Lars Saabye Christensen, fot. Lina Hindrum

„Beatlesi” to już klasyczna powieść, którą pokochał cały świat. Ten tytuł, który ukazał się pierwszy raz w 1984 roku, był przełomem w literackiej karierze Larsa Saabye Christensena i zapewnił mu międzynarodowy sukces. Nowe wydanie książki ukazało się niedawno nakładem wydawnictwa Marginesy w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej. Książkę czytają kolejne pokolenia, które wciąż odnajdują w powieści własne historie i emocje. O tym, dlaczego tak jest, rozmawiam z autorem Larsem Saabye Christensenem.

Sylwia Góra: Napisał pan powieści, w których Norwedzy chętnie się przeglądają, ale chcą również, by inni, poza Norwegią, właśnie tak ich widzieli. To chyba nie jest częste połączenie. Pisarze są zwykle kochani albo nienawidzeni, bo pokazują społeczeństwa albo dokładnie tak, jak te o sobie myślą, albo wręcz przeciwnie.

Lars Saabye Christensen: Myślę, że w Norwegii jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia o sobie złych rzeczy. Zwykle z odrobiną humoru, ale często jesteśmy bardzo samokrytyczni i uważam, że to dobra rzecz. Choć może to już historia, bo z każdą kolejną dekadą jesteśmy coraz bardziej zadufani. Mamy za dużo pieniędzy – staliśmy się więc bogaci, ale i leniwi.

Uważam jednak, że jest to bardzo oczywista tradycja dla norweskich artystów czy pisarzy, by być krytycznym i samokrytycznym. Chcemy przyglądać się raczej ciemnej niż jasnej stronie społeczeństwa.

Z pana powieści, które mamy przetłumaczone na język polski, wynika, że historię Norwegii XX wieku wyznaczają dwa wielkie wydarzenia – pierwsze z nich to oczywiście druga wojna światowa, a drugie to odkrycie olbrzymich złóż ropy na Morzu Północnym w latach siedemdziesiątych XX wieku, co sprawiło, że Norwegia stała się bardzo szybko jednym z najbogatszych krajów świata. Mnóstwo osób wzdycha właśnie nie do amerykańskiego, a skandynawskiego raju. Jak widzi pan ten czas dzisiaj? Co zostało z tego snu o potędze?

Urodziłem się w 1953 roku i dorastałem w okresie powojennym, a Norwegia była wtedy dość biedna – nie była nowoczesna, brakowało wielu towarów w sklepach i tak dalej. Dojrzewałem wraz z modernizacją Norwegii, a ona, w pewnym sensie, osiągnęła szczyt wraz z ropą naftową na Morzu Północnym i pieniędzmi płynącymi nie do ludzi, ale do państwa, a następnie ponownie rozdzielanymi do ludzi.

To jednak oznaczało również, że utraciliśmy niektóre stare wartości: ciężką pracę, dyscyplinę. Ponieważ znaleźliśmy ropę, staliśmy się trochę leniwi. Nie mieliśmy żadnych innych myśli niż ropa. I to jest dzisiejszy problem, ponieważ epoka ropy naftowej nie potrwa wiecznie i nikt nie myśli, co będzie później. Staliśmy się zbyt zależni od tego ciemnego złota leżącego na dnie morza.

W swoich powieściach opisuje pan ludzi, którzy nie pasują do reszty, mają w sobie jakąś inność, którą można byłoby łatwo nazwać defektem, ale to staje się często ich siłą. Czasem jest to dziwne imię, innym razem wzrost lub osoby pozbawione jakichś części ciała. Czy to apoteoza „dziwności”, która pozwala nam czuć się wyjątkowymi? Bo w końcu wszyscy chcemy się jakoś odróżniać. 

Tak, wszyscy chcą się wyróżniać, ale z drugiej strony – wszyscy chcą być częścią czegoś. To rodzaj paradoksu, dwa różne uczucia idące w dwóch różnych kierunkach. Ja próbuję pisać o uczuciu, z którym dorastałem, będąc na zewnątrz, ale patrząc od środka.

Kiedy dorastałem, inspirowała mnie muzyka Jima Morrisona – te wszystkie piosenki o byciu obcym, o uczuciu dziwności. To jest oczywiście plagiat z francuskiej filozofii, ale mimo to, Morrison stworzył z tego wspaniałe utwory. W poezji norweskiej też masz uczucie dziwności, bycia na zewnątrz, bycia obcym w dziwnym miejscu. Jest w tym coś egzystencjalnego. Sam staram się to ukazać w moich powieściach. I wszystkie moje postaci chcą być częścią czegoś większego niż one same, chcą grać w zespole, ale przez większość czasu stoją na uboczu, patrząc na życie – to bardzo norweska cecha.

Chcemy wierzyć, że możemy żyć obok wielkiej historii, ale w „Beatlesach” widzimy, że chłopcy dorastają, a rewolucja seksualna, ruch hippisowski, wojna w Wietnamie, fascynacja ideologią komunistyczną mają realny wpływ na ich życie.

Tak, to historia o czterech chłopakach dorastających w Oslo w latach sześćdziesiątych XX wieku, słuchających piosenek Beatlesów. I to jest historia o nich, o Oslo, o ulicy, na której sam dorastałem. Ale oczywiście, są oni także pod wpływem tego wielkiego świata wokół nich. 

Mimo to najważniejszy wpływ ma na nich ostatecznie muzyka Beatlesów. Ta powieść to pewnego rodzaju długogrająca płyta. Jedna strona jest bardzo jasna i optymistyczna, a jeśli przełożysz ją na drugą stronę, jest dość ciemna i czujesz jakiś rodzaj samotności.

To także powieść o chłopięcej oraz męskiej przyjaźni i mimo że pisał ją pan w ubiegłym wieku, to mam poczucie, że takich opowieści wciąż brakuje. Tak trudno jest o męską przyjaźń czy tak trudno ją opowiedzieć w literaturze? 

Kiedy pisałem tę książkę, byłem dość młody. Zacząłem, gdy miałem 25 lat i pisałem przez pięć, sześć lat. Jednak odkryłem, że najważniejsze było dla mnie nie tylko pisanie o radości z muzyki Beatlesów, lecz także o przyjaźni i bliskich relacjach – emocjonalnych relacjach między chłopcami i o tym, jak ważne są one w życiu każdego z nich. Jest to zatem także powieść o koleżeństwie, przyjaźni, lojalności oraz męskich uczuciach.

Minęło ponad pół wieku, odkąd pisałem „Beatlesów” – ja się zmieniłem, świat się zmienił. Jednak myślę, że jest w tym coś, co się nie zmienia – i jest to istotność posiadania przyjaciół. Wydaje mi się, że w naszym życiu wszelkiego rodzaju przyjaźnie to tak naprawdę absolutna konieczność, że takie relacje wpływają na całe nasze życie. 

The Beatles to chyba jeden z pierwszych zespołów, który pokazuje siłę globalizacji, ale także kult celebrytów, który będzie się tylko nasilał. Czy to pragnienie życia innym życiem niż mamy, bardziej ekscytującym? A może zawsze potrzebujemy czegoś niemożliwego, żeby o tym marzyć? I wcale nie musimy tego osiągać. Wystarczy samo marzenie.

Tak, to jest marzenie. To nie to samo, co nadzieja, ale marzenie i nadzieja są ze sobą połączone. Myślę, że to część kolektywnego marzenia o zostaniu sławnym. 

Jednak po pewnym czasie ci czterej faceci znają prawdę: że nigdy nie będą sławni jak Beatlesi. Nigdy nie zagrają na wielkich scenach koncertowych. Mimo to nadal mają marzenie. Dla mnie było naprawdę ważne, aby pisać o radości, energii i inspiracji, która pochodziła wówczas z muzyki rockowej i popowej. Ta powieść była dla mnie okazją, aby świętować radość z muzyki, zwłaszcza muzyki Beatlesów.

Nie tylko w Polsce, bo również w Norwegii, w 2024 roku wznowiono pana powieść „Beatlesi”, dostał pan jedną z najważniejszych norweskich nagród i oddał rękopis tej książki do Biblioteki Narodowej. Ta powieść przeżywa swoje drugie życie i zdobywa zupełnie innych, nowych czytelników. To wcale nie jest częste na dzisiejszym rynku wydawniczym.

Tak, zgadzam się. To bardzo dobre doświadczenie. Powieść żyje własnym życiem od momentu jej powstania, ale nagle znów stała się bardziej widoczna. I to jest bardzo dobre doświadczenie dla pisarza. Kiedy ją pisałem, byłem bardzo młody i nie zastanawiałem się, co się z nią stanie. Byłem po prostu szczęśliwy, że ją skończyłem i że została opublikowana. A potem książka zaczęła własną podróż. Jestem zachwycony, że mogę wziąć udział w tej podróży.

A może zdarza się panu otrzymywać wiadomości od młodych chłopaków, którzy piszą: „to moja historia, uwielbiam Beatlesów, to opowieść o mnie i mojej młodości”?

Rzeczywiście, to się zdarza i jest bardzo miłe, ale też trochę zaskakujące, ponieważ piszę o okresie sprzed ponad pół wieku. Jednocześnie mówi nam to coś ważnego: że jest coś, co nie zmienia się tak bardzo z pokolenia na pokolenie. To próba wyzwolenia się, próba bycia sobą, słuchanie muzyki, eksperymentowanie z używkami, zakochiwanie się – wszystkie te rzeczy, które każdy robi w taki czy inny sposób. Niekoniecznie narkotyki, ale wszystkie inne dobre rzeczy. Społeczeństwo się zmieniło, muzyka się zmieniła, świat się zmienił, ale natura ludzka nie zmieniła się aż tak bardzo.

Przy okazji wznowienia „Beatlesów” warto wspomnieć, że jest już także pana nowa powieść, której nie mamy jeszcze przetłumaczonej na język polski, ale która dotyczy bardzo współczesnej politycznej i społecznej rzeczywistości, czyli wzrostu populizmu i autorytaryzmu na świecie.

Tak, martwi mnie to, co dzieje się na świecie. Nie jestem pisarzem politycznym w ścisłym tego słowa znaczeniu. Politykę pozostawiam politykom. Piszę o jednostkach, ale te jednostki żyją w świecie i, oczywiście, są pod wpływem tego, co dzieje się wokół nich. Myślę, że żyjemy teraz w mrocznych czasach.

Jako nastolatek czułem się wyobcowany. Teraz mam 72 lata i znowu czuję się obcy w tym technologicznym i politycznym krajobrazie, w którym żyjemy. Stoję z boku i naprawdę tego nie rozumiem. Poprzez literaturę staram się jednak zrozumieć, co dzieje się z ludźmi. Zrozumieć jednostki, samotność, marzenia, tęsknoty, te wszystkie rzeczy, które spotykają ludzi.

Ale, jak mówiłem, nie jestem pisarzem politycznym, ani człowiekiem, który może wszystko rozwiązać. Po prostu obserwuję i staram się pisać o tym, co widzę.

Gdy w 1984 roku wydał pan powieść „Beatlesi”, został pan jednomyślnie okrzyknięty wielkim kronikarzem norweskiego społeczeństwa, skrzyżowaniem Ibsena z Hamsunem. Spory ciężar dla pisarza.

To nieco śmieszne rzeczy, które wówczas mówili krytycy, jak myślę, z braku innych słów. Oczywiście jestem wielkim admiratorem zarówno Hamsuna, jak i Ibsena, a każdy norweski pisarz jest przez nich w pewien sposób ukształtowany – czy tego chce, czy nie.

Te nazwiska są częścią języka pamięci. Jednak staram się pisać po swojemu. Jednocześnie, w norweskiej tradycji bardzo lubimy długie opowieści. Lubimy sagi. I myślę, że piszę w tej epickiej tradycji, norweskiej tradycji, która jest też tradycją w wielu innych krajach. Ale my, Norwedzy, jednak wywodzimy się z sag.

Ma pan na swoim koncie wiele książek: od wielkich powieści, przez książki dla dzieci, na poezji kończąc. Czy jest taka książka, którą zawsze chciał pan napisać, ale wciąż się nie udało?

Oczywiście! I myślę, że wszyscy pisarze mają powieść, wiersz lub cokolwiek innego, co chcieliby napisać, ale nie mogą tego dokończyć. Dlatego ja ciągle piszę nową książkę. Próbuję cały czas i w mojej głowie jest powieść idealna. Mam nawet już tytuł, ale go nie ujawniam. Do niej zmierzam. Jednak nie sądzę, żebym kiedykolwiek ją napisał. 

Książka:

Lars Saabye Christensen, „Beatlesi”, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Marginesy, Warszawa 2026.