Są koncerty, które zaczynają się wraz z pierwszym taktem, i są takie, które zaczynają się znacznie wcześniej. Opowieść o ostatnim wydarzeniu w Filharmonii Narodowej należy zacząć od 1989 roku. Był to osobliwy moment w historii Europy, wciąż przegrodzonej żelazną kurtyną. We wrześniu rosyjski Kwartet Smyczkowy Konserwatorium Leningradzkiego koncertuje w USA. Połowa kwartetu występuje o azyl: pierwszy skrzypek Jurij Aleksow oraz wiolonczelista Michaił Istomin, który swojej ucieczki nie planował. Opowiadał, że to była spontaniczna decyzja. Istomin od 1992 roku gra w Pittsburskiej Orkiestrze. Tymczasem w październiku 1989 roku Pittsburgh Symphony Orchestra (PSO) odbywała z Lorinem Maazelem tournée po Starym Kontynencie. Najpierw Leningrad, później Moskwa, gdzie Maazel dowiedział się, że przegrał z Claudiem Abbado konkurs na dyrektora Filharmoników Berlińskich.
Po koncertach w ZSRR muzycy przylecieli do Warszawy. Od razu po przylocie mieli zagrać pierwszy koncert, ale… biurokracja sprawiła, że nie przyleciały na czas instrumenty. Koncert jednak nie został odwołany. Trudno wymyślić lepszy obraz końca pewnej epoki: mur berliński runie dopiero za kilka tygodni, a do Warszawy przyjeżdża amerykańska orkiestra, choć jej instrumenty gdzieś utknęły pomiędzy światami. Zgromadzona w nadkomplecie publiczność czeka godzinami, aż w końcu rozbrzmiewa Mahlerowska „muzyka nocy” – wędrówki, zagubienia.
Koncerty z 1989 roku w sposób szczególny zapisały się w pamięci warszawskiej publiczności. Zwłaszcza że Pittsburgh Symphony nie przyleciała wtedy do Polski wyłącznie z muzyką. Wiozła także pomoc dla polskich muzyków: partytury, struny do skrzypiec, stroiki do obojów i inne materiały, których w schyłkowym PRL brakowało.

zdjęcia z koncertów © Wojciech Grzędziński
Kto mógł wówczas przypuszczać, że PSO ponownie zagra w Warszawie w 2026, po prawie czterdziestu latach.
Wielki powrót Anne Martindale Williams
Pierwszej wizyty Pittsburgh Symphony w Warszawie z 1964 roku zdaje się już nikt nie pamiętać. Ale między tymi z 1989 i 2026 roku istnieje przynajmniej jeszcze jedno, zupełnie niezwykłe połączenie –
Anne Martindale Williams, wiolonczelistka Pittsburgh Symphony, która była w orkiestrze już podczas tournée w 1989 roku, znalazła się w jej składzie także i teraz.
Co więcej, po obecnej europejskiej podróży kończy swoją karierę w zespole. Do PSO dołączyła równo pięćdziesiąt lat temu jako młoda absolwentka Curtis Institute of Music w Filadelfii. Szybko jednak, bo w 1979 roku, zajęła pozycję koncertmistrza wiolonczel.
Trudno dzisiaj o muzyka orkiestrowego tej klasy co Williams. Wystarczy posłuchać nie tylko amerykańskich, ale i coraz większej liczby europejskich orkiestr, w których sekcje wiolonczel grają z tak szalonym vibrato, że ma się wrażenie epidemii choroby Parkinsona. Williams na coś takiego nie pozwala.
Nie pozwala na takie brewerie także koncertmistrz orkiestry David McCarroll. Cóż… wystarczy dodać, że za każdym razem solo skrzypiec brzmiało „stylowo”. Zaznaczam, że słowo to powinno być zakazane w tekstach o muzyce i że z pełną świadomością używam go po raz pierwszy.
Orkiestra XXL
Uwertura koncertowa Szymanowskiego, „Rapsodia na temat Paganiniego” Rachmaninowa i IX Symfonia Dvořáka. Manfred Honeck prowadzi orkiestrę, z którą pracuje już blisko dwie dekady. Długość współpracy jest słyszalna od pierwszych taktów. Nie ma potrzeby pokazywania wszystkiego. Kilka gestów, czasem ledwie zaznaczonych, wystarcza, ponieważ orkiestra wie, czego chce jej dyrygent. Zaś muzycy wiedzą, czego chcą kierownicy ich sekcji, koledzy przy pulpitach… Wszyscy działają jak jeden organizm.
Podczas gdy większość orkiestr bardzo się do siebie upodabnia, brzmienie Pittsburgh Symphony jest czymś, co trudno pomylić.
Równie indywidualne brzmienie spośród amerykańskich orkiestr utrzymują Chicago Symphony i Cleveland Orchestra. Słuchając ich, można odnieść wrażenie, że ktoś nagle podkręcił nasycenie obrazu. Wszystko stało się bardziej soczyste, intensywne, rozciągnięte i dynamiczne. Blacha potrafiła zabrzmieć z niemal fizyczną siłą, a chwilę później miękko i bez najmniejszego zachwiania. Smyczki – gęste, świetliste, doskonale zestrojone.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy głośności.
Tak, amerykańskie orkiestry są głośne; czasem wręcz zabijają dźwiękiem. Ale fortissimo nie musi wcale oznaczać ciężkiego brzmienia.
Podobny efekt dało się słyszeć podczas koncertu Pittsburgh Symphony – było czasem bardzo przytłaczająco, ale nigdy „wrzaskliwie” czy siermiężnie. Amerykańskie orkiestry przyzwyczajone są do grania w znacznie większych salach niż Warszawska Filharmonia i trudno było pozbyć się czasem wrażenia, że Pittsburgh Symphony, a także kilka dni wcześniej Orkiestra z Montrealu, zwyczajnie nie mieszczą się ze swoim dźwiękiem w przyciasnej przestrzeni. Należy mieć nadzieję, że nowa, powstająca na Pradze sala koncertowa Sinfonii Varsovii, będzie bardziej gościnna dla zagranicznych orkiestr.
„Z Nowego Świata”
Wróćmy do Uwertury Szymanowskiego. Honeck znalazł sposób na tę muzykę, która w słabszym wykonaniu potrafi ugrzęznąć we własnej gęstości. Tutaj wszystkie splątane linie pozostały słyszalne, a jednocześnie utwór miał blask i energię. Było tu słychać Richarda Straussa, ale również zmysłowość właściwą Szymanowskiemu.
Jakkolwiek to dość spektakularne wykonanie, zwłaszcza na początek, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jeszcze dwie próby z tym utworem zdecydowanie zadziałałyby na korzyść orkiestry. Bowiem trzeba pamiętać, że partytur Szymanowskiego nigdy się tak po prostu nie bierze i gra. Najczęściej trzeba je poprawić – dosłownie, bo często zawierają błędy. A potem, co ważniejsze, wymyślić im brzmienie – tu odjąć, tu dodać i uformować masę brzmieniową, zwłaszcza w utworze poststraussowskim.

Potem wysłuchaliśmy pianisty Bruce’a Liu. A w zasadzie podziwialiśmy jego sprawność motoryczną w „Rapsodii na temat Paganiniego” Rachmaninowa. Bowiem tu skończyło się na wyścigu technicznym, który Liu wygrał precyzją, choć jednocześnie przegrał brakiem indywidualności.
Bruce Liu ujawnił więcej indywidualności w zagranej na bis „La Campanelli” Liszta. Jakby nagle zmieniła mu się osobowość i z gęsi wyścigowej zmienił się w pianistę. Należy zauważyć, że kilka dni wcześniej inny pianista, Eric Lu pod batutą Rafaela Payare, zaprezentował się jako znacznie większa indywidualność pianistyczna niż Bruce Liu.
Największych przeżyć tego wieczora dostarczyła do znudzenia ograna IX Symfonia Dvořáka – ma się wrażenie, że melomani znają w niej każdy dźwięk. A tymczasem Honeck i Pittsburgh Symphony potrafili wydobyć z niej takie detale, które do tej pory wyłącznie widziałem w nutach, ale nigdy chyba nie słyszałem. A na pewno nie tak wyraziście. To była czysta rozkosz symfoniczna, w której rzeki Monongahela i Allegheny połączyły się i w tajemniczy sposób utworzyły Wełtawę.
Symfonia „Z Nowego Świata” rzeczywiście zabrzmiała jak muzyka z innego świata, nie dlatego, że była egzotyczna, lecz dlatego, że orkiestra pozwoliła usłyszeć ją jakby po raz pierwszy.
Drugi wieczór – PSO na warsztat bierze Brahmsa i Szostakowicza
Drugi wieczór muzyków z Pittsburgha miał diametralnie inny wyraz: Koncert fortepianowy d-moll Brahmsa i V Symfonia d-moll Szostakowicza. Alexandre Kantorow w Brahmsie skupił się na przeżywaniu. A szkoda, bo gdyby skupił się bardziej na fortepianie, to może efekt byłby miejscami lepszy. Niestety, Kantorow ma pewne przypadłości ortopedyczne, które każą mu grać na pedale każde piano i każde legato. A może to nie problemy z nogami, a brak czasu na ćwiczenie – żeby grać piano i legato bez pedałów (czyli bez nieustannego oszukiwania), trzeba niestety ćwiczyć. I granie koncertów tego nie zastąpi. Kantorow zamazywał więc nam uszy pedałami, sugerując barwę i poetykę Brahmsowskiej frazy. Tylko za mało w tym było solidnej pianistyki. Ale pomimo tych przytyków, Kantorow jest pianistą, którego słucha się z jakąś uwagą; mówi on swoim indywidualnym językiem. Co z resztą udowodnił, grając na bis „Liebestod” Wagnera w transkrypcji Liszta.
V Symfonia Szostakowicza powstała po publicznym potępieniu kompozytora przez sowiecką władzę za jego nieprawomyślną operę „Lady Makbet z mceńskiego powiatu”. Dzieło to ściągnęło na kompozytora wielkie niebezpieczeństwo, zwłaszcza w latach 1937–1938, gdy „Archipelag GUŁag”, jak nazwał później sowiecki system Aleksander Sołżenicyn, intensywnie się rozrastał. V Symfonia miała być jakby czymś w rodzaju kompozytorskiej pokuty, przyznaniem Szostakowicza, że krytyka, którą otrzymał, była słuszna. Muzykolodzy spierają się na temat ostatecznej wymowy tego dzieła, bo Szostakowiczowi nie udało się ukryć ironii i sarkazmu. Dziś słuchana w kontekście wojny stymulowanej przez rosyjski imperializm, nie jest już tylko dokumentem historycznym.
Manfred Honeck nie próbuje dopowiadać programu V Symfonii. Pozwala natomiast wybrzmieć jej wieloznaczności. Groza pierwszej części, demoniczność scherza, nienaturalna mechaniczność finału. Szczególnie przejmujące były momenty skrajnego wyciszenia ppp – piano piano pianissimo. Tu Pittsburgh Symphony pokazała, że jej siła nie polega wyłącznie na potędze brzmienia. Z łatwością można było zagrać wszystko jednowymiarowo i głośno, co też mogłoby zrobić duże wrażenie. Tymczasem
Honeck zbudował obraz systemu, który miażdży jednostkę, a potem każe jej uczestniczyć we własnym triumfie. To wywoływało dreszcze.
Surrealizm bisów
Po takim wykonaniu V Symfonii Szostakowicza nawet oklaski mogą wydawać się niestosowne. Więc gdy Honeck zaczął bis, wywołało to we mnie organiczny opór.
Proszę wybaczyć, że w tym tekście ujawniam tyle osobistych odczuć, od czego zwykle stronię, bowiem trudno w ten sposób pisać recenzję. Ale zetknięcie się ze sztuką wykonawczą Honecka i muzyków Pittsburgh Symphony oraz sam kontekst repertuarowy były wyjątkowym, osobistym przeżyciem. Na dodatek rzeczonym bisem okazał się „Poranek” z „Peer Gynta” Griega. Po pierwszych taktach kontrast z wcześniejszymi utworami wydał się na tyle surrealistyczny, że wręcz szostakowiczowski. A później drugi bis: Prokofiew, marsz i śmierć Tybalta z „Romea i Julii” – muzyka napisana właściwie w tym samym czasie co V Symfonia Szostakowicza. Żart i śmierć, światło i cień. Być może to przypadek. Ale w programie tak świadomie budowanym trudno nie usłyszeć ironii.
Pittsburska Orkiestra wniosła na estradę znacznie więcej niż partytury Szymanowskiego, Rachmaninowa, Dvořáka, Brahmsa i Szostakowicza – wniosła na estradę pamięć. Tak jak wystąpienie PSO w 1989 roku, koncerty wpisują się w przełomowy kontekst kulturowo-polityczny. I tym razem były to koncerty, które będziemy dalej wspominać za czterdzieści lat.
Pittsburgh Symphony Orchestra
dyrygent: Manfred Honeck
Festiwal „Chopin i jego Europa” 2026
soliści: Bruce Liu, Aleksander Kantorow
Recenzowane koncerty odbyły się 29 i 30 sierpnia w sali Filharmonii Narodowej
zdjęcia z koncertów © Wojciech Grzędziński
