Od początku tego roku szkolnego przedszkolne i szkolne stołówki oraz sklepiki zostały zreformowane. Ma być mniej cukru, mniej mięsa, więcej warzyw. Zamiast produktów odzwierzęcych raz w tygodniu posiłki z roślinami strączkowymi, czyli ciecierzycą czy soczewicą.
Oczywiście pojawiły się wątpliwości. To nie pierwszy raz, kiedy w szkołach ma być zdrowsze jedzenie i ostatnio też były wątpliwości. W 2015 roku ówczesny minister zdrowia wprowadził nowe przepisy, które znacząco miały obniżyć zawartość cukru i soli w jedzeniu dostępnym w szkołach. Ze sklepików wycofano chipsy, drożdżówki czy słodkie napoje. W stołówkach również ograniczono sól i cukier.
Było to 11 lat temu, w czasach, kiedy nie były tak popularne zdrowe i niskokaloryczne diety pudełkowe. Czyli – w czasach, kiedy Polacy mniej niż teraz przejmowali się zdrowym jedzeniem. Protesty były burzliwe. Właściciele szkolnych sklepików snuli ponure wizje bankructwa, bo czym tu handlować, skoro nie wolno batonikami. Rodzice też protestowali, bo bali się, że dzieci nie będą chciały jeść nieposolonego kotleta bez smaku.
W 2016 roku przepisy złagodzono, do sklepików wróciły drożdżówki, podwyższono nieco dozwolone normy cukru i soli. Teraz znowu je obniżono i wprowadzono więcej warzyw.
Gdzie jest zdrowy rozsądek?
Teraz część rodziców obawia się, że ich dzieci nie będą jadły kotlecików z ciecierzycy, że surówkę będą wyrzucać do kosza i w efekcie będą chodzić głodne. Tego samego obawiają się ci, którzy organizują stołówki. Niektórzy dyrektorzy szkół planują wręcz zakup dodatkowych koszy na śmieci – na obiady, które wyrzucą dzieci.
Ich obawy są uzasadnione. Dzieci rzeczywiście często nie lubią zdrowego jedzenia, wolą fast food. A już danie z soczewicy, to mało które dziecko zje. To prawda, ale czy to oznacza, że mamy dawać im na śniadanie pseudoczekoladowe kulki, na obiad tłuste hamburgery, a na kolację chipsy? Byłyby zachwycone, jedzenie znikałoby w oka mgnieniu, ale czy to ma być kryterium, którym się kierujemy?
Próby zdrowego odżywiania dzieci to często orka na ugorze. Nawet, jeśli w domu gotuje się zdrowo, dużo warzyw, mało mięsa (albo wcale), dzieci nie chcą tak jeść. Są, oczywiście sposoby na to, żeby jadły warzywa – można robić z nimi makarony, które dzieci lubią. Albo udawać, że roślinne dania są mięsne. Na przykład soczewica może udawać mięso w czymś, co smakuje jak spaghetti bolognese. Do tego potrzeba jednak rodziców, którzy mają wyobraźnię, czas i chęci, albo jakieś wzorce.
Wolność w domku. A w szkole?
Większość rodziców je i lubi mięso – sami z niechęcią oglądaliby talerz, na którym leży dal z soczewicy. Wielu z nich nie jada warzyw i w domu bywają one raczej jako niewielki dodatek do obiadu, niż jego podstawa, albo i tego nie ma. Duże kotlety w panierce czy mięso z grilla są często w kulturze domowej traktowane jako atrakcja. Surówka na szkolnej stołówce dzieciom z takich domów wydaje się więc tym bardziej niejadalna.
W stołówce spotykają się rodzice o różnych preferencjach, ich dzieci oraz ich oczekiwania wobec szkoły. Część dorosłych chce, żeby było jak w domu, przy czym w domu bywa przecież różnie – w ramach słodkich przekąsek mogą być owoce albo żelki. Część chce, żeby stołówka załatwiła to, czego oni w domu nie mogą przeforsować – na przykład nauczyła jeść brukselkę. A same dzieci chcą przeważnie makaron z serem albo i bez niczego.
Każdy z tych podmiotów ma prawo do swojej wolności – albo wychowania dzieci według własnych zasad albo jedzenia tego, co się lubi. Co jednak zrobić, kiedy te prawa się wykluczają? No bo skoro dziecko rodzica walczącego o warzywa w diecie dostaje codziennie kotleta albo makaron na słodko, to rodzicielskie prawo do wychowania na własnych zasadach staje się na czas pobytu w szkole fikcją. Z kolei rodzic, który jest przekonany, że najlepszy na obiad będzie właśnie kotlet, bo jest treściwy i dziecko go zje też zderza się z ograniczeniem swojej wolności rodzicielskiej w dniach bez mięsa – a tych ma być większość.
I tak w szkole jest ze wszystkim. Szkoła z natury ogranicza część indywidualnych wyborów, bo funkcjonuje według wspólnych zasad. Na jej przykładzie można uczyć dzieci zasad życia w demokratycznym społeczeństwie, w którym trzeba dostosować się do woli większości na przykład w kwestii wyboru prezydenta. To jednak działa prawidłowo wtedy, kiedy jednocześnie szanowane są prawa mniejszości. A z tym jest problem.
Obowiązek uwzględnienia w ofercie diet specjalnych, na przykład wegetariańskich czy bezglutenowych, jest przykładem poszanowania praw mniejszości. A dni bezmięsne? Wtedy elektorat schabowego musi pogodzić się z tym, że przez jeden dzień szkolny jadłospis nie będzie odpowiadał jego preferencjom. Tak wygląda funkcjonowanie każdej wspólnej instytucji – nie da się ułożyć zasad, które zadowolą wszystkich. Pytanie brzmi więc nie o to, czy każdemu będzie smakować, ale czy szkoła powinna kształtować nawyki żywieniowe uczniów. Nawet jeśli część posiłków trafi do kosza.
WOS na stołówce
Wszelkim zmianom w edukacji i funkcjonowaniu szkół towarzyszą silne emocje. Przeprowadzenie reformy nigdy nie jest łatwe, a szczególnie wtedy, gdy dotyczy cudzych dzieci. Dlatego tyle sprzeciwu wywołały zarówno zmiany dotyczące prac domowych, jak i edukacji zdrowotnej. Obie jednak weszły w życie. Od tego roku edukacja zdrowotna jest przedmiotem obowiązkowym, a prace domowe nadal można zadawać, ale nie wolno wymagać ich odrabiania ani ich oceniać. Jeszcze rok temu, gdy edukacja zdrowotna miała być przedmiotem nieobowiązkowym, nawet prezydent Karol Nawrocki publicznie deklarował wypisanie z niej swojego dziecka. Dziś przedmiot stał się jednym z wielu elementów szkolnej rzeczywistości, a emocje wokół niego wyraźnie osłabły.
Co to oznacza dla strączków w stołówkach? Być może część porcji trafi do kosza. Być może niektórzy rodzice, obawiając się, że dzieci będą chodziły głodne, dorzucą im do śniadaniówki croissanta z dyskontu. Tak było już z wieloma szkolnymi zmianami – najpierw budziły sprzeciw, później stawały się codziennością. Jeśli kucharz dobrze przygotuje bolognese z soczewicy zamiast mięsa, część dzieci nawet nie uzna go za karę. Zmiana nie powiedzie się od razu, ale nie powiedzie się na pewno, jeśli nie da się jej szansy. Tego również warto uczyć dzieci. Być może łatwiej zrozumieją to przy szkolnym obiedzie niż na lekcji WOS.