpowiada na te zjawiska wyłącznie reakcyjnie, mimo że miał możliwość przygotowania się na wszelkie scenariusze. Dysponował bowiem niezliczonymi przykładami innych państw, w których po pewnym czasie od przyjęcia dużej grupy uchodźców czy migrantów w społeczeństwie narastała niechęć wobec tej grupy.
To prawdopodobnie nie ostatnie fiasko, szczególnie jeśli rząd nie zacznie traktować emocji jako faktów społecznych i nie zainwestuje w lepszą komunikację. Komunikację proaktywną, a nie reaktywną, odpowiadającą na realne nastroje społeczne zawczasu, zamiast próbować je moralizować czy wręcz cenzurować po fakcie.
Praca polityków i zaplecza koalicji rządzącej nie może polegać wyłącznie na projektowaniu rozwiązań legislacyjnych. Równie istotne jest umiejętne przewidywanie i zarządzanie emocjami społecznymi w kontekście projektowanych zmian.
I nie chodzi tu o manipulację społeczeństwem. Wręcz przeciwnie — społeczeństwo należy chronić przed manipulacją, po którą bez wahania sięgają przeciwnicy. W przypadku składek dla artystów na uproszczonych, emocjonalnych narracjach o „artystach-nierobach” kapitał polityczny budowali między innymi Sławomir Mentzen i Kanał Zero (ci ostatni, dopuszczając głos odrębny w postaci tekstu Jakuba Żulczyka).
Ta konkretna komunikacyjna katastrofa najprawdopodobniej skończy się internetowymi awanturami, wzajemnymi oskarżeniami i dalszym wzrostem poparcia dla Konfederacji. Nie wszystkie tematy dają jednak taki margines bezpieczeństwa.
Regularne oddawanie pola tym, którzy budują polityczny kapitał na manipulacjach, resentymentach i strachu – także w debacie o uchodźcach i migrantach z Ukrainy – może mieć konsekwencje wykraczające daleko poza media społecznościowe.
W artystów nikt raczej nie będzie rzucał kamieniami. Kolejne akty przemocy wobec Ukraińców i Ukrainek pokazują, że w ich wypadku takiego scenariusza nie można wykluczyć.