Opublikowany niedawno sondaż United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski pokazuje, że obecna koalicja rządząca ma szansę utrzymać większość w kolejnym Sejmie. Warunkiem jednak jest to, że będzie startować z jednej listy wyborczej.

Byłaby to większość bardzo słaba; koalicja miałaby 11 mandatów więcej niż prawica. Ale gdyby partie koalicyjne startowały osobno, prawica miałaby w sumie 26 mandatów więcej. PSL i Polska 2050 znalazłyby się poniżej progu wyborczego.

Załóżmy, że powstanie wspólna lista. Jaką kampanię może prowadzić taka koalicja wyborcza? I o kogo się starać?

Co tu można obiecać?

Już teraz, sprawując rządy, KO, Lewica, PSL, Polska 2050 i Centrum mają kłopoty z realizowaniem polityki, która byłaby satysfakcjonująca dla jej wyborców. Nie chodzi tylko o to, że nie może liczyć na podpis kolejnych prezydentów – Andrzeja Dudy, a teraz Karola Nawrockiego – pod ustawami, których obietnica dała jej władzę w 2023 roku. Chodzi także o te obietnice, na które liczyli wyborcy poszczególnych partii. Na przykład o legalizację aborcji do 12. tygodnia ciąży, na którą liczyli wyborcy KO i Lewicy. Nawet jeśli nie zostałaby podpisana, można by ją pokazać. Nie można, bo sprzeciwia się jej PSL.

PSL z kolei musi wykazywać się przed swoim elektoratem i swoimi działaczami realizacją ich interesów. Nie udało im się, kiedy w Sejmie przepadła ustawa o zniesieniu dwukadencyjności w samorządach. Przeciw głosowała część posłów KO i Lewicy.

Logikę działania koalicji, a więc wzajemne ustępstwa, gdy wspólnie władzę sprawują partie o różnych poglądach, można zrozumieć, kiedy trwa kadencja Sejmu. Trudno jednak zbudować wyrazisty przekaz takiej koalicji w kampanii wyborczej, kiedy stara się ona o głosy.

Nijakość, nieskuteczność, nieumiejętność zbudowania wyrazistej linii zarzuca się rządzącym już teraz. Dla wspólnej listy kampania mogłaby być wyjątkowo trudna. Tym bardziej że nie byłaby oparta na wizji czegoś, czego nie ma, a dopiero może być. Rządy tej koalicji trwają, wyborcy mogą już teraz być rozczarowani i nie wyobrażać sobie poprawy. Aby obecna władza znów wygrała, warto przyciągnąć do niej niezdecydowanych, a nie tylko żelazny elektorat. I to może być słabą stroną tego rozwiązania.

Łatwiej marzyć niż działać

Partie, które starają się o kontynuację rządów, zawsze mają trudniej niż te, które obiecują zmianę. Nowe wizje, nawet jeśli są nierealne, brzmią atrakcyjnie. Tak właśnie może być z obietnicami partii prawicowych, często populistycznych. Wyborcom łatwiej jest myśleć o własnych finansach niż o tych publicznych, kiedy słyszą, że mogliby płacić niższe podatki. Łatwiej myśleć, że imigranci zajmują miejsca w kolejkach do lekarzy, niż o tym, że ochrona zdrowia wymaga nakładów i reform. Albo że za poczucie niepewności przyszłości czy zły stan psychiczny młodzieży odpowiadają przemiany społeczne i obyczajowe. Niezależność kobiet nie sprawia, że rodzi się mniej dzieci, a patriarchalny model rodziny jest coraz mniej popularny. Ale sfrustrowanym trudnymi czasami mężczyznom można podsunąć takie wytłumaczenie. I obietnicę, że to się zmieni, jeśli władzę przejmą populiści.

Partie rządzące mogą obiecywać odświeżenie i nowe pomysły. Ale to jednak będzie wciąż kontynuacja.

Dlatego trudno będzie dotrzeć do tych rozczarowanych wyborców KO i Lewicy, którzy liczyli na progresywne rządy. Także do tych, którzy nie spodziewali się kontynuacji polityki PiS-u, jeśli chodzi o imigrację, uchodźców przy granicy z Białorusią, sposób umacniania wschodniej granicy. KO oczywiście zawsze liczy na to, że wyborcy spanikują z powodu zagrożenia przejęciem władzy przez prawicę. Ale wybory prezydenckie pokazały, że to ryzykowna kalkulacja.

Kontynuacja nie wystarczy

Wydaje się więc, że sondaż IBRiS-u daje nadzieję na utrzymanie władzy obecnej koalicji. Jednocześnie przewaga koalicji, czyli wspólna lista, jak sugeruje badanie, pokazuje, że stoi przed nią znacznie poważniejsze zadanie niż kontynuacja. I to zadanie nie może być realizowane jako obietnica w kampanii, bo wykazywać można się już teraz.

Liberalna demokracja w Polsce zależy od pomysłu liberalnej demokracji na siebie. Nie jesteśmy w tym osamotnieni – nie tylko my w Europie musimy zmierzyć się z tym wyzwaniem. Ale to wcale nie jest pocieszające.