Zarówno „Primetime” Lance Oppenheima, jak i „Social reckoning: W sieci konsekwencji” Aarona Sorkina krytykują popularne narzędzia międzyludzkiej komunikacji – telewizję i Facebooka. Bardzo różnią się od siebie, ale mają też wspólny mianownik. Obydwa rozgrywają się w nieodległej przeszłości, obydwa też oparte są na autentycznych wydarzeniach i do pewnego stopnia stanowią ich rekonstrukcję. 

Trzeba też zaznaczyć, że w obu przypadkach odreżyserski atak nie jest totalny. W „Primetime” ukazuje się wątpliwe etycznie praktyki nie tyle całej telewizji, co jednego programu. W „Social reckoning” (w wolnym tłumaczeniu „Społeczne rozliczenie”) oskarżenie Facebooka też jest częściowe, skupiające się na zamieszczanych w nim komentarzach społeczno-politycznych, do których działalność platformy wszak się nie sprowadza. 

Materiały prasowe M2Films

Wzlot i upadek telewizyjnego reportera 

Zacznijmy od „Primetime”, debiutu fabularnego znanego dokumentalisty, w którym zagląda się za kulisy działania instytucji znacznie starszej od Facebooka i którego akcja rozgrywa się chronologicznie wcześniej. Mamy rok 2006, gdy telewizja jest jeszcze niezagrożoną potęgą. Netflix funkcjonuje jako wysyłkowa wypożyczalnia płyt DVD i dopiero za rok rozszerzy swoja działalność o usługi streamingowe. Założony rok wcześniej YouTube dopiero raczkuje. Podobnie Facebook, który powstał w 2004 roku, początkowo jako strona internetowa, gdzie studenci Harvardu mogli recenzować urodę swoich koleżanek i dopiero w tymże 2006 roku wychodzi poza mury uczelni. Telewizja, póki co, ma się więc bardzo dobrze, konkurencja pojawi się później. 

Bohaterem „Primetime” jest Chris Hansen (Robert Pattinson), reporter stacji NBC, twórca kontrowersyjnego programu typu „ukryta kamera”: „To catch a Predator” (w wolnym tłumaczeniu „Dopaść drapieżcę”). Ma on dość skomplikowaną formułę i wymaga kilkuetapowych przygotowań. Najpierw współpracujący z Hansenem członkowie stowarzyszenia Perverted-Justice przeczesują internet w poszukiwaniu pedofilów – przeglądają czaty między dorosłymi mężczyznami a nastolatkami. Następnie, wytypowawszy podejrzanego osobnika, angażują młodego aktora/aktorkę, którzy potrafią przekonująco zagrać nieletniego chłopca bądź dziewczynkę. Ich zadaniem jest zwabić „drapieżcę” do wynajętego domu, w którym już czeka reporter ze swoją ekipą. Gdy wciągnięty w pułapkę pedofil swoim zachowaniem bądź słowami zdradzi seksualne zamiary, na scenie pojawia się Hansen, prosi go uprzejmie, by wygodnie usiadł, po czym wygłasza umoralniającą mowę, zaś za drzwiami czeka już policja, by delikwenta aresztować. Samo jednak aresztowanie oraz dalsze konsekwencje prawne wydają się w sumie mniej dotkliwe od wcześniejszego spektaklu publicznego upokorzenia. Cały kraj cię ogląda i dowiaduje się, że jesteś obrzydliwym zboczeńcem. Czy może być większa kompromitacja? Czy nie jest to równoznaczne ze skazaniem na śmierć – przynajmniej cywilną? 

Prowadzący program Hansen – będący tu sędzią i katem w jednej osobie – nie zadaje sobie takich pytań. Jest przekonany, że oczyszcza świat z czającego się w ciemności zła i twierdzi, że jego program jest społecznie pożyteczny – zwiększa bezpieczeństwo amerykańskich dzieci. Za istotę swojej misji uważa publiczne napiętnowanie dewiantów. „Kiedyś w każdym cywilizowanym mieście stał pręgierz” – tłumaczy debiutującemu w roli „wabika” młodziutkiemu aktorowi, Danowi (Skyler Gisondo) – „Teraz w każdym domu jest telewizja”.

Program cieszy się dużą popularnością, więc dyrektor stacji – zastrzegając się, że prywatnie „To catch a Predator” nie lubi, ale widzi, że Ameryka go pokochała – przyznaje mu tytułowy prime time, czyli przesuwa w ramówce na wieczorną godzinę, porę największej oglądalności. Jest to szczytowy moment kariery Hansena, będący zarazem początkiem jej końca. Władze telewizji, chcąc podnieść atrakcyjność show, domagają się, by schwytani pedofile nie byli zwyczajnymi, przeciętnymi ludźmi, ale postaciami wpływowymi i prominentnymi, najlepiej publicznymi – czyli aby w sieci łowiono nie drobne płotki, a grube ryby. Gdy jednak udaje się namierzyć spełniającą te warunki osobę, odchodząca od rutynowej procedury akcja kończy się tragicznie, co powoduje zdjęcie programu z anteny. 

Okrutna rozrywka

Z filmu wynika dość jasno, że szumne deklaracje Hansena o „walce ze złem” i jego przekonanie o moralnej słuszności krucjaty, jaką prowadzi, jest tylko racjonalizacją działania dyktowanego znacznie mniej szlachetnymi intencjami. Najistotniejszym motywem jest jego ogromna ambicja, podsycana poczuciem niższości wobec prawdziwych, nieco pogardzających nim reporterów, oraz pragnienie popularności i sławy. „Primetime” okazuje się ostatecznie opowieścią o hipokryzji, i w tym sensie zasięg jego krytyki wykracza poza telewizję.

Sytuacje, w których hasło moralnego oczyszczenia jest wyłącznie środkiem do robienia kariery, znamy choćby z naszego podwórka, bardziej zresztą politycznego niż dziennikarskiego. 

Aby podkreślić obłudę swojego (anty)bohatera Oppenheim „dokłada” mu jeszcze niewierność małżeńską. Hansen romansuje z młodszą od siebie kobietą i zostaje namierzony przez dziennikarza amerykańskiego brukowca, „National Enquirer”, który szykuje o nim demaskatorski artykuł. Jest w tym niewątpliwie smakowita ironia – zawodowy myśliwy zostaje upolowany, a mistrz prowokacji sam staje wobec groźby publicznego napiętnowania – jednak tego rodzaju krytyka („Zdradza żonę!”) wydaje mi się mało wyszukana i trochę zbyt łatwa. 

Oppenheim Hansena w ogóle nie oszczędza. Ukazuje go jako człowieka komicznie wręcz próżnego i właściwie żałosnego. To pracoholik, który oprócz swojej pracy nie ma właściwie nic: jego małżeństwo jest martwe, on sam nie ma kontaktu nie tylko z unieszczęśliwioną przez siebie żoną, lecz także z dwójką swoich małych synków. Scena, w której sadza ich przed telewizorem, aby podziwiali pracę tatusia, zalatuje groteską, ale jest to groteska bardzo smutna. 

Nawet jednak, gdy jest w swoim żywiole, czyli w telewizji, nie budzi on ani sympatii, ani uznania, ani podziwu. Gdy wkracza do akcji, by przygwoździć schwytanego w pułapkę pedofila, wyraźnie rozkoszując się sytuacją, hipnotyzując wzrokiem ofiarę i cedząc swoją mantrę „Proszę usiąść” – budzi raczej niechęć. I w pewnym stopniu przyczynia się do tego, że na przyłapanych na gorącym uczynku (a właściwie tuż przed nim) pedofili patrzy się z pewnym współczuciem. Nie wiem, czy jest to efekt zamierzony; z pewnością głównie bierze się stąd, że oglądamy ludzi, którzy są, mówiąc potocznie, „skończeni”, ale sadystyczne podejście Hansena też ma w tym swój udział. 

Mówiąc najogólniej, „Primetime” oskarża telewizję o to, że poważny, wymagający starannej analizy problem społeczny zostaje w niej zamieniony w voyeurystyczny spektakl, niesmaczną i momentami okrutną rozrywkę.

Wydaje mi się też – choć film akurat o tym nie wspomina – że przekracza się tu granice między dopuszczalną prowokacją a podżeganiem do dokonania przestępstwa. Warto też zauważyć, że oskarżenie rozciąga się także na telewizyjną widownię. To w końcu publiczność – spragniona natychmiastowo wymierzanej sprawiedliwości i nie mająca nic przeciwko samosądom – zadecydowała o zawrotnej (do czasu) karierze programu i jego twórcy. I mimo upływu dwudziestu lat nie zniknęła, nie rozpłynęła się w powietrzu. Obecnie Hansen jest bohaterem nieco podobnego telewizyjnego serialu „Takedown z Chrisem Hansenem” w serwisie streamingowym TruBlu, który cieszy się podobno dużym powodzeniem. 

Materiały prasowe M2Films

Ofiarna gra Pattinsona i antypatyczne postacie 

„Primetime” nie jest filmem wybitnym i bardzo daleko mu do swoistego klasyka gatunku, „Sieci” Sidneya Lumeta [1976]. Wydaje się dość płytki i upraszczający. Trzeba jednak docenić ofiarną grę Pattinsona, którego postać, choć przerysowana i granicząca z karykaturą, nigdy tej granicy nie przekracza.

Godny uwagi jest też wizualny styl filmu, który pod koniec staje się halucynacyjny, przypominający senny koszmar, gdy jego bohater najwyraźniej pogrąża się w szaleństwie. Satyra społeczna zamienia się w horror. 

Jest to też film głęboko nieprzyjemny. Nie tylko z powodu swojej „śliskiej” tematyki, ale i dlatego, że nie ma tu dosłownie nikogo, z kim można byłoby sympatyzować. O Hansenie już była mowa. Trudno też kibicować jego współpracownikowi, Xavierowi (Matthew Maher), maniakowi spędzającemu noce na przeglądaniu czatów w sieci. Pozytywnych emocji nie budzi też producentka programu, Andie (Merritt Wever), wyznająca kult profesjonalizmu, ale nie zastanawiająca się, czemu ów profesjonalizm miałby służyć. Odrobinę cieplejszych uczuć wzbudza tylko wspomniany młodziutki aktor Dan, wierzący, że rola w programie otworzy mu drzwi do związku zawodowego aktorów; to chłopak ambitny, ale naiwny, który stopniowo uświadamia sobie, w co się wpakował. 

I ostatnia sprawa: „Primetime” wydaje się skierowany głównie do amerykańskiej widowni; dramatyczny incydent, który zakończył telewizyjną karierę Hansena, jest jej znany i wciąż pamiętany. Dla widza nieamerykańskiego niektóre sceny, zwłaszcza pod koniec filmu, mogą być jednak nieczytelne i dezorientujące.

Dziennikarskie śledztwo

„Social reckoning: W sieci konsekwencji” swoim tematem i brzmieniem oryginalnego tytułu nawiązuje do „Social network” [2010] Davida Finchera, znakomitego filmu o grupie studentów Harvardu, których skromny start-up po pewnym czasie stanie się medialnym gigantem. Tym razem jego scenarzysta, Aaron Sorkin, stanął tu również za kamerą (Fincher podobno odmówił), a znany z „Sukcesji” Jeremy Strong przejął po Jesse’em Eisenbergu rolę Marka Zuckerberga.

Nie nazwałbym tego filmu „sequelem” (nie tylko ze względu na szesnastoletni odstęp dzielący oba filmy) ani fabularną kontynuacją, nawet jeśli pokazuje, jak zmienił się dawny nieśmiały nerd, gdy stał się władcą medialnego imperium. To głównie opowieść o dziennikarskim śledztwie, ujawniającym społeczne szkody wyrządzone przez Facebooka, utrzymany w konwencji „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli [1976] czy obywatelskich filmów Franka Capry o zmaganiach skromnych, zwyczajnych ludzi z potężną, skorumpowaną instytucją. Z bliższych nam w czasie produkcji można by wymienić „Spotlight” Toma McCarthy’ego [2015]. 

Akcja filmu zaczyna się w 2019 roku, gdy dziennikarz śledczy Jeff Horwitz (Jeremy Allen White) przenosi się do oddziału „Wall Street Journal” w San Francisco, z zamiarem zbadania działalności Facebooka. Żaden z pracowników firmy nie chce z nim rozmawiać, dopóki nie skontaktuje się z Frances Haugen (Mikey Madison, gwiazda „Anory”). Podczas ich pierwszego spotkania Frances mówi mu, że użytkownicy Facebooka są popychani w stronę grup ekstremistycznych – i to tylko jeden z problemów, które odkryła, pracując w zespole do spraw przyzwoitości obywatelskiej. Nikt jednak (nawet koleżanki z tego działu), nie chce słuchać o wykrytych przez nią nieprawidłowościach i być może to skłania ją do nawiązania kontaktu z przedstawicielem prasy.

Materiały prasowe United International Pictures Sp z o. o.
„Social reckoning” składa się głównie z konspiracyjnych rozmów między dwójką naszych bohaterów – długich, często rozwlekłych i utrzymanych w nieco akademickim tonie.

Wszystkie one przebiegają według identycznego schematu: Frances, która przyszła do Facebooka, wierząc, że będzie on medium łączącym ludzi, na wstępie zapewnia Jeffa, że bardzo kocha swoją pracę i że w związku z tym nic mu nie powie. Po czym, czasem od razu, czasem po dłuższej chwili, zdradza mu sekrety firmy, odsłania kolejny kawałek prawdy o Facebooku. A przy następnym spotkaniu odbywa się ten sam rytuał: Frances uprzedza dziennikarza, że nic mu nie powie, po czym oczywiście mówi, i tak w kółko, co robi się coraz bardziej nużące.

Sorkin, zgodnie z tradycją tego rodzaju filmów, bardzo się stara, aby dochodzenie przebiegało w atmosferze nieokreślonego zagrożenia, by ten demaskatorski film miał w sobie coś z thrillera. Jednak mimo jego zabiegów „Social reckoning” nie generuje wielkiego napięcia. Oczywiście wiemy, że Frances ryzykuje nie tylko utratą pracy, ale i procesem mogącym mieć bardzo niemiłe konsekwencje natury finansowej, ale specjalnie się o nią nie boimy. I choć oboje powtarzają, że znajdują się w niebezpieczeństwie, rozwój wydarzeń tych obaw nie potwierdza. 

Para głównych bohaterów nie jest też szczególnie interesująca, a mówiąc dokładniej: interesująca jest jedna połowa tandemu, a druga bardzo nudna. Ta ciekawsza to oczywiście Frances: dziewczyna wybitnie inteligentna, neurotyczna, mająca problemy w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, a przy tym idealistyczna, pryncypialna, rozdarta między lojalnością wobec firmy a pragnieniem jej oczyszczenia. Jeff w porównaniu z nią jest nijaki i bezbarwny. Jego najbardziej charakterystyczną cechą jest zadziwiająca ignorancja w sprawach związanych z funkcjonowaniem mediów społecznościowych oraz nowoczesnymi technologiami (spóźnia się na spotkanie z szefową kalifornijskiego oddziału „WSJ”, gdyż nie umie obsługiwać GPS-a w wynajętym samochodzie). To, że akurat ktoś taki zajął się rozpracowaniem medialnego giganta, jest zabawnym paradoksem, jednak do zbudowania interesującej psychologicznie postaci nie wystarcza. Trzeba jednak oddać reżyserowi, że przynajmniej powstrzymał się przed uwikłaniem tej dwójki w romans, choć w scenie, gdy Frances przychodzi do pokoju Jeffa w seksownym ubraniu, aby ich spotkanie wyglądało z zewnątrz na randkę, jest już tego blisko. 

Materiały prasowe United International Pictures Sp z o. o.

Arogancki przybysz z obcej planety

Jakby zdając sobie sprawę z pewnej monotonii swojej narracji, Sorkin wprowadza równoległe drugi wątek, rozgrywający się w dwa lata później, w którym pojawia się sam twórca i właściciel Facebooka. Zuckerberg jest akurat przygotowywany przez swoich doradców do ewentualnego przesłuchania przed komisją senacką w następstwie ukazania się serii alarmistycznych artykułów w „Wall Street Journal” (w tym sensie sam ten wątek jest spoilerem). To coś w rodzaju próby generalnej, w trakcie której fachowcy od PR-u, na czele ze specjalistką od sytuacji kryzysowych (Wunmi Mosaku), dokładają starań, by szef wypadł przed komisją wiarygodnie i, jeśli tylko możliwe, zyskał sympatię senatorów. 

Jest to prawdziwa orka na ugorze, zwłaszcza ostatnie zadanie wydaje się niewykonalne – jak przerobienie mechanicznego robota na żywą ludzką istotę. Zuckerberg, z krótką, ledwo opadającą na czoło grzywką, kamienną twarzą i nieobecnym spojrzeniem przypomina cyborga, przybysza z obcej planety. Jest arogancki, wyniosły, megalomański, odpowiedzi na kłopotliwe pytania na przemian wyszczekuje i wywarkuje – i sympatia jest ostatnim uczuciem, jakie może wzbudzić. 

Materiały prasowe United International Pictures Sp z o. o.

Jego linia obrony jest prosta: może on robić, co chce, gdyż w Ameryce jest wolność słowa. Chętnie porównuje Facebooka do korkowej tablicy, na której każdy może przyczepić kartkę z dowolnym tekstem. On jest tylko pośrednikiem, więc nie odpowiada za treści zamieszczane przez użytkowników. Brzmi to w miarę przekonująco, jak deklaracja neutralnego światopoglądowego liberała, problem w tym, że Facebook nie był neutralny. Algorytm, o którym mówiła na pierwszym spotkaniu Frances, promował poglądy skrajne, kierował użytkowników w stronę grup radykalnych i szerzących nienawiść, priorytetowo traktował wypowiedzi agresywne, co wyostrzało podziały społeczne i polaryzację polityczną. Rozpowszechnianie treści podburzających wpływało na nasilenie przemocy w świecie rzeczywistym, co uczyniło Facebooka współodpowiedzialnym nawet za brutalny atak na Kapitol, skądinąd dość nieudolnie zrekonstruowany w filmie. 

Zuckerberg był tego wszystkiego świadomy, ale tak zwane dobro publiczne niespecjalnie go obchodziło, ważniejszy był zysk. W trakcie rozmowy z doradcami wspomina się o tym, że gdyby Facebook wprowadził mechanizmy zabezpieczające przed mową nienawiści, liczba jego użytkowników spadłaby o 1 procent, a więc raczej niewiele. Ale nie dla Zuckerberga. Gdy słyszy o tym, jest oburzony: „Wiesz, ile to jest jeden procent w skali globalnej?!”, wykrzykuje. No faktycznie – przy 3 miliardach użytkowników…

Pyrrusowe zwycięstwo i społeczny populizm

Rewelacje Frances, z których wynikało, że firma przedkładała „zyski nad bezpieczeństwo” i miała świadomość szkód, jakie wyrządziła, znalazły się w serii artykułów Jeffa i następnie zostały oficjalnie potwierdzone. Nasi bohaterowie odnieśli więc zwycięstwo, tyle że niewiele z niego wynikło. Pod tym względem Jeff i Frances różnią się od swoich poprzedników z „Wszystkich ludzi prezydenta” czy „Spotlight”. Reporterzy „Washington Post” doprowadzili do upadku najpotężniejszego człowieka na świecie, a dzięki dziennikarzom „Boston Globe” ukarano księży pedofilów z archidiecezji bostońskiej i ich zwierzchników, którzy tuszowali ich bezeceństwa. Efekty działania sygnalistki i dziennikarza z „Social reckoning” są jednak skromniejsze i niewiele zaszkodziły Facebookowi. Tak, zreformowano ów nieszczęsny algorytm, zrezygnowano z kontrowersyjnych projektów, no i z powodu nadszarpniętego wizerunku zmieniono nazwę z Facebook na Meta, która zresztą niezbyt się przyjęła. Jednak z napisów końcowych dowiadujemy się również, że wyeliminowano z niego programy weryfikacji faktów, a 43 procent użytkowników traktuje Facebooka jako główne źródło informacji. 

Oczywiście trudno z tego robić zarzuty filmowi, który stara się trzymać faktów. O jego kilku słabościach należy jednak wspomnieć. W przeciwieństwie do „Primetime”, film Sorkina pozbawiony jest wyrazistego stylu i oglądając go, żałowałem, że materiał ten nie trafił w ręce reżysera z prawdziwego zdarzenia. Przy niewielkich modyfikacjach mógłby być właściwie spektaklem teatralnym. Jest statyczny (żeby nie powiedzieć nudnawy) i przegadany. Dialogi, na których się głównie opiera, też nie są jakieś nadzwyczajne, co dość zaskakujące, zważywszy, że Sorkin nie bez powodu uważany jest za prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Tu tylko od czasu do czasu potwierdza tę zasłużoną opinię, w lawinie słów zdarzają się celne, pomysłowe sformułowania, ale ping-pongowe tempo prowadzonych rozmów nie jest bynajmniej równoznaczne z ich błyskotliwością.

Jest to film bardzo odmienny od złośliwej satyry Lance’a Oppenheima i w ogóle filmy te znacznie więcej dzieli, niż łączy. Jest jednak w nich coś wspólnego. Obydwa zarzucają prześwietlanym przez siebie instytucjom żerowanie na najgorszych ludzkich instynktach i, zgodnie z prawem sprzężenia zwrotnego, wzmacnianie ich. Ich sojusznikiem był społeczny populizm, zjawisko, które ma się dobrze i właściwie coraz lepiej. W tym sensie ostrzeżenie zawarte w tych historycznych już filmach zachowało swoją aktualność.

Filmy:

„Primetime”, reż. Lance Oppenheim, prod. USA, 2026.

„Social reckoning: W sieci konsekwencji”, reż. Aaron Sorkin, prod. USA, 2026.