
Powieść „Yesteryear” autorstwa Caro Claire Burke szturmem wzięła anglojęzyczny rynek książki i, jak to zwykle bywa, podzieliła odbiorczynie i odbiorców. Podczas gdy jedni rozpływają się w zachwytach, inni piszą o rozczarowaniu i niepotrzebnym „hypie”.
Niedawno – 28 października – książka w moim przekładzie trafiła do polskich księgarni i jestem pewna, że sytuacja się powtórzy: jednych porwie, drugich odrzuci. I świetnie, niech w mediach społecznościowych i na portalach czytelniczych toczą się dyskusje o tym, czy któregokolwiek z bohaterów Burke da się lubić, czy akcja wciąga, czy się wlecze, czy styl autorki – nieskomplikowany, codzienny, bez pretensji do literackości rozumianej jako wysublimowana oryginalność wyrazu – uwodzi czy zawodzi.
W tym tekście nie zamierzam skupiać się na żadnym z tych aspektów, tym bardziej że relację z „Yesteryear” nawiązałam jako tłumaczka i czuję, że nie wypada mi teraz wchodzić w rolę recenzentki. Chcę natomiast pochylić się nad tym, jak wybór narratorki kształtuje nasze doświadczenie czytelnicze. Bo to właśnie z naszej relacji z główną bohaterką – z naszego spotkania, czy może raczej zderzenia z nią – wypływają najciekawsze pytania, które, niezależnie od osobistych wrażeń z lektury, warto trochę poobracać w głowie.
Tradwife i podróż w czasie
„Nazywam się Natalie Heller Mills i byłam doskonała w życiu pełnią życia”. Tak przedstawia nam się protagonistka „Yesteryear” i wiemy już, że będzie to opowieść o upadku. Dawniej Natalie święciła triumfy jako popularna w sieci tradwife (od angielskiego traditional wife – tradycyjna żona), która wraz z przystojnym mężem prowadzi farmę na odludziu, wychowuje gromadkę dzieci, a w wolnych chwilach piecze chleb. I dzieli się tym wszystkim z milionami obserwatorów, którzy jednak nie widzą całego zaplecza: niań, pomocników rolnych, producentki odpowiedzialnej za tworzenie treści, produktów sprowadzanych z Chin i sprzedawanych za grube pieniądze jako dobra luksusowe.
Nie jest tajemnicą, że Burke wzorowała swoją bohaterkę na prawdziwej influencerce prowadzącej konto „Ballerina Farm”, ale w mediach społecznościowych, także polskich, znaleźć można wiele innych kobiet funkcjonujących podobnie do Natalie.
Autorka dotyka więc zjawiska, które zatacza coraz szersze kręgi i gładko wpisuje się w rosnące w siłę konserwatywne ruchy głoszące postulaty spod znaku Kinder, Küche, Kirche.
Oczywiście próba wtłoczenia kobiet w „tradycyjne” role to nie jedyny szkodliwy aspekt działalności tradwives. Pokazywane w sieci migawki z ich życia są jedynie grą pozorów, lecz u wielu odbiorczyń wzbudzają zupełnie nierealne pragnienia i poczucie, że są niewystarczające jako żony, matki i kobiety.
Największe celebrytki wśród tradwives nie tylko mamią swoje obserwatorki co do tego, czym i w jaki sposób zajmują się w życiu, ale też ucieleśniają kapitalistyczne i konsumpcjonistyczne wartości: reklamują, sprzedają, tworzą nadmiar, wyzyskują cudzą naiwność i w imię kariery (której rzekomo nie mają) poświęcają bardzo wiele, między innymi prywatność swoich dzieci.
To skrótowe przedstawienie złożonego zagadnienia pokazuje, jak wybuchowy temat wzięła na warsztat Burke, która zresztą poszła o krok dalej: zamiast poprzestać na opisie influencerskiej rzeczywistości, wplotła w swoją historię tajemniczy wątek: pewnego ranka Natalie budzi się w rzeczywistości, która znacznie różni się od jej doskonałego świata. Wszystko wskazuje na to, że przeniosła się w czasie, do epoki pionierów i pionierek, którzy byli dla niej inspiracją i (luźno traktowanym) wzorem do naśladowania. Co zrobi i jak się odnajdzie, gdy naprawdę przyjdzie jej wcielić się w „tradycyjną” kobiecą rolę?
Kto ani razu nie zgodził się z Natalie, niech pierwszy rzuci kamieniem
Powiedzmy to od razu: Natalie jest okropną osobą. Antypatyczną, mściwą, nieszczerą, przeżartą hipokryzją egoistką o zawyżonym poczuciu własnej wartości i obsesją na punkcie tego, „co ludzie powiedzą”. I to właśnie ona mówi do nas, to z jej perspektywy zmuszone i zmuszeni jesteśmy obserwować rozwój wydarzeń. Literacka bliskość z taką postacią budzi dyskomfort – ale może jego źródłem jest nie tylko nasz wstręt do bohaterki? Ponieważ w tym kontekście dzieją się dwie ciekawe rzeczy. Po pierwsze, z Natalie czasem trudno się nie zgodzić, nawet jeśli zgoda ta obwarowana jest pewnymi zastrzeżeniami.
Bohaterce zdarza się trafnie identyfikować problemy współczesnego świata – niekiedy jej perspektywę wykoślawiają osobiste uprzedzenia, często rozpoznaniu towarzyszą wnioski i decyzje, które z całą mocą potępiamy. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy zmierzyć się z nieprzyjemnym poczuciem, że na pewnym podstawowym poziomie ta okropna Natalie ma rację. Tak, często tam, gdzie powinna panować demokratyczna merytokracja, bardziej liczą się: uprzywilejowanie, pochodzenie, znajomości oraz pieniądze. Tak, choć niektóre feministki odtrąbiły zwycięstwo, kiedy kobiety zyskały dostęp do wcześniej zamkniętych przed nimi profesji, w wielu branżach pracowniczki wciąż mierzą się z szeregiem problemów, takich jak niedoreprezentowanie, nierówne płace, pomijanie przy awansach, molestowanie seksualne czy nieustająca konieczność dowodzenia, że nadają się na swoje stanowisko. Tak, niektórzy ludzie dają upust przeróżnym życiowym frustracjom, bezwstydnie oceniając i hejtując innych (albo Innych) w internecie. Przykłady można mnożyć.
A to, że Natalie nieraz sama jest częścią problemu? Że przewrotnie wykorzystuje swoje przenikliwe diagnozy, by usprawiedliwić dokonywanie niemoralnych wyborów? To jedynie dokłada kolejną warstwę dyskomfortu. Zupełnie jakby Burke próbowała coś nam pokazać, a równocześnie – wybierając taką, a nie inną narratorkę – zamydlić nam oczy.
To doświadczenie bliskie życiu we współczesnym świecie, gdzie z pozoru łatwo dotrzeć do informacji, lecz równie łatwo poddać się zideologizowanym przekazom, a nawet wpaść w króliczą norę.
W pewnym sensie czytelnicze zapasy z Natalie mogą być ćwiczeniem z oddzielania faktów od ich interpretacji, a następnie formułowania własnych wniosków (lub pytań i wątpliwości).
Współczucie – towar limitowany
Po drugie, podróż z bohaterką to test dla granic naszej empatii. Sądząc po wątkach i komentarzach na portalach internetowych, Natalie to postać, którą da się błyskawicznie znielubić, przez co równie szybko można dojść do wniosku, że „dobrze jej tak”. Mało kto przyznaje się do jakichkolwiek przejawów współczucia wobec niej, a przecież bohaterka nieraz znajduje się – i to nie zawsze z własnej winy – w sytuacjach przykrych, trudnych czy wręcz traumatycznych, w dodatku dobrze znanych całym zastępom kobiet. Bo żeby upaść, musiała najpierw dostać się na szczyt, a prowadząca tam droga często okazywała się stroma i kamienista (zawiodła ją zresztą na całkiem inny szczyt niż ten, na który Natalie pragnęła zawędrować). Nie starczyłoby tu miejsca, żeby rozprawić się ze wszystkimi przełomowymi momentami w życiu bohaterki, ale dość wymienić kilka: na uczelni przestaje wierzyć w mit merytokracji i zderza się z przeszkodami czekającymi na kobiety „w prawdziwym świecie”. Jako pozbawiona edukacji seksualnej młoda dziewczyna zostaje wmanewrowana w rodzicielstwo bez żadnej realnej wiedzy na jego temat, co uwidacznia się już (albo dopiero) w trakcie porodu:
„Wiedziałam oczywiście, na jakimś z grubsza zarysowanym praktycznym poziomie, że moje ciało będzie się musiało otworzyć, by noworodek mógł wyjść, ale nie byłam w najmniejszym stopniu przygotowana na nagą grozę tego procesu; nie wiedziałam, że najdelikatniejszy i najintymniejszy skrawek mojej skóry rozedrze się na długości dwóch i pół centymetra; nie wiedziałam, że przez całą tę straconą krew na sali porodowej będzie śmierdzieć żelazem, nie wspominając o dosłownie rozumianych ludzkich ekskrementach. Czułam się jak jeden z tych nastoletnich chłopców wysłanych w Dniu D do Normandii. Ze swojego stanowiska na szpitalnym łóżku szaleńczo wodziłam wokół błyszczącymi, niewidzącymi oczami, a połowa mojego mózgu była przekonana, że ktoś zaraz wpadnie do środka i mnie uratuje, uleczy, obudzi z tego potwornego snu, podczas gdy druga miała całkowitą pewność, że umarłam”.
Jako przedstawicielka konserwatywnej wspólnoty religijnej styka się z uprzedzeniami i ignorancją ze strony liberalnych koleżanek.
Jednocześnie udowadnia – choć lubi chwalić się tymi cechami – że brak jej odwagi i determinacji, by dać odpór presji rodzinnej i oczekiwaniom społeczności. Nie można jej odmówić woli działania czy pewnej sprawczości, jednak nigdy nie przekracza narzuconych z zewnątrz granic, a zachowanie pozorów okazuje się dla niej największą świętością – to zresztą wpoiła jej matka i Natalie wpada w szał, gdy ta po latach rewiduje swoje poglądy, zaczyna dostrzegać wartość szczerej i otwartej rozmowy, staje się bardziej akceptująca i wyrozumiała zarówno wobec siebie, jak i innych.
Natalie nie postrzega tej zmiany jako czegoś pozytywnego – odbiera ją jako zdradę. Oto zbudowała całe życie na wyniesionych z domu fundamentach, a teraz cały gmach kruszy się i osypuje, ona zaś okazuje się jedyną osobą nadal wierzącą w zasady, zgodnie z którymi go postawiono.
To wszystko fakty, podobnie jak to – przypomnijmy – że Natalie jest okropną osobą. Jedno drugiego nie wyklucza, ale czyżby u części odbiorców i odbiorczyń antypatia blokowała empatię? Czyżbyśmy w naszym podzielonym świecie nie umieli odnaleźć w sobie współczucia dla osoby, która tak bardzo różni się od nas? A może boimy się, że jeśli się do niego przyznamy, nieczuły na niuanse sąd opinii publicznej oskarży nas o podzielanie poglądów bohaterki czy usprawiedliwianie jej postępowania?
Na koniec warto też przypomnieć o tym, na co często zwracają uwagę feministyczne badaczki: kultura, zarówno wysoka, jak i popularna, od dawna uczy nas współczucia dla mężczyzn, którzy postępują niemoralnie, ponieważ cierpią lub zostali skrzywdzeni. Ale kobieta, która na pierwszym miejscu stawia siebie, manipulująca żona, nieczuła matka? Być może i my mamy pewne granice, które obawiamy się przekroczyć.
Chcesz więcej? Sięgnij po Naomi Klein
Jeśli „Yesteryear” pozostawi w was niedosyt, koniecznie sięgnijcie po arcyciekawą książkę Naomi Klein pod tytułem „Doppelgänger. Podróż do lustrzanego świata” [tłum. Hanna Jankowska].
W toku tego niezwykłego śledztwa autorka przygląda się życiu swojej „sobowtórki”, Naomi Wolf – kobiety o radykalnie odmiennych poglądach, z którą bywa regularnie mylona ze względu na to samo imię, podobieństwo zewnętrzne i żydowskie pochodzenie.
Ponieważ nie może uciec przed Wolf, Klein postanawia przyjrzeć się jej bliżej i być może zrozumieć – przede wszystkim to, jak i dlaczego jej sobowtórka, która zaczynała jako myślicielka feministyczna, dokonała nagłej wolty, zyskując popularność w kręgach prawicowców, antyszczepionkowców i innych grup o skrajnych poglądach. Badając losy swojej imienniczki, Klein zadaje sobie i nam szereg niewygodnych pytań o funkcjonowanie dzisiejszego społeczeństwa, płynność tożsamości w sieci i to, jak łatwo ją wykorzystać do celów propagandowych, a także o rolę języka i przyzwolenia na hejt w kształtowaniu bieżącej rzeczywistości politycznej.
Tłumacząc „Yesteryear”, często wracałam myślami do Wolf. I próbowałam być jak Klein, która bezkompromisowo wylicza szkody wyrządzone i wciąż wyrządzane przez „Drugą Naomi”, ale zamiast bezrefleksyjnie ją potępić, szuka przyczyn jej metamorfozy, a przy okazji dokonuje szerszych obserwacji i stawia przekonujące diagnozy społeczne. Szczególnie uderzyło mnie to, co identyfikuje jako potencjalny punkt zwrotny w życiu i karierze Wolf – moment, w którym została publicznie ośmieszona, upokorzona i zdyskredytowana jako badaczka. Klein nie bez żalu pisze też o reakcji części liberałów i liberałek na jej osobliwą przemianę: Wolf notorycznie bywa przez nich wyśmiewana, znieważana, w niewybrednych słowach posądzana o głupotę.
Jednak wyszydzanie i lekceważenie, pisze Klein, donikąd nas nie zaprowadzą. Nie pomogą ani zneutralizować skutków działań Wolf, ani zrozumieć, skąd się biorą poglądy i postawy, które uważamy za niebezpieczne, ani tym bardziej efektywnie im przeciwdziałać.
Jeśli więc nie macie ochoty wczuwać się w sytuację Natalie z dobroci serca, zawsze możecie wykorzystać tę nieprzyjemną bliskość w sposób czysto pragmatyczny. Nie tylko odnotować swoją odrazę, ale też zapytać z autentyczną ciekawością: kim jesteś, Natalie? Kiedy i dlaczego stałaś się tą osobą i co można było na to poradzić?
Reena
Natalie też ma sobowtórkę. Nazywa się Reena Magliotti i towarzyszy naszej bohaterce w końcowej scenie książki. Wiemy, że potem – kiedy my przewrócimy ostatnią stronę i zatrzaśniemy okładkę – one będą rozmawiać. „Odpowiem na twoje pytania – obiecuje Reena, choć wcale nie musi. – Wszystko ci opowiem”. Może ta rozmowa okaże się zaledwie kolejną zmarnowaną szansą. Natalie niejedną okazję do zmiany zdążyła zaprzepaścić. Jednak nawet jeśli już spisaliśmy ją na straty, to może przynajmniej Reena coś na tej przykrej relacji zyska? Może, obserwując Natalie, już czegoś się nauczyła?
Książka:
Caro Claire Burke, „Yesteryear”, tłum. Elżbieta Janota, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026.
