
Ingeborg Bachmann to jedna z najwybitniejszych postaci literatury XX wieku. Austriacka poetka, pisarka i intelektualistka w Polsce jest najlepiej znana za sprawą powieści „Malina”, a także listów, które wymieniała z Paulem Celanem, które ukazały się u nas pod tytułem „Czas serca. Listy”. Jednak to nieukończona powieść „Przypadek F.” jest uznawana za jej najwybitniejsze dzieło. Wydawnictwo Filtry w setną rocznicę urodzin Bachmann przypomina nam o jej twórczości, a z Adamem Lipszycem, który napisał posłowie do „Przypadku F.”. rozmawiam o tym, dlaczego twórczość pisarki wciąż fascynuje.
Sylwia Góra: Zacznijmy może od samej postaci Ingeborg Bachmann, bo jako pisarka jest ważnym odniesieniem dla współczesnych twórczyń austriackich, jak choćby najlepiej znanej polskiej czytelniczce i czytelnikowi – Elfriede Jelinek. Na czy polega wyjątkowość jej pisarstwa?
Adam Lipszyc: Bachmann jest rzeczywiście jedną z kluczowych postaci nie tylko austriackiej, ale w ogóle całej niemieckojęzycznej sceny literackiej po drugiej wojnie światowej – zarówno jeśli chodzi o poezję, jak i o prozę. To bardzo ożywiona przestrzeń, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę austriacką, gdzie zresztą – warto o tym wspomnieć – olbrzymią rolę odgrywa pisarstwo kobiet. Nie jestem odosobniony w przekonaniu, że Bachmann zajmuje tu szczególnie istotne miejsce.
Z mojej perspektywy jednym z najważniejszych aspektów jej prozy jest niezwykłe połączenie wielkiego emocjonalnego napięcia z umiejętnością prowadzenia skupionych badań literackich, przede wszystkim nad rozmaitymi formami ucisku i skutkami doświadczenia traumatycznego. Intensywna namiętność, zrost lęku, rozpaczy i pragnienia, łączy się tu z niesłychaną, analityczną precyzją i wolą ustalenia prawdy – ustalenia, jak się rzeczy naprawdę mają.
Najwspanialsze utwory Bachmann, takie jak „Przypadek F.” – to z okazji wznowienia tej książki dziś się spotykamy, prawda? – „Malinę”, czyli jedyną jej ukończoną powieść, czy wiele opowiadań, szczególnie te z tomu „Symultanka”, można czytać jako studia ucisku i kształtowania podmiotowości kobiecej przez społeczeństwo późnomieszczańskie, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem powojennego świata austriackiego z jego ledwie co minionymi zbrodniami i całkiem nieminionym zakłamaniem.
Chodzi więc o analizę procesu, który Michel Foucault nazwał ujarzmianiem – mechanizmu, który jest równocześnie formą upodmiotowienia i upodleglenia.
Prozy Bachmann to swego rodzaju laboratoria, w których przeprowadza się precyzyjne analizy rozmaitych form upodmiotowienia i przemocy. Zarówno mikroprzemocy, wywieranej na poziomie rodziny czy relacji międzyludzkich, jak i przemocy historyczno-politycznej, co oczywiście w kontekście powojennej Austrii ma olbrzymie znaczenie.
I rzeczywiście jest tak, że dziś najważniejsi współcześni pisarze i pisarki odwołują się do Bachmann. Wywołana przez panią wielka postać austriackiej literatury, Elfriede Jelinek, świadomie nawiązuje do niej w wielu różnych momentach swojej twórczości. Jej technika i ton pisarski są zupełnie inne, ale Jelinek nigdy nie ukrywała swojego szacunku dla Bachmann ani więzi, jaką z nią czuła.
Innym przykładem byłaby Laura Freudenthaler, autorka, którą bardzo cenię i której „Opowieść o duchach” mamy w polskim przekładzie. Ona również otwarcie nawiązuje do Bachmann, przy czym – jeśli dobrze ją czytam – czyni to ponad głową Jelinek, czy też niejako ją omijając. Freudenthaler w sposób bardzo swoisty podejmuje i przetwarza duszną, często bardzo rozpaczliwą tonację bachmannowskiego pisania.
Niezależnie jednak od tych kontynuacji, literackich rozmów czy przetworzeń samo pisarstwo Bachmann wydaje mi się po prostu niezwykle aktualne, także w Polsce, bo – przy wszystkich różnicach między Austrią a naszym krajem – jej proza z niezrównaną bezwzględnością nazywa zjawiska, które są również naszym udziałem. Dlatego bardzo się ucieszyłem i nadal bardzo się cieszę, że wydawnictwo Filtry z okazji stulecia urodzin pisarki zdecydowało się zainicjować powrót Bachmann w polszczyźnie. No i cieszę się, że padło na „Przypadek F.”, który cenię szczególnie. Mówią zresztą na mieście, że Filtry planują również wydanie wszystkich opowiadań Bachmann w jednym tomie. Jest na co czekać, bo znajdzie się tam mnóstwo rzeczy niebywale wartościowych i niezwykle gęstych, których część ukaże się po polsku po raz pierwszy, a część – w nowym przekładzie.
To, co w „Przypadku F.” bardzo istotne, to badanie języka przez Bachmann. Czy to cecha charakterystyczna jej twórczości, czy raczej wynika to z tego, że powieść nie została ostatecznie ukończona?
Nie, to nie jest sprawa przygodna. Bachmann była z wykształcenia filozofką, znawczynią filozofii języka Ludwiga Wittgensteina, doktorat pisała o Martinie Heideggerze. Była szczególnie uwrażliwiona na językowe zapośredniczenie naszych doświadczeń. Stąd też w swojej prozie umie nie tylko wejrzeć niezwykle głęboko w mroczne wymiary uczucia, lecz także rozpoznać to, jak nasze lęki i pragnienia zapośredniczone są przez formy językowe, które z kolei pozostają naznaczone śladami procesów historycznych i politycznych.
Generalnie jest tak, że w austriackiej przestrzeni literackiej – czy szerzej: intelektualno-kulturowej – raz po raz podejmuje się intensywny namysł nad samym językiem. Wittgenstein, tak ważny dla Bachmann, to u nas postać najbardziej pod tym względem znana, ale obok niego trzeba wymienić choćby Karla Krausa, wieloletniego redaktora czasopisma „Die Fackel”, który od początku XX wieku przez ponad trzydzieści lat wywierał przemożny wpływ na kulturę Austrii. Był on wielkim badaczem języka, a przede wszystkim jego zafałszowań – tego, jak zdeformowany język deformuje nasze doświadczenie. Późniejsze przedsięwzięcia Thomasa Bernharda, Petera Handkego i Elfriede Jelinek także – każde na swój sposób – wpisują się w tę tradycję.
Ten nieustanny namysł nad sposobem, w jaki język kształtuje i zniekształca nasze doświadczenia i naszą podmiotowość, jest u Bachmann bardzo silnie obecny.
Nie ma w tym nic dziwnego: odpowiedzialne pisanie po niemiecku w pierwszych powojennych dekadach wymagało wytężonej refleksji nad samym medium językowym, które – z butami i czapką – wciągnięte zostało przecież w nazistowską katastrofę.
Pyta też pani o fragmentaryczność tej powieści. Tak, to istotny wątek. Niby to sprawa przygodna – powieść została zarzucona przez autorkę – ale przecież nie do końca. „Przypadek F.” to, między innymi, opowieść o przemocy i rozmaitych formach traumatyczności. O tych sprawach nie mówi się w sposób spójny, a jeśli się mówi – fałszuje się, zakrywa prawdę doświadczenia. Ta powieść stara się pozostać wierna doświadczeniu i jego prawdzie, nieuchronnie więc stanowi zarazem studium rozmaitych form wyrazu i niemożności wyrazu – szukania języka czy możliwości wypowiedzenia tego, co nam zrobiono albo co nam się przydarzyło. Jest próbą znalezienia własnego głosu. W tym sensie ta książka jest również książką o języku i jego granicach, więc jej poszarpany charakter jedynie wzmaga siłę jej ekspresji i pozostaje zgodny z jej wewnętrznym rytmem.
„Przypadek F.” jest też dla mnie, na pierwszym planie, analizą lęku i przemocy psychicznej. Główna bohaterka Franziska w pewnym sensie dokonuje autopsychoanalizy swojego lęku, jest bardzo świadoma tego, co jej dolega. A przynajmniej takie odnosimy wrażenie jako osoby czytające. Czy faktycznie tak jest?
Bohaterka powieści podejmuje desperacką próbę ucieczki, wyrwania się z niszczącego ją imperium, które w wąskim sensie jest po prostu mikroprzestrzenią jej małżeństwa –toksycznego związku z psychiatrą Jordanem.
W szerszym sensie jest to ucieczka z Austrii, z przestrzeni powojennego zakłamania austriackiej kultury i społeczeństwa, na koniec zaś – w ogóle z Europy jako zatrutego kontynentu.
Myślę o tej przestrzeni jako o państwie Jordana, o imperium, w którym w najlepsze pleni się wirus zbrodni i przemocy. Jest on tymczasem mniej widoczny na poziomie politycznym, ale – zdaniem Bachmann – pozostaje wszechobecny w życiu społecznym i rodzinnym, gdzie jego ofiarami padają zwłaszcza kobiety. To właśnie z tego imperium bohaterka próbuje się wydostać.
Do jakiego stopnia Franziska rozumie, co się z nią dzieje, i dlaczego robi to, co robi? Na pewno to postać bardzo refleksyjna, która stopniowo rozpoznaje i oświetla kolejne wymiary pułapki, w której się znalazła. Wiele rzeczy pozostaje jednak dla niej nieprzejrzystych – jak choćby jej stosunek do brata czy zmarłego ojca. No, a nad tezą, że sama tego rodzaju analiza mogłaby przynieść wyzwolenie, wiszą oczywiście olbrzymie znaki zapytania. Niezbędna okazuje się przecież całkiem dosłowna, fizyczna ucieczka, a i ta okazuje się na koniec niewystarczająca.

Bohaterka analizuje, dlaczego ona, osoba inteligentna i o silnym charakterze, pozwoliła się oszukać. Dlaczego tak późno zrozumiała, że poślubiła nowoczesną wersję Sinobrodego. To zresztą bardzo ciekawe nawiązanie do tej nieśmiertelnej baśni, którego pełne rozwinięcie możemy znaleźć w opowiadaniu Bachmann „Szczekanie”.
Tak, w tym sensie powieść Bachmann to także analiza bolesnego procesu rozpoznawania złudzeń wpisanych w dynamikę upodleglenia-przez-upodmiotowienie – dynamikę tworzenia pewnej z pozoru stabilnej i po mieszczańsku eleganckiej, w istocie zaś zniewalającej i niszczącej, formy egzystencji.
Można tę książkę czytać bardzo pesymistycznie – jako studium tego, jak konsekwentnie świat patriarchalnej mikroprzemocy nabija kobiety w butelkę ujarzmienia, z której nie mogą się wydostać, nawet jeśli z wolna poczynają rozumieć, co im się przydarzyło.
Przy takim odczytaniu wszelka analiza staje się tu analizą niemożności ucieczki z ujarzmiającego imperium Jordana. Gdy bohaterka wymyka się poza jego terytorium, potrafi jedynie rozpoznać skalę nieodwracalnych zniszczeń, jakie poczyniono w jej duszy. Ten proces dopełnia skwiercząca ironia sceny, w której bohaterka – tyle chyba wolno zdradzić – odszukuje byłego nazistę, zbrodniarza wojennego, żeby uzyskać od niego substancję, która pomogłaby jej uciec z tego życia.
Ja sam lubię jednak czytać tę książkę z jakimś okruchem nadziei, z poczuciem, że być może rysuje się w niej jakaś niewybrana jeszcze ścieżka prawdziwej ucieczki. W rozmaitych enigmatycznych elementach fabuły, w jej niejasnościach, widzę możliwość innej interpretacji. Ta ewentualność mogłaby wiązać się choćby z postacią brata, która pozostaje bardzo niejednoznaczna. Być może w relacji między siostrą a bratem drzemie jakaś straszliwa przemoc, nawet jeszcze gorsza niż ta, od której bohaterka próbuje uciec. Ale być może nie. I właśnie ta niejednoznaczność pozostawia pewną przestrzeń dla nadziei, choć jest to nadzieja bardzo krucha. Może jeszcze będzie okazja, żeby wrócić do tej sprawy.
Zatrzymajmy się na chwilę przy motywach wojennych. Z jednej strony mamy negatywny wymiar wojny związany z mężem, który prowadzi badania nad ofiarami obozów – a Franziska, w pewnym sensie przejmuje ich traumy – a także wspomnianego przez pana lekarza-nazistę. Z drugiej strony, już na początku powieści, pojawia się bardzo pozytywne skojarzenie z wojną: rok 1945, wyzwolenie przez Anglików i pierwsza miłość, połączona ze śmiercią matki. Mam jednak wrażenie, że siła tego zakochania okazuje się większa niż trauma związana ze stratą matki i żałobą.
To bardzo interesujący wątek. Na ten temat zwraca uwagę Monika Gromala, badaczka twórczości Bachmann i Jelinek. W swojej świetnej książce zatytułowanej „Domokrążcy” Gromala pokazuje, w jaki sposób w tych fragmentach, o których pani wspomina, Bachmann przeobraża własne doświadczenia zapisane w jej „Dzienniku wojennym”, który również mamy w polskim przekładzie. Rzecz wypada wysoce dwuznacznie, ponieważ w literackim przetworzeniu postawny brytyjski oficer zastępuje żydowskiego chłopaka…
Ale zgoda: mamy tutaj rzeczywiście ten bardzo żywiołowy, witalny fragment. To wspomnienie uruchamia się w przestrzeni rodzinnej, dziecięcej, która dla bohaterki staje się pierwszą stacją ucieczki od męża. To także przestrzeń pierwszej miłości, eksplozji witalności i obietnicy nadchodzącego życia. Zarazem jednak przecież ten powrót do miejsca, w którym bohaterka spędziła dzieciństwo, jest wszystkim tylko nie wyzwoleniem.
Nic tak nie przygnębia jak miniona, niespełniona obietnica szczęścia.
W miejscu początku dochodzi zatem do konfrontacji między dawnym wyzwoleniem i obietnicą życia a rozpaczą zawiedzionych nadziei. Obecne zniewolenie i wewnętrzna destrukcja przeglądają się tu w zwierciadle minionej emancypacji czy też jej zapowiedzi.
Wracając natomiast do elementu, o którym pani wspomniała, czyli do pracy męża Franziski. Z jednej strony, mamy tutaj bardzo trafnie przez panią wskazaną figurę identyfikacji bohaterki z traumami i cierpieniami pacjentów jej męża. Z drugiej, komplementarnie, mamy upiorną figurę, zgodnie z którą ten straszny człowiek urządza w swoim małżeństwie mały obóz koncentracyjny. Na zewnątrz uchodzi za wielką gwiazdę i specjalistę od traum wojennych, a więc za człowieka stojącego po dobrej stronie mocy. Tymczasem we własnym małżeństwie odtwarza struktury przemocy, które bada.
Konfrontujemy się więc tutaj z całą masą dwuznaczności. Warto też wspomnieć o ojcu bohaterki, który jako żołnierz Rommla być może zginął pod Al-Alamajn.
Podróż do Egiptu, którą podejmują brat i siostra, jest w jakimś niejasnym sensie podróżą w poszukiwaniu ojca. To jeden z wymiarów powieści, w których widać granice świadomości Franziski. My, czytelnicy, widzimy, że rodzeństwo znalazło się w pobliżu miejsca, w którym być może zginął ich ojciec. Oni jednak tego nie widzą, nie wiedzą, a jednak ku temu miejscu grawitują.
Czego tam szukają? Czy nieświadomie chcieliby swojego ojca ostatecznie pochować i w ten sposób się od niego uwolnić? Trudno orzec. W każdym razie jasne jest, że Egipt, do którego rodzeństwo nawiewa, wciąż naznaczony jest śladami europejskiej wojny: stacjonuje tam były nazista, wcześniej były tam wojska Rommla, jest prawdopodobne, że właśnie tam zginął ich ojciec. Być może więc dopiero Sudan, który pojawia się w ledwie nakreślonych, ale bardzo pięknych fragmentach powieści, byłby przestrzenią, gdzie możemy na moment wydobyć się poza obszar europejskiej przemocy. Ale i to przecież może być złudzenie.
Podróż z bratem Martinem, z którym bohaterkę łączy dość dziwna, niedopowiedziana relacja, być może kazirodcza, o czym pisze pan w posłowiu, ma pozwolić jej wyjść z ciemności, ale okazuje się, że czasem nawet najlepsze chęci i zaangażowanie bliskich nie są w stanie uchronić ukochanej osoby.
Wyobrażam sobie takie odczytania, które widzą w Martinie po prostu kolejnego przemocowca albo człowieka nieświadomego swojej przemocowej natury. Zwłaszcza ta druga możliwość wydaje mi się uzasadniona. Ja sam bronię się przed tą lekturą, bo lubię tego osobnika, ale trzeba przyznać, że w powieści jest mnóstwo znaków, które pozwalają rozpoznać go jako kogoś, kto sam nie rozumie własnej potworności. Nie chcę powiedzieć, że jest jeszcze jednym Jordanem, bo może być nawet czymś gorszym – właśnie jako człowiek, któremu się zaufało, od którego oczekuje się ocalenia.
Istnieje możliwość, że ostateczne nieszczęście, które spotyka bohaterkę, jest w jakimś sensie związane z czymś, co pochodzi od Martina, ale czego on sam nie rozumie.
Że to, co ostatecznie niszczy Franziskę, to odszczepiony, nierozpoznany aspekt postaci jej brata, który miał ją przecież ocalić.
Jest też jednak interpretacja łaskawsza, o której pani wspomniała. Zgodnie z tym ujęciem, Martin to człowiek, który próbuje pomóc, ale po prostu nie daje rady. Jego wysiłki i dobre intencje służyłyby wówczas pokazaniu właśnie tej niemożności – pokazaniu, że Franziska została zdruzgotana przez męża w sposób nieodwołalny, po prostu nie może więc ujść cało, a Martin może co najwyżej asystować przy jej rozpadzie. Jego dobre intencje pozwalałyby jedynie oszacować rozmiary tej katastrofy, niejako opisać od zewnątrz granice straszliwego imperium, do którego Martin nie ma ostatecznie dostępu. To dopuszczalna lektura. Nota bene warto pamiętać, że Martin to człowiek, który sam uciekł: przed swoją rodziną, przed Austrią. Zajmuje się wszystkim, byle tylko nie zajmować się sobą i własnymi konfiguracjami rodzinnymi. No, a dopóki Franziska nie potrzebowała jego pomocy, sama nie była dla niego szczególnie dobrą i czułą siostrą.
Ja sam przy ostatniej lekturze tej książki nabrałem jednak jeszcze więcej sympatii do Martina. To człowiek pozbawiony kontaktu z samym sobą, a zarazem jakoś eksperymentujący, próbujący, szukający.
Mamy niewiele sugestii na ten temat, ale wydaje mi się również kimś, kto poszukuje własnej tożsamości i orientacji, kimś, kto dopiero się kształtuje. Może trochę po omacku, ale właśnie dlatego pojawia się tu pewna możliwość – to chyba najbardziej pozytywna lektura tej postaci – że ze względu na swoje własne pogubienie i poszukiwanie jest też człowiekiem, który mógłby, albo prawie mógłby, przynieść bohaterce ocalenie.
W Polsce najlepiej znana książka Bachmann to „Malina”, którą uważa się za powieść o miłości niemożliwej do poety Paula Celana. Zresztą w 2010 roku nakładem Wydawnictwa a5 ukazał się zbiór korespondencji „Czas serca. Listy” – niezwykłe świadectwo wieloletniego związku Bachmann właśnie z Celanem. Jak to jest z tym autobiografizmem, czy może raczej autofikcją w twórczości Bachmann? Czy uprawionym jest takie odczytanie jej twórczości, także „Przypadku F.”?
Po pierwsze, powiedzmy sobie – to mogło paść na początku naszej rozmowy, ale niech padnie pod koniec – że
Ingeborg Bachmann miała krótkie, ale niezwykle burzliwe życie: pełne wielkich namiętności, intensywnych związków, licznych przyjaźni i literackich sukcesów, ale także wielkich osobistych dramatów i załamań, potwornych ciężarów, które musiała dźwigać.
Rzeczywiście, jej związek z Paulem Celanem, ze względu na rangę obojga autorów, ale także rangę literacką tomu „Czas serca”, w którym zebrano ich korespondencję, wzbudza ogromne zainteresowanie i emocje – nie bez powodu. Moim zdaniem Bachmann wypada w tej korespondencji wspaniale. Z Celanem bywa w tym wypadku różnie, co oczywiście nijak nie narusza strzelistego geniuszu jego poezji.
Natomiast w „Malinę” wpisany jest nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim Celan. Wiadomo, że „wątek celanowski” Bachmann wprowadziła do gotowego już właściwie manuskryptu powieści na wieść o samobójczej śmierci poety. Uważa się, że w jeszcze większym chyba stopniu obecna jest tam inna wielka miłość Bachmann, czyli Max Frisch. Biograficzne odczytania „Maliny” bywają zresztą rozmaite, a interpretatorzy spierają się co tego, kto tam właściwie jest kim.
W każdym razie Frischa moglibyśmy szukać także w „Przypadku F.”. Moglibyśmy pewnie odnaleźć go w postaci doktora Jordana, ponieważ powieść powstała po dramatycznym rozpadzie ich związku, okupionym załamaniem nerwowym Bachmann. Idąc tym tropem, można by wysunąć w sumie dość niekontrowersyjną hipotezę, że za postacią Martina kryje się Adolf Opel, partner pisarki, z którym odbyła podróż do Egiptu i Sudanu. Uważa się, że choć ich związek nie trwał długo, był dla niej bardzo ożywczy.
Ale oczywiście takie przypisania – Jordan to Frisch, Martin to Opel – są niedokładne i można je rekonfigurować niemal dowolnie. A co najważniejsze, można w ogóle nie mieć pojęcia o tych biograficznych tropach, książka broni się bez nich świetnie. Bo też, niech to wreszcie wybrzmi,
przy całej swojej krótkości i fragmentaryczności, „Przypadek F.” jest książką przepotężną, pod wieloma względami chyba bardziej udaną niż „Malina”.
Oczywiście, „Malina” to rzecz niezwykle bogata i przejmująca – i trudno ją tak po prostu zbyć. Ale „Przypadek F.” wydaje mi się bardziej zwarty, a zarazem analitycznie niesłychanie głęboki.
No, ale gdy już coś tam się wie o życiu Bachmann – o tym życiu pełnym miłości i cierpień, pełnym rozpaczy, a zarazem wielkich uniesień – tym bardziej podziwia się jej umiejętność literackiego przetworzenia tej egzystencji, wejścia z nią w literacki dialog i poddania jej analizie w przestrzeni literatury. Oto kochanek staje się bratem, a może nawet sobowtórem bohaterki, a wówczas rzeczywisty związek poczyna odsłaniać ukryte aspekty i warianty, które komunikują się z doświadczeniem czytających, nawet jeśli ci nie mają pojęcia o biograficznym źródle tego czy innego elementu fabuły.
W tym sensie perspektywa biograficzna, jeśli nie używamy jej jako redukcyjnej brzytwy, pozwala zrozumieć, jak potężnym medium jest literatura. Dzięki zawrotnym potencjałom tego medium ludzie najbardziej utalentowani i przenikliwi – tacy jak Bachmann – potrafią poddawać nieskończonej analizie to, co im się przydarza, my zaś – z racji mniejszych uzdolnień skazani na rolę czytelniczków – możemy zrozumieć coś z własnego życia.
Warto też pamiętać, że Bachmann zniknęła z tej smętnej planety jako stosunkowo młoda osoba.
Płaczemy po wielu ludziach, ale po Ingeborg Bachmann płaczemy szczególnie, ponieważ kiedy czytamy jej późne utwory, świta nam, że z biegiem lat rozumiała coraz więcej i coraz precyzyjniej umiała nazywać to, co działo się wokół niej i z nią. Była po prostu coraz mądrzejsza.
Książka:
Ingeborg Bachmann, „Przypadek F.”, tłum. Krzysztof Jachimczak, wyd. Filtry, Warszawa 2026.
