Nie sposób pisać o „Eugeniuszu Onieginie” Czajkowskiego wyłącznie jako o adaptacji poematu Aleksandra Puszkina. To opera, w której spotkały się dwaj giganci kultury rosyjskiej. Ale zarazem jest to dzieło głęboko autobiograficzne. Nie dlatego, że Czajkowski opowiedział własną historię, lecz dlatego, że własne doświadczenia emocjonalne rozdzielił pomiędzy bohaterów. Trudno zrozumieć Tatianę, Leńskiego czy nawet samego Oniegina bez świadomości problemów, z którymi borykał się kompozytor.
„Oniegin” i mityczny Czajkowski
„Oniegin” powstawał w cieniu katastrofy osobistej kompozytora. Był rok 1877 i Czajkowski otrzymał kilka listów od Antoniny Miljukowej, w których ta niemal obca kobieta wyznała mu miłość, a ten niespodziewanie się z nią ożenił. Czajkowski przez lata zmagał się z koniecznością ukrywania swojej orientacji seksualnej; funkcjonował jako profesor Konserwatorium Moskiewskiego, kompozytor odnoszący sukcesy, człowiek obracający się w elitach intelektualnych Rosji. A prywatnie żył w nieustannym lęku przed skandalem.
Być może Czajkowski liczył na to, że małżeństwo uciszy plotki. A być może próbował przekonać samego siebie, że zdoła żyć zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa.
Życie małżeńskie w kilka tygodni doprowadziło Czajkowskiego do załamania nerwowego. Opuścił więc żonę, a separacja okazała się trwała – później spotkali się zaledwie kilka razy. Próbował się rozwieść, lecz nawet wielka suma, którą oferowała Antoninie Nadieżda von Meck, szczodra mecenas kompozytora, nie uwolniły Czajkowskiego od „gada” (jak nazywał swoją żonę w listach do przyjaciół). Listy i pamiętniki kompozytora pokazują, że trudności, jakie doświadczył w związku, z „największym błędem swojego życia”, jak określił małżeństwo, były naprawdę dotkliwe. Wydaje się, że pierwszy okres przetrwał uciekając w pracę nad nową operą.
Najpierw skomponował scenę listu Tatiany z „Oniegina”, później zanotował: „Gdyby słuchacz odczuł choć część tego, co ja czułem podczas komponowania tej sceny, byłbym szczęśliwy”. List Tatiany jest bowiem czymś więcej niż romantycznym wyznaniem zakochanej dziewczyny. To moment absolutnego odsłonięcia własnego wnętrza na kartce papieru. Czajkowski musiał rozumieć ten stan doskonale. Przez całe życie prowadził niezwykle intensywną korespondencję, a jego listy odsłaniają człowieka radykalnie różnego od pomnikowego obrazu wielkiego kompozytora.
Czerniakow i „narodowe świętości”
Inscenizacja „Oniegina” w reżyserii Dmitrija Czerniakowa, jednego z najbardziej znanych i kontrowersyjnych współczesnych reżyserów operowych, powstała 20 lat temu w moskiewskim Teatrze Balszoj. Inscenizację przeniesiono do Opery w Wiedeńskiej w 2020 roku. Dzisiaj ogląda się ją bez emocji, jak klasyczne wystawienie. Ale jej premiera wywołała pewne zamieszanie, a niektórzy do dzisiaj utrzymują, że nawet skandal. Pomimo tego, ta rzekomo skandaliczna produkcja utrzymała się w repertuarze Balszoj dłużej niż wszystkie inne inscenizacje Czerniakowa.
Niemniej po premierze, Galina Wiszniewska, która dzięki zasługom dla radzieckiego teatru operowego, miała wówczas status diwy-carycy, podsumowała inscenizację następująco: „To naplucie w twarz Puszkinowi, Czajkowskiemu i narodowi rosyjskiemu (…) Do końca swoich dni nie pozbędę się wstydu za to, że byłam obecna przy publicznym oskalpowaniu i zbezczeszczeniu naszych narodowych świętości”. Dodała, że jej noga więcej w tym teatrze nie postanie, lecz nie dotrzymała słowa. Wprawdzie odwołała wielką galę, która miała uczcić ją samą, ale niedługo potem zasiadła na widowni Balszoj przywiedziona wielką pompą z jaką teatr otwierał się po gruntownym remoncie.
Warto nadmienić, że „Oniegin” Czerniakowa zastąpił w Balszoj graną przez ponad pół wieku inscenizację Borysa Pokrowskiego, w której nota bene Wiszniewska debiutowała w 1953 roku jako Tatiana. Nie tylko diwa-caryca miała do tej produkcji sentyment. Przez dziesięciolecia publiczność przywykła do tej legendarnej realizacji. Dla wielu Rosjan ówczesna interpretacja „Oniegina” stała się jedynym wyobrażeniem tej opery. Zdjęcie z afisza inscenizacji Pokrowskiego było więc śmiałym aktem.
„Oniegin” bez upiększeń
Niestety (albo stety) dla Czerniakowa, słowa Wiszniewskiej powtórzono zbyt wiele razy. Co sprawiło, że
do inscenizacji przylgnęła opinia obrazoburczego i złego teatru operowego.
Tymczasem siła „Oniegina” w reżyserii Czerniakowa nie polega na prowokacji, co zdawali się imputować krytycy, tylko na tym, że reżyser zrobił z dziełem Czajkowskiego to, co historyk robi z przeszłością. Czerniakowa nie interesuje mit XIX-wiecznej Rosji, lecz jej codzienność. I w tym sensie inscenizacja okazuje się zaskakująco wierna Puszkinowi. Puszkinowi, który jest przenikliwym obserwatorem społeczeństwa.
Czerniakow buduje w „Onieginie” świat bez upiększeń: bez bajkowych kolorów carskiej Rosji, wyidealizowanego dworku i przetaczających się po obejściu barwnych korowodów rozśpiewanych chłopów. To prowincjonalny świat pełen frustracji, klasowych kompleksów i niespełnionych ambicji.
Toporna scenografia (również autorstwa Czerniakowa) w pierwszej części spektaklu przypomina rozmazany torcik kawowy. W drugiej części ten osobliwy „świat pełen tajemnic i ciepłych miękkich brązów” zastąpiony zostaje równie estetycznie zleżałym serniczkiem z malinami na zimno, od którego wcale nie robi się lepiej. Bez żadnych upiększeń. Nawet Tatiana, która na koniec pojawia się w ostentacyjnej czerwonej sukni, nie ma zachwycać, tylko pokazywać kobietę świadomą swojej pozycji, otoczoną splendorem – twardą i pozbawioną złudzeń.

Ten realizm dotyczy również bohaterów drugiego planu. Łarina nie przypomina statecznej matrony z tradycyjnych inscenizacji, a jej dom sprawia wrażenie miejsca, gdzie alkohol jest codziennością, nie wyjątkiem, szczególnie dla niej. Jej córki dorastają w zaściankowej izolacji. Niewidzialna dla otoczenia Tatiana, która marzy o wielkiej miłości. Oraz Olga, która zamiast być niewinną, acz beztroską dziewczyną, jest bałamutką. Odreagowuje nudę bawiąc się uczuciami Leńskiego – najtragiczniejszej i najkruchszej psychologicznie postaci całej historii. W jego słynnej arii „Kuda, kuda” nie chodzi już tylko o poetyckie pożegnanie z życiem, lecz o człowieka, który od dawna przeczuwa własny koniec. Gdy Leński wyznaje Oldze miłość, ona nawet tego nie zauważa, jest zbyt pochłonięta szukaniem kolczyka. Z takich właśnie drobiazgów Czerniakow komponuje realistyczne portrety psychologiczne bohaterów.
Nie wszystkie pomysły reżyserskie są jednak równie trafne. Największe wątpliwości budzi finał konfliktu między Leńskim i Onieginem. Zamiast klasycznego pojedynku otrzymujemy przypadkowy strzał podczas szamotaniny o karabin. Rozumiem intencję reżysera: chciał pokazać absurd tragedii i przypadkowość śmierci. Ale to rozwiązanie osłabia wymowę libretta.
U Puszkina i Czajkowskiego finałowy pojedynek jest konsekwencją honorowego kodeksu i społecznej presji. Bohaterowie świadomie idą ku katastrofie.
Tutaj odpowiedzialność zostaje częściowo rozmyta.
Elegancki bal, czy wiejska potupanka?
Muzyka Czajkowskiego z pozoru zdaje się odstawać od depresyjnej, mdłej codzienności bohaterów Czerniakowa. Dyrygent, Timur Zangiew, prowadzi tę muzykę poprawnie, czyli poniekąd w taki sam przytłaczający sposób, jak Czerniakow buduje scenografię. Brakuje tu finezji, która w wielu miejscach stanowi istotę partytury Czajkowskiego. Sceny liryczne Zangiew prowadzi zbyt rozwlekle, przez co dramat traci napięcie. Emblematyczny dla interpretacji dyrygenta jest energiczny polonez, który pod jego batutą zabrzmiał ciężko i ordynarnie; zamiast balu mieliśmy wiejską potupankę.
Podobnie jak w spektaklu Czerniakowa, tak i w muzyce – bez upiększeń!
W tej konwencji Oniegn, w którego wciela się Borys Pinkasowicz, ma najlepszą oprawę z możliwych. Śpiewak wykonuje tę partię na wielu istotnych scenach. Ale jego obecna forma wokalna daleko odbiega od tej, którą zapamiętałem z 2018 roku w Monachium. Pinkasowicz, mimo że wciąż przed czterdziestką, brzmi jakby już zasłużył na emeryturę. Jedyną właściwością jego śpiewu jest emitowanie ordynarnych, jednostajnie głośnych dźwięków, które zaczynają brzydzić, jak ten rozmazany torcik kawowy.
Pinkasowicz prezentuje śpiewanie bez emocji oraz bez upiększeń. Nigdy wcześniej nie słyszałem Oniegina, którego los obchodziłby mnie tak niewiele.
Bezsprzeczną gwiazdą wieczoru była za to Asmik Grigorian. Jej Tatiana łączy techniczną sprawność z prawdą emocjonalną. Od dziewczęcej nieśmiałości, przez wyrachowaną bezwzględność, po zupełne zepsucie – Grigorian przechodzi pełną transformację. Scena pisania listu była nie tylko popisem wokalnym, ale przede wszystkim głębokim studium psychologicznym. Grigorian zaprezentowała tu skupienie i świetną formę. Jednak dalej już słychać było zmęczenie (za dużo spektakli), przez co wysokie dźwięki stały się „szczuplejsze”, odbarwione, trochę ostre.

Dmitrij Uljanow jako książę Griemin okazał się klasą samą dla siebie. Jego aria zabrzmiała szlachetnie, spokojnie i z prawdziwą godnością. W tym jednym występie zawiera się odpowiedź na pytanie, dlaczego Tatiana pozostaje wierna mężowi. Bynajmniej nie wybiera luksusu ani pozycji społecznej, tylko człowieka, który ma coś do powiedzenia i można go słuchać bez obrzydzenia (sic!).
Po dwudziestu latach od moskiewskiej premiery łatwo zrozumieć, dlaczego spektakl wywołał tak gwałtowne emocje. Nie dlatego, że był obrazoburczy. Odebrał on rosyjskiej klasyce śliczny mit.
Ale przecież „Eugeniusz Oniegin” nigdy nie był operą o Rosji. Jest operą o chwili, w której człowiek orientuje się, że szczęście rzeczywiście było tak blisko, i że sam pozwolił mu odejść. To właśnie tę prawdę udało się Czerniakowi wydobyć z arcydzieła Czajkowskiego.
Gniewomir Zajączkowski
„Eugeniusz Oniegin”
libretto i muzyka: Piotr Czajkowski
dyrygent: Timur Zangiev
reżyseria i scenografia: Dimitri Czerniakow
Chór i Orkiestra Opery Wiedeńskiej
obsada: Elena Manistina (Łartina), Asmik Grigorian (Tatiana), Daria Suaskova (Olga), Elena Zaremba (Niania Filipiewna), Boris Pinkasovich (Oniegin), Bogdan Volkov (Leński), Dmitry Ulyanov (Griemin).
recenzowany spektakl odbył się 28 maja 2026 roku
zdjęcia ze spektaklu © Wiener Staatsoper / Michael Pöhn