
Na obwolucie widać nieforemną czarną plamę. Po bliższym oglądzie plama okazuje się osłem. Osioł jest bohaterem pierwszego z zamieszczonych w tej edycji wierszy. Osiągamy pewien ład poznawczy. Ale czy jest on stabilny?
Przemoc
Sprawa polonizacji twórczości poetyckiej Charlesa Reznikoffa jest w godnym pochwały toku (mam tu jednak na myśli jedynie nadawanie jej polskiej szaty językowej, nie zaś czynienie z poety naszego rodaka). Jej najnowszym etapem stał się obszerny wybór ze zbioru „Testimony”, nad którym autor pracował przez sporą część swojego życia twórczego. Zbiór składa się z wierszy o tym, że ktoś kogoś zastrzelił albo co najmniej sponiewierał. Pasuje do naszych czasów co najmniej tak samo, jak do czasów, w których powstawał (lata 1934–1976) i których dotyczy (lata 1885–1915), ale dlaczego jest tak specyficzny pod względem treści?
Nie żeby poezja nie zajmowała się przemocą. Już w „Iliadzie” przemoc jest jednym z głównych motywów, a gros tworzonej w dawnych wiekach epiki bohaterskiej szło tym samym śladem – opiewano w niej przecież głównie to, że jedni wojownicy dawali łupnia innym. Szczególność przedsięwzięcia, którego podjął się Reznikoff, polega na tym, że stworzył on obszerny cykl poetycki, wysnuwając go nie ze swojej twórczej wyobraźni podpartej ewentualnie rzeczywistymi wydarzeniami, lecz jedynie z rzeczywistych wydarzeń.
Tworzywem były dla niego protokoły rozpraw sądowych, do których miał dostęp jako praktykujący prawnik. Z dokumentów tysięcy takich rozpraw wynotowywał fragmenty zeznań, anonimizował je i poddawał wieloletniej obróbce stylistycznej polegającej głównie na kondensacji tekstu. „Świadectwo” jest owocem tej pracy. Można by na upartego powiedzieć, że rola autora sprowadza się w tym wypadku do przetworzenia tekstowych ready mades. Do tej sprawy jeszcze powrócę.
Skąd czerpać tematy?
Odkąd poezja w zachodnim kręgu kulturowym przestała być tworzona na zamówienie władców i mecenasów, jej twórcy stanęli przed wyzwaniem – skąd czerpać do niej tematy? Rewolucja romantyczna polegała między innymi na tym, że zaczęli je czerpać z własnych, prywatnych emocji. Kiedy jednak opisywanie ich stało się nieco nużące dla twórców, a jeszcze bardziej dla odbiorców, trzeba było poszukać czegoś innego. Powrócono zatem do źródeł, do przeszłości kulturowej i jej bogatych zasobów, ale w nowatorski sposób.
Osławione trudności lekturowe, jakich doświadczali czytelnicy poezji T.S. Eliota i Ezry Pounda, wynikały między innymi z nadzwyczaj indywidualnego potraktowania przez tych poetów dorobku przeszłych epok. Dziś, kiedy mało kto ich czyta i szanuje, jest jasne, że erudycyjno-osobiste gry z tradycją literacką były wczesnym zwiastunem kresu tej tradycji.
Przystańmy na chwilę przy Poundzie. Jego wczesna liryka i poematy z okresu imagizmu mogą się jeszcze obronić siłą obrazowania, natomiast „Cantos” – dzieło życia tego twórcy – są teraz chyba niczym więcej niż polem wymieszanych ruin, chaosem, którego uporządkowanie wymaga olbrzymiego wysiłku owocującego bardzo skromną zapłatą. Pound jest w nich kimś w rodzaju bystrego ucznia o wyjątkowo chłonnym umyśle, który chce pochwalić się wszystkimi książkami, jakie właśnie przeczytał. Doszukiwanie się ogólnego porządku na ośmiuset stronach „Cantos” raczej nie ma sensu – wiadomo tylko, że w intencji autora miały być dwudziestowieczną wersją „Boskiej komedii”.
To olbrzymie składowisko pourywanych cytatów, kryptocytatów, parafraz i mętnych aluzji przydało się głównie akademickim literaturoznawcom ze świata anglosaskiego, którzy przez całą drugą połowę XX wieku mogli na nim robić uczone rozprawy dające im podstawę dla tytułów naukowych i stanowisk uczelnianych. W najlepszych momentach „Cantos” Pound również powala mocą języka, słowa i obrazu poetyckiego, ale większa część tego zbioru wygląda jak rekwizytornia kulturowa po przejściu tornada. Kto dziś wie, kim była Cunizza da Romano albo kim był Peire Vidal i co znaczyły ich losy? Komu jeszcze będzie się chciało rozważać, co ma konfucjanizm do New Dealu, a piętnastowieczni włoscy kondotierzy do prezydenta Johna Adamsa? Kto będzie się silił, żeby rozszyfrowywać piętrowe aluzje do spraw bieżących sprzed stu lat i kryptonimy, które były zrozumiałe tylko dla autora? (Do dziś nie wiadomo, kto jest ukryty pod niektórymi z nich – może na przykład drobni urzędnicy, którzy zrobili Poundowi przykrość, kiedy załatwiał jakieś formalności?). Ta poezja, chociaż monumentalna w formie, jest zapisem zawalania się naszej cywilizacji pod własnym ciężarem, które Pound i jego koledzy widzieli już sto lat temu.
„Poezja obiektywistyczna”
Reznikoff, o którym, w odróżnieniu od Pounda i Eliota, mało kto słyszał za jego życia, postanowił szukać poetyckiej prawdy o człowieku nie w starych kronikach i nie w tekstach filozoficznych, lecz w protokołach sądowych. Ta opcja po kilkudziesięciu latach okazała się trwalsza, choćby dlatego, że do czytania wierszy ze „Świadectwa” nie trzeba mieć pod ręką encyklopedii (a komu by się dziś chciało wyciągać ją ze strychu albo z piwnicy). Mówią one same za siebie, mówią mocno i dobitnie. Nie jest jednak jasne ani jednoznaczne, co właściwie mówią. Reznikoff starannie wystrzega się w nich wskazywania winnych. Nie ma tam żadnych informacji ani nawet aluzji co do tego, jaki wyrok zapadł w poszczególnych sprawach. „Oto ludzkie sprawy”, mówi poeta, „sądźcie o nich sami”. To między innymi z powodu tej niechęci do oceniania nazwano poezję Reznikoffa „obiektywistyczną”.
Ale kto właściwie mówi w tych wierszach? Kim jest w nich „podmiot liryczny”? To poważne pytanie, na które trudno znaleźć odpowiedź. Sąd? Poeta? Bohaterowie tych procesów? A jeśli tak, to którzy? Podsądni? Świadkowie oskarżenia? Świadkowie obrony? A może oskarżyciele lub obrońcy? Reznikoff poddał surowy materiał zaczerpnięty z dokumentów daleko idącym obróbkom.
To nie jest czyste spojrzenie – chociaż nie byłoby łatwo odpowiedzieć na pytanie, co je zniekształca. Może styl. Może obserwacja. Można by nawet zarzucić poecie, że zawłaszczył cudze problemy. Ale po co mu to zarzucać? Jego celem było chyba uczynienie powtarzanych i przetwarzanych (oraz od-twarzanych) cudzych głosów jednocześnie anonimowymi i powszechnymi. W tych wierszach nie przemawiają możni upamiętnieni w annałach – są to ludzie zwyczajni, którzy spędzili swoje istnienia na powszednich sprawach, nieciekawych dla nikogo poza nimi. Z tego powodu Reznikoff powołał ich, aczkolwiek w niezróżnicowanym chórze, do głoszenia prawdy o ludzkim świecie.
Testimonia
Tytuł oryginalny tego zbioru – „Testimony” – może się kojarzyć ze słowem „testimonia”. Jest to termin z zakresu filologii klasycznej. Oznacza się nim w naukowych edycjach zestawy cytatów dotyczących twórców antycznych, które świadczą o różnych wydarzeniach z ich realnego życia. Ponieważ „Sofokles” czy „Platon” to dla nas głównie puste nazwy, kojarzone wyłącznie ze stworzonymi przez nich tekstami, takie świadectwa są bezcenne, nawet jeśli spora część z nich to zmyślenia. Szkoda, że poza filologami klasycznym prawie nikt o nich nie wie.
Tutaj mamy testimonia prawnicze dotyczące życia ludzi z określonego kraju i okresu. Reznikoff dobrał je starannie i precyzyjnie, grupując wedle czasu i miejsca. Ale dlaczego wybrał sprawy kryminalne, a nie na przykład gospodarcze? Dlaczego skupił się na ludziach, którzy strzelali do swoich bliźnich tylko dlatego, że nie spodobała im się jakaś ich wypowiedź czy gest, a nie opisał tych, którzy stanęli przed sądem za malwersacje, oszustwa, kradzieże czy wyłudzenia? O to trzeba by zapytać jego samego. Z jakiegoś powodu ten cichy, spokojny człowiek wybrał przemoc.
Stworzony przez niego zbiór przejawia pewne podobieństwo do „Umarłych ze Spoon River” Edgara Lee Mastersa, a również do niektórych wierszy Wallace’a Stevensa – obaj zawodowo także byli bardzo odlegli od potocznie rozumianej poetyckości. Ale zarówno Masters, jak i Stevens zaznali za życia znacznie większej popularności i uznania niż Reznikoff. Może więc sprawiedliwie jest, że dziś czytamy właśnie jego wiersze. Wyobrażam sobie też ich recytację. Należałoby je wykonywać monotonnym, pozbawionym modulacji, ale bardzo wyraźnym głosem.
Książka:
Charles Reznikoff, „Świadectwo. Stany Zjednoczone (1885–1925). Recytatyw. Wybór”, przekład i opracowanie Piotr Sommer, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026.
