(Dr) MAH znów w Moskwie

Birmański dyktator, generał Min Aung Hlaing (MAH) znów pojechał do Moskwy. Tym razem odbyło się bez akcji w stylu „króla szczurów”, czyli spektakularnych dziwactw. Choć poziom groteski został utrzymany. MAH – znany raczej z bycia ludobójcą niż intelektualistą – otrzymał od Rosjan kolejnego honoris causa, tym razem Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa. Jak na dyktatora, który doprowadził swój kraj do ruiny w zaledwie pięć lat, honorowy doktorat z ekonomii jest wyborem intrygującym.

Wiadomo jednak, że nie o merytorykę tutaj chodzi. MAH, który nie ukończył żadnych studiów poza akademią wojskową, ma słabość do otrzymywania tytułów i stopni naukowych. Rosjanie o tym wiedzą i to skrzętnie wykorzystują. Dali mu już trzy, a jeśli MAH pozostanie u władzy, to licznik z pewnością się na tym nie zatrzyma.

Poza łechtaniem własnego ego wizyta MAH-a w Moskwie spełniała kilka istotnych funkcji. Po pierwsze, wizerunkową. Wojskowy reżim birmański, który w tym roku ogłosił się „cywilnym”, próbuje uzyskać uznanie międzynarodowe. Stąd ofensywa dyplomatyczna w postaci podróży do Indii, Chin, Laosu i Tajlandii. A nawet „ofensywa uroku” – jeśli można użyć tego określenia na starania ludobójcy o pozyskanie legitymizacji.

Rosja, dotychczas najważniejsza protektorka Birmy/Mjanmy po 2021 roku, znalazła się na liście odwiedzin dopiero na piątym miejscu, ale to akurat nie dziwi.

Uznanie i poparcie Moskwy MAH już ma, podobnie jak Chiny, za to stara się je zdobyć w swoim regionie.

Z tej perspektywy odwiedziny w Indiach i Tajlandii należy traktować jako sukces dyktatora. Bo choć Delhi i Bangkok od dawna wspierają Tatmadaw (armię birmańską), to dotychczas robiły to w sposób zdystansowany i nieostentacyjny. Teraz maski opadły.

Ale na razie na tym się skończyło. Poza Laosem i Tajlandią żaden inny kraj ASEAN-u nie przyjął Min Aung Hlainga (choć być może zrobią to jeszcze Wietnam i Kambodża). Samo stowarzyszenie, choć podzielone i faktycznie bezradne w kwestii birmańskiej, zachowało dyplomatyczno-protokolarny dystans wobec Naypyidaw, stolicy Mjanmy. Połowiczny sukces „ofensywy uroku” musiał więc zostać jakoś przykryty. Odwiedziny w Moskwie, gdzie przyjęto MAH-a tradycyjnie – z fanfarami, czerwonym dywanem (no i honoris causą) – doskonale się do tego nadawały.

Broń jest warta mszy

Drugi powód odwiedzin MAH-a w Rosji również nie budzi zdziwienia. Stosunki rosyjsko-birmańskie tradycyjnie opierają się na handlu bronią. Od końca XX wieku Rosja jest zawsze albo najważniejszą dostarczycielką uzbrojenia do Mjanmy, albo przynajmniej w ścisłej czołówce (zależy od roku). A ponieważ w Birmie nieustannie toczy się wojna domowa (od 1948 roku, a nie, jak twierdzą dyletanci, od 2021 roku), zapotrzebowanie na broń – i części zamienne do sprzętu wojskowego – jest stałe.

Choć od pełnoskalowej wojny na Ukrainie rosyjskie dostawy osłabły, to nigdy nie ustały.

Wizyty MAH-a nad Wołgą służą więc nie tylko uzyskiwaniu kolejnych honoris causów czy stawianiu pagód, lecz są okazją do zawarcia nowych kontraktów i/lub przypilnowania dostaw uzgodnionego sprzętu. Co w warunkach trwającej wojny na Ukrainie, drenującej rosyjskie zasoby, wcale nie jest takie oczywiste – jak w momencie, gdy Moskwa nagle poprosiła Naypyidaw o dostawy zwrotne amunicji, których potrzebowała na ukraińskich stepach.

A broń rosyjska ma dla armii birmańskiej kluczowe znaczenie. Taktyka Tatmadaw opiera się bowiem między innymi na masowych bombardowaniach obszarów zajętych przez powstańców. Ostatnio armia pobiła swój własny rekord, zrzucając ponad sto bomb w godzinę na pozycje partyzanckiej Armii Arakanu. Utrzymanie strumienia rosyjskich dostaw warte jest więc nieustannego pielgrzymowania do Moskwy.

Skrzydlate wizje Rosji i Birmy

Oficjele, odmieniający w urzędowym optymizmie odwieczną przyjaźń rosyjsko-birmańską przez wszystkie przypadki, zderzają się z jednym istotnym problemem: no dobrze, ale co poza bronią? Bo skoro wzajemne relacje są braterskie, to powinno je łączyć coś więcej.

Tymczasem współpraca gospodarcza jest – nie licząc broni – skromna (około 2 miliardy USD rocznie; dla porównania chińsko-birmańska wymiana handlowa wynosi około 20 miliardów USD rocznie). Można tę (mówiąc po marksistowsku) słabą bazę przykrywać nadbudową: podpisywaniem wspólnych deklaracji przeciwko sankcjom, zakładaniem stowarzyszeń przyjaźni rosyjsko-birmańskiej czy intensyfikacją rosyjskiej turystyki nad Irawadi. Ale realiów to nie zmieni.

Moskwa i Naypyidaw postanowiły jednak, że rzeczywistość nie może stanąć na drodze ich planów. Taka postawa pasuje do rosyjskiego woluntaryzmu – za czasów ZSRR siła woli miała odwracać biegi rzek. Pasuje też do birmańskiej tradycji tworzenia skrzydlatych wizji: przywódcy postkolonialnej Birmy wierzyli, że siła abstrakcyjnych słów zmieni świat.

Rosja i Birma wymyśliły więc kilka spektakularnych wspólnych projektów, takich jak elektrownie atomowa i cieplna, port głębokowodny oraz rafinerie ropy i gazu.

Wbrew pozorom nie są one bez sensu. Elektrownia atomowa pod Bago, podobnie jak elektrownia węglowa w Dawei, mogłyby rozwiązać chroniczne problemy Mjanmy z energią.

Podobnie jest z ropą i gazem: Birma ma złoża obu (zwłaszcza gazu), lecz nie posiada technologii do ich obróbki. W czasach kolonialnych robiły to firmy brytyjskie; jedna z nich, Burmah Oil, ufundowała później wszystkim znaną BP. Ale piętnaście lat po uzyskaniu niepodległości Birmańczycy uznali, że to wyzysk i wygonili Brytyjczyków, a przemysł znacjonalizowali. W efekcie z eksportera ropy stali się jej importerem. Ostatnio spektakularnie odbiło im się to czkawką, gdy na skutek amerykańskiego ataku na Iran zabrakło benzyny na stacjach. Doprowadziło to do dziesiątek kilometrów kolejek, przy których PRL-owskie stanie za mięsem to krótka przyjemność.

Z kolei gazu Mjanma ma znacznie więcej; posiada duże złoża na swoich wybrzeżach. Jednak są one eksploatowane i wysyłane do Tajlandii i Chin – tutaj również technologii i know-howu Birmańczykom brakuje. A Rosjanie to wszystko mają. Eksport i przetwórstwo rosyjskiej ropy (i gazu) do kraju, skąd pośrednio pochodzi BP, ma więc sens, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało.

Nowy punkt strategiczny?

Wreszcie port głębokowodny w Dawei, najważniejszym porcie andamańskiego wybrzeża Mjanmy, to też wizja ciekawa. Stamtąd niedaleko do najwęższego punktu Półwyspu Indochińskiego, przesmyku Kra. Gdyby zrobić tu lokalną wersję Kanału Panamskiego, można by zasadniczo skrócić czas żeglugi do Azji Wschodniej, omijając Cieśninę Malakka (i przy okazji Singapur). Port w takim miejscu świata, do tego jeszcze wojenny, to prawdziwy skarb, a wręcz dalekowschodnia wersja kolonialnych brytyjskich „niezatapialnych lotniskowców” pokroju Malty czy Gibraltaru – małych punktów kontrolujących całe morze.

Poprzez posiadanie tu swoich okrętów, na przykład atomowych łodzi podwodnych, szachuje się pół regionu.

Rosja o takim przyczółku mogła dotychczas tylko pomarzyć – to nawet lepsze niż Cam Ranh w Wietnamie, gdzie ongiś stacjonowała sowiecka flota.

Kto za to zapłaci?

Te wszystkie pomysły mają więc swój większy lub mniejszy sens. Ale pozostaje jeden problem. Nie chodzi o to, że byłby to układ skrajnie neokolonialny gospodarczo (Rosjanie już zapowiedzieli, że chcą mieć kontrolę nad wszystkimi spółkami), a do tego łamiący jedno z politycznych tabu Birmy (wszystkie dotychczasowe junty co do zasady nie dopuszczały stacjonowania obcych wojsk na rodzimej ziemi). W końcu Tatmadaw jest na musie, a zwycięstwo w wojnie domowej warte jest wielu ustępstw.

Prawdziwym wyzwaniem jest coś innego: kto za to zapłaci?

Mjanma, czyli najbiedniejsze państwo regionu Azji Południowo-Wschodniej, toczące nieustanną wojnę domową, sankcjonowany kraj o niemal połowę uboższy od sąsiedniego Bangladeszu, który wciąż nie pozbierał się po ostatnim trzęsieniu ziemi?

Czy może stojąca na granicy kryzysu gospodarczego Rosja, tocząca wojnę na wyniszczenie z Ukrainą, co rusz otrzymująca ciosy w infrastrukturę energetyczną i szczycąca się mianem najbardziej sankcjonowanego kraju na Ziemi?

Dlatego właśnie rosyjsko-birmańskie wizje przypominają dialog z „Ziemi Obiecanej”: jedni i drudzy nie mają nic, ale zbudują elektrownie, rafinerie i port! Lecz – podobnie jak u Reymonta – jest tu jeszcze ten trzeci. W „Ziemi obiecanej” też nie miał nic, ale tu akurat ma.

Tylko czy Chińczycy naprawdę zechcą za to wszystko zapłacić?