Ukradzione dzieci

Przyjazd polskich dzieci do Barcelony w czerwcu 1946 roku stanowi jeden z najbardziej poruszających epizodów powojennej historii Europy. Wydarzenie to było częścią szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, prowadzonej przez polskie środowiska emigracyjne, organizacje międzynarodowe oraz władze hiszpańskie, mającej na celu ocalenie dzieci, które w wyniku działań III Rzeszy utraciły rodziny, domy, a często także własną tożsamość. Większość dzieci, które trafiły do Barcelony, pochodziła z Górnego Śląska i regionu łódzkiego, czyli terenów wcielonych do III Rzeszy.

Wiele z nich zostało porwanych przez nazistów w ramach programu germanizacyjnego skierowanego do dzieci o „aryjskim” wyglądzie. Zabrane rodzicom, umieszczane w niemieckich rodzinach zastępczych lub w specjalnych ośrodkach, były poddawane intensywnej indoktrynacji i wynaradawianiu. Po wojnie odnajdywano je w austriackich i niemieckich obozach dla dipisów, często mówiące tylko po niemiecku, nieświadome swojego pochodzenia i nieufne wobec dorosłych. 

Po zakończeniu wojny polskie władze na uchodźstwie oraz Polski Czerwony Krzyż rozpoczęły poszukiwania tych dzieci, zrabowanych przez nazistów. W Austrii i we Włoszech działały specjalne zespoły 2. Korpusu Polskiego, które odnajdywały małoletnich i organizowały ich ewakuację. W tym samym czasie polska społeczność w Hiszpanii, mimo trudnych warunków politycznych i społecznych panujących pod dyktaturą generała Franco, podjęła inicjatywę stworzenia ośrodka opiekuńczego dla polskich sierot. 

Polskie dzieci w Barcelonie

Współpracowano z hiszpańskimi władzami, lokalnymi instytucjami oraz organizacjami międzynarodowymi. Dzięki nim, 19 czerwca 1946 roku, do Barcelony przybyła grupa 101 polskich dzieci w wieku od 2 do 17 lat. Podróżowały z różnych obozów dla uchodźców w Europie, głównie z Austrii. Ich przyjazd był szeroko komentowany w lokalnej prasie, a mieszkańcy Barcelony okazali im ogromną życzliwość. Dla wielu z nich był to pierwszy moment od lat, kiedy mogły poczuć się bezpiecznie. Wspominały później, że Barcelona była dla nich „rajem”, miejscem, w którym odzyskiwały dzieciństwo, zdrowie i poczucie własnej wartości. 

W Barcelonie, w Residenciá de Vallcarca, utworzono specjalny ośrodek – polskie centrum opiekuńcze, w którym dzieci otrzymywały edukację w języku polskim i hiszpańskim, opiekę medyczną i psychologiczną, wsparcie i możliwość uczestniczenia w zajęciach sportowych, artystycznych i rekreacyjnych. 

Szczególną rolę odegrała sekretarzyni Konsulatu Honorowego RP, Wanda Morbitzer-Tozer (1904–1990), która stała się dla dzieci postacią niemal matczyną. Dzięki jej kontaktom i zaangażowaniu ośrodek funkcjonował sprawnie, a dzieci mogły rozwijać się w atmosferze troski i stabilizacji. 

Pobyt dzieci w Barcelonie trwał od kilku do nawet dziesięciu lat. W tym czasie część z nich została repatriowana do Polski, część wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych lub innych krajów, niektóre pozostały w Hiszpanii, zakładając tam potem rodziny i budując nowe życie. Niektórym dzieciom udało się odnaleźć polskich krewnych, inne dowiadywały się, że ich najbliżsi zostali zamordowani w gettach czy obozach koncentracyjnych.

Upamiętnienie, reportaż i powieść

W 2008 roku hiszpańska opinia publiczna, dzięki reportażowi „Los niños que Hitler robó” opublikowanemu w dzienniku „El País”, ponownie zainteresowała się historią polskich dzieci. Jego autor, José Luis Barbería, przyczynił się do nagłośnienia tej wówczas mało znanej historii. To właśnie ten tekst stał się impulsem do zorganizowania oficjalnych uroczystości. 4 grudnia 2008 roku w Urzędzie Miasta Barcelony odbyło się spotkanie zatytułowane: „Polacy w Barcelonie: album historii. Przyjęcie przez miasto dzieci skradzionych przez nazistów (1946–1956)”. W wydarzeniu uczestniczyli: Jordi Hereu – ówczesny burmistrz Barcelony, Marek Pernal – konsul generalny RP w Barcelonie, Andrzej Person – przewodniczący senackiej Komisji ds. Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą, przedstawiciele władz Katalonii, środowisk akademickich i mediów oraz oczywiście, teraz już dorosłe, „ukradzione dzieci”. 

Uroczystość miała charakter zarówno historyczny, jak i symboliczny, była formą podziękowania Barcelonie za opiekę nad polskimi dziećmi oraz przypomnieniem o ich losach i jednoczesnym uhonorowaniem postaci Wandy Morbitzer-Tozer. Ukazała się wówczas również trójjęzyczna (kataloński–kastylijski–polski) książka, wydana przez Konsulat Generalny RP w Barcelonie. I właśnie to wydarzenie zainspirowało katalońską pisarkę i scenarzystkę, Giselę Pou, do napisania zbeletryzowanej wersji historii tych dzieci.

Przez 28 lat Pou pracowała jako scenarzystka dla najważniejszych hiszpańskich stacji telewizyjnych, ale po latach pracy w telewizji zdecydowała się poświęcić wyłącznie literaturze, pisząc książki dla dzieci i dorosłych. W 2023 roku opublikowała powieść „Los tres nombres de Ludka”, która w Polsce ukazała się pod tym samym tytułem jako „Trzy imiona Ludki”. Autorka często opiera swoje powieści na materiałach źródłowych, relacjach świadków i dokumentach historycznych, ale przetwarza je literacko, tworząc narrację, która jest jednocześnie wierna faktom i emocjonalnie angażująca. To połączenie nadaje jej książkom charakter beletryzowanego „reportażu”. Tak też jest i w tym przypadku.

Trzy imiona Ludki

Pou lubi pisać o bohaterach, którzy zmagają się z traumą, utratą, poczuciem wykorzenienia. Jej postacie są wielowymiarowe, a ich emocje subtelnie, ale sugestywnie oddane. W „Trzech imionach Ludki” widać to szczególnie w sposobie, w jaki opisuje proces odzyskiwania pamięci i tożsamości przez dzieci dotknięte germanizacją i wynaradawianiem, uczone nienawiści do własnego kraju. 

„Każde dziecko to cała historia do rozszyfrowania” [s. 42], mówi, pokazując, że trauma nie znika – ona tylko zmienia kształt. W powieści dzieci nie potrafią mówić o tym, co przeżyły. Autorka świetnie oddaje to poprzez krótkie, rwane dialogi, unikanie tematów, reakcje somatyczne (lęk, bezsenność, napięcie, chęć ucieczki), nieufność wobec dorosłych. 

Milczenie jest tu formą obrony i jednocześnie świadectwem tego, jak głęboko trauma wrosła w psychikę. Pou nie przedstawia traumy linearnie. Wspomnienia wracają nagle, fragmentarycznie, wywołane zapachem, słowem, gestem, często w najmniej oczekiwanych momentach. Tak właśnie działa pamięć traumatyczna, która nie poddaje się logice ani chronologii. Choć każde dziecko ma własną historię, Pou pokazuje, że trauma staje się ich wspólnym językiem. Dzieci rozumieją się bez słów, bo wszystkie przeszły przez podobne doświadczenia: utratę rodziny, przymusową germanizację, życie w obozach, strach przed dorosłymi. Wspólnota staje się pierwszym krokiem do leczenia. Pisarka nie opisuje traumy jako jednego wydarzenia, lecz jako rozpad tożsamości. 

Tytułowa Ludka ma trzy imiona – każde odpowiada innemu życiu, innemu systemowi wartości, innemu językowi. 

To literacki sposób pokazania, że trauma nie tylko rani, ale rozszczepia człowieka na części, które trudno później scalić. Tożsamość staje się polem walki między tym, co pamięta ciało, tym, czego nauczyła ją niemiecka matka, a tym, co próbuje odbudować Barcelona. Pamięć jest tu także powolnym, bolesnym odtwarzaniem własnej historii. Ludka nie pamięta wszystkiego i to jest kluczowe. Pamięć nie wraca do niej jak film. Wraca jako obraz utraconej zabawki, dźwięk, emocja, strzęp zdania po polsku. W powieści pamiętać znaczy zmierzyć się z bólem. Pou pokazuje, że dzieci często wolą nie pamiętać, bo pamięć boli bardziej niż nieświadomość. Jej odzyskiwanie jest więc aktem odwagi i początkiem uzdrowienia. Pokazuje także, że pamięć może stać się fundamentem nowej tożsamości, źródłem siły i sposobem na zrozumienie siebie. To bardzo humanistyczne przesłanie – pamięć nie musi niszczyć, może budować.

Życie w Hiszpanii pod rządami Franco

Losy Ludki splatają się z losami Emmy i jej rodziny, tworząc opowieść o pamięci, ale również o dziedziczeniu i poszukiwaniu własnego imienia w świecie pełnym cudzych historii.

Emma dorasta w cieniu rodzinnej tajemnicy i nie do końca wypowiedzianej przeszłości, którą jej matka Isabel próbuje chronić, choć jednocześnie nie potrafi od niej uciec. Emma musi szybko dojrzeć – „osiągnięcie dziewięciu lat oznaczało, że dorosłaś do wielu rzeczy, niezależnie od tego, czy masz na nie ochotę czy nie, bez względu na to, czy się krzywisz czy uśmiechasz od ucha do ucha, musiałaś pomagać w ścieleniu czterdziestu łóżek dla dzieci przybywających ze środka Europy” [s. 11]. 

Emma dorasta w świecie, w którym prywatność była iluzją, a lojalność wobec państwa – obowiązkiem. W jej wspomnieniach powracają obrazy codziennych ograniczeń, milczących sąsiadów, znikających znajomych i świadomości, że jedno nieostrożne słowo mogło zmienić życie całej rodziny. Reżim frankistowski oznaczał dla zwykłych ludzi nieustanną kontrolę, cenzurę i strach przed tym, co można powiedzieć, a czego lepiej nie wypowiadać nawet w domu. Dziewczynka tego nie rozumie, nie wie, co znaczą porozumiewawcze spojrzenia, nagła zmiana tematu czy odwracanie oczu, nie pojmuje, dlaczego mówienie po katalońsku jest zabronione.

Życie w Hiszpanii pod rządami Francisco Franco było naznaczone silną kontrolą państwa, ograniczeniem wolności i głębokim podziałem społecznym. Po zwycięstwie w wojnie domowej w 1939 roku Franco stworzył system autorytarny, w którym władza była skoncentrowana w rękach jednej osoby, 

a wszelka opozycja – polityczna, społeczna czy kulturowa – była tłumiona. Codzienność wielu Hiszpanów, jak znakomicie przedstawia to Pou w swojej powieści, upływała w atmosferze strachu i niepewności. Cenzura obejmowała prasę, literaturę, teatr i kino, a nawet prywatne rozmowy mogły stać się powodem do podejrzeń. 

Policja polityczna i sieć donosicieli sprawiały, że ludzie często bali się mówić otwarcie, a pamięć o wojnie domowej była tematem tabu. Reżim promował tradycyjne wartości: religię katolicką, patriarchalny model rodziny i posłuszeństwo wobec państwa. Kobiety miały ograniczone prawa – nie mogły swobodnie pracować, podróżować ani podejmować decyzji bez zgody męża lub ojca – powieściowa Isabel musiała mieć zgodę ojca, by móc pojechać do Francji.

Wielu przeciwników politycznych trafiło do więzień, obozów pracy lub po prostu znikało. Ci, którzy zostali, musieli nauczyć się żyć w systemie, który wymagał lojalności i milczenia. Inni wybrali emigrację. Dla Daniela, ojca Emmy, oficjalnie uznanego za zmarłego, wyjazd z kraju był nie tylko koniecznością, ale i próbą wyrwania się z systemu, który odbierał ludziom głos i możliwość decydowania o sobie. Jednak nawet po opuszczeniu Hiszpanii przeszłość nie przestała go definiować. W siatkę partyzanckich działań przeciw reżimowi Franco wciąga Isabel, czyniąc ją szpiegiem i narażając tym samym na ostracyzm nawet ze strony własnych rodziców. 

Sztuka przetrwania

Obie dziewczynki dorastają więc między dwoma światami: teraźniejszością, w której starają się żyć normalnie, i przeszłością, która powraca w ich gestach, milczeniu i niejasnych opowieściach. Ich relacja rozwija się powoli, w rytmie początkowej niechęci, spojrzeń i drobnych gestów, które powoli budują między nimi zaufanie. Emma uczy się od Ludki odwagi w patrzeniu we własną przyszłość, a Ludka – dzięki Emmie – przypomina sobie, że nawet po latach można jeszcze coś naprawić, coś zrozumieć, coś oddać światu. W pewnym sensie stają się dla siebie lustrem: każda z nich widzi w drugiej to, czego sama długo nie chciała dostrzec w sobie. Z czasem zaczynają rozumieć, że ich tożsamość jest nierozerwalnie związana z doświadczeniem życia pod dyktaturą (nazistowską bądź frankistowską) – z utratą, strachem, ale też z ogromną siłą, która pozwoliła im zacząć od nowa. Barcelona dała im możliwość zakorzenienia się, znalezienia własnego imienia w świecie pełnym cudzych historii.

„Nauczyliśmy się sztuki przetrwania bez zadawania pytań i po latach, z perspektywy dorosłego wieku, zmierzyliśmy się z tragedią, która naznaczyła pierwszy etap naszego życia, i nazwaliśmy swój ból. Wielu z nas nawet nie pamiętało twarzy własnej matki. Przeznaczenie skazało nas na los nomadów bez przeszłości, jak małe drzewka z korzeniami na wierzchu, które wiatr rzuca z miejsca na miejsce. Na początek zabrano nam język i zmuszono do wyrzeczenia się własnej tożsamości, a później skłoniono nas do pokochania języka i kultury, do których wcześniej wpojono nam nienawiść. Byliśmy dziećmi i nie zadawaliśmy pytań. Towarzyszyły nam koszmary i marzyliśmy, żeby nasze prawdziwe rodziny przyjechały, by nas odzyskać. Nie wiem, co było gorsze: nie wiedzieć, skąd pochodzimy, czy też nie wiedzieć, dokąd zmierzamy” [s. 485].

Wanda Morbitzer-Tozer

Ważną postacią w powieści jest także oczywiście Wanda Morbitzer-Tozer. Kobieta inteligentna, wykształcona – ukończyła przed wojną studia z zakresu nauk politycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, potrafiła poświęcić wszystko, by pomóc rodakom. 

Nękana, śledzona przez tajniaków, nigdy się nie poddała. Przyjechała do Barcelony jako przyjaciółka żony konsula Eduarda Rodona, Anny Marii Klemensiewicz, by objąć funkcję sekretarzyni w Konsulacie Honorowym RP. 

„To ona utworzyła sieć tajnych kwater dla polskich uciekinierów podróżujących przez Barcelonę i kierowała jej działaniem. Koordynowała przyjmowanie uchodźców, ich rozmieszczenie w bezpiecznych miejscach, a następnie wyjazd do Madrytu. Polscy piloci, ścigani Żydzi, mężczyźni i kobiety, którzy pragnęli żyć w wolnym kraju, przybywali do Barcelony, gdzie otrzymywali dokumenty i wsparcie ekonomiczne […]. Przybywali do Barcelony wyczerpani, niedożywieni i chorzy. Otrzymywali schronienie w bezpiecznych mieszkaniach za parę peset, które właścicielom pomagały złagodzić niedostatki czasów ubóstwa, a przybyszom zapewniały kryjówkę. Dom Tozerów również przyjmował uchodźców […]” [s. 176]. 

„Trzy imiona Ludki” są także ważnym przypomnieniem i uhonorowaniem postaci Wandy, pokazaniem, że to kobiety są nieodłączną częścią historii – ich herstorie i codzienny heroizm tworzą fundamenty świata, który znamy. Herstoria Wandy to opowieść o niezwykłej sile, sprawczości i niezłomności.

To powieść, którą czyta się obrazami. Takimi, które nie tylko widzimy, ale też czujemy. To opowieść, w której sceny trudnej przeszłości splatają się ze scenami wcale nie dużo łatwiejszej teraźniejszości, a to, co niewypowiedziane, wybrzmiewa najmocniej. To książka, która nie tyle opowiada historię Ludki, Emmy, Wandy, Isabel i ich bliskich, ile ją odsłania – warstwa po warstwie, jakby ktoś powoli wywoływał zdjęcie, pozwalając, by to, co najważniejsze, ujawniło się dopiero między słowami. Gisela Pou, przypomina, że człowiek nie składa się z jednego życia, lecz z wielu, które musi w sobie pomieścić. A czasem dopiero cudza opowieść pozwala nam usłyszeć swoją własną.

Książka:

Gisela Pou, „Trzy imiona Ludki”, tłum. Magdalena Pabisiak, wyd. Marginesy, Warszawa 2026.