Édouard Louis w październiku po raz kolejny odwiedził Polskę, tym razem na zaproszenie krakowskiego Conrad Festival. Spotkanie, w którym uczestniczył dotyczyło nie tylko jego książek, ale także przyjaźni z Didierem Eribonem i Geoffroy’em de Lagasneriem (ten ostatni poświęcił jej swoją książkę „We trzech”) oraz tego, co od tygodni dzieje się na francuskich ulicach.

Z Édouardem Louisem rozmawiam o „Monique ucieka” oraz „Krachu”, które ukazały się właśnie po polsku w tłumaczeniu Joanny Polachowskiej nakładem wydawnictwa Pauza, ale pytam także o protesty, by lepiej zrozumieć, co dzieje się we Francji.

Sylwia Góra: W „Monique ucieka” opisujesz kobietę, która wydostaje się ze spirali przemocy. W „Krachu” – człowieka, który tę przemoc powiela i zadaje, a ostatecznie sam ulega destrukcji. Czy te książki są dwiema odpowiedziami na to samo pytanie: co przemoc robi z ludzkim życiem?

Édouard Louis: Tak, w pewnym sensie to dyptyk o paradoksie przemocy. Jednym z punktów wyjścia dla tych dwóch książek było dla mnie pytanie: jak to możliwe, że mój brat, który był heteroseksualnym, silnym mężczyzną, człowiekiem stosującym przemoc, napadającym ludzi, bijącym kobiety i osoby homoseksualne, zmarł w wieku zaledwie 38 lat, podczas gdy moja matka – kobieta żyjąca w przemocy, poddana dominacji mężczyzn, którzy mówili jej, żeby siedziała w domu, gotowała, wychowywała dzieci, sprzątała dom i prała ubrania – to właśnie ona zdołała się z tego wyrwać?

Tak więc w tym dyptyku przegrani stają się zwycięzcami, a zwycięzcy przegranymi. I właśnie ten paradoks chciałem zgłębić. 

Jak to możliwe, że ta, która była najbardziej zdominowana, wyzwala się, a ten, który miał największą władzę, upada?

Czy myślisz, że los twojego brata był z góry przesądzony? Przez całą tę książkę próbujesz zadawać pytania, które sprowadzają się do jednego: czy można było go ocalić? Znalazłeś odpowiedź?

Nie. Nie wiem, czy można było go uratować. To, co wiem na pewno, to że wszystko w jego życiu, co wynikało z jego przynależności klasowej i środowiska, w którym dorastał i funkcjonował, uniemożliwiało mu uratowanie samego siebie i wyrwanie się z tego rodzaju przeznaczenia. Mam na myśli życie w biedzie i alkoholizmie, w którym był uwięziony. Książka o moim bracie opisuje więc losy człowieka, który tak naprawdę nieustannie próbuje się wyrwać, uciec. 

Marzy o innym życiu, o zarabianiu pieniędzy, o tym, by stać się kimś wpływowym i potężnym. I za każdym razem, gdy próbuje się wyrwać, coś w jego otoczeniu staje mu na drodze. Czasem jest to upokorzenie, którego doświadcza ze strony rodziny – kiedy opowiada o swoich marzeniach, bliscy śmieją się z niego i mówią: „Nigdy niczego nie osiągniesz, jesteś do niczego”.

Innym razem przeszkodą jest bieda, która uniemożliwia mu rozpoczęcie nauki zawodu lub przeprowadzkę do innego miasta. A jeszcze innym razem jest nią jego własna przemoc, przez którą ludzie z jego otoczenia zaczynają go nienawidzić.

Wszystko, co go otacza, sprawia, że pozostaje niejako uwięziony w tym przeznaczeniu. A jednak wciąż próbuje uciec.

Jedna osoba otrzymuje szansę na nowy początek, druga nie. Czy różnica między ocaleniem a katastrofą zależy od przypadkowych okoliczności, czy jednak od dostępnych zasobów? Choć gdy porównywać start zarówno twojej matki, jak i brata, w zasadzie był bardzo podobny. Monique miała nawet gorzej, bo jest kobietą. 

Tak, ale moja matka – w przeciwieństwie do wielu mężczyzn w naszej rodzinie i środowisku – nie wierzyła, że sama wybrała życie, które przypadło jej w udziale. Nie uważała, że dokonała takiego wyboru. Mężczyźni natomiast, przynajmniej większość z nich – być może z wyjątkiem mojego brata – sądzili, że sami wybrali to, co ich spotkało.

Mój ojciec pił i stosował przemoc, robił niebezpieczne rzeczy, ponieważ się nie bał – nie był mięczakiem i pedałem – był prawdziwym mężczyzną.

I tak wszystko, co prowadziło go do trudnego życia, w większości przypadków postrzegał jako rezultat własnych wyborów. Miał poczucie, że sam tego chciał.

Tymczasem moja matka, jako kobieta, nie wierzyła, że sama dokonała takiego wyboru. To przede wszystkim mężczyźni mówili jej: „Zostajesz w domu, gotujesz, wychowujesz dzieci”.

A ponieważ nie uważała, że sama wybrała taki los, pewnego dnia była w stanie powiedzieć: „Odzyskam to, co odebrało mi społeczeństwo”. Natomiast ludzie tacy jak mój ojciec i wielu innych mężczyzn, tkwili w pułapce złudzenia, że sami wybrali swoje życie. Dlatego nie kwestionowali istniejącego porządku. 

I właśnie o tego rodzaju paradoksie dominacji opowiada książka „Monique ucieka”. Chodzi o to, że czasami fakt, iż jest się osobą bardziej zdominowaną, może stać się kluczem do własnego wyzwolenia.

Właśnie dlatego przez całe życie uważałem, że kobiety są inteligentniejsze od mężczyzn. I nie mówię tego żartem. Chodzi o to, że świat próbował utrzymać je w określonym miejscu, na określonej pozycji – podporządkowanej, niższej. Właśnie z tego powodu częściej niż mężczyźni kwestionowały otaczający je świat. 

W „Monique ucieka” stawiasz prostą, ale konkretną tezę: człowiek pozbawiony pieniędzy i niezależności nie może naprawdę decydować o swoim życiu. To coś, o czym nie lubimy mówić w społeczeństwach, które osiągnęły już pewien poziom zamożności. Oczywiście wciąż pozostają grupy ludzi wykluczonych, biednych czy żyjących na granicy przetrwania, ale nam wydaje się, że to absolutny margines. A jednak zmiany klimatu społecznego czy politycznego, czyli dochodzenie do głosu skrajnej prawicy na całym świecie, pokazują coś innego. Mam wrażenie, że gdyby twoje książki czytali politycy, może wcześniej przewidzieliby pewne zdarzenia i zmiany. 

Właściwie od tego zaczyna się książka. Pewnego dnia moja matka, która od kilku lat mieszkała z pewnym mężczyzną, zadzwoniła do mnie w środku nocy. Powiedziała mi, że ten mężczyzna każdego wieczoru upija się i za każdym razem ją obraża, poniża i zastrasza. Rzuca w nią różnymi przedmiotami i robi jej wiele innych rzeczy.

Powiedziała: „Muszę uciec. Muszę się stąd wydostać”. Odpowiedziałem jej przez telefon: „Dobrze, pomogę ci uciec”. I właśnie o tym opowiada książka.

Musieliśmy więc znaleźć dla niej mieszkanie, w którym mogłaby schronić się przed tym mężczyzną. Nie miała pracy, ponieważ przez całe życie zajmowała się wychowywaniem dzieci. Nie miała więc żadnego doświadczenia zawodowego. Nie miała też pieniędzy. 

Musiałem zatem zapewnić jej jedzenie oraz lokum na czas, w którym szukała rozwiązania i próbowała na nowo ułożyć sobie życie. Wszystko to kosztowało. 

I nagle pomyślałem: co by się stało, gdybym nie miał pieniędzy, żeby pomóc matce? To skłoniło mnie do zadania sobie pytania: jaka jest cena wolności? I nie chodzi mi o cenę w sensie metaforycznym, lecz o tę bardzo konkretną, materialną.

W tym samym czasie po raz pierwszy w życiu czytałem tekst „Własny pokój” Virginii Woolf. „Jeśli chcesz zapewnić sobie bezpieczeństwo i niezależność w życiu, potrzebujesz własnego pokoju” – to wyrażenie na dobre zadomowiło się we francuskim języku. I wtedy zrozumiałem, że Woolf jest znacznie bardziej radykalna, niż mi się wydawało. Określiła nawet konkretną kwotę pieniędzy, która jest kobietom potrzebna, aby mogły pisać. Aby mogły być wolne i mieć możliwość robienia tego, na co mają ochotę – czy będzie to pisanie, czy cokolwiek innego. Pomyślałem wtedy: ta książka została opublikowana sto lat temu, a wciąż jest niezwykle radykalna. 

I wtedy coś naprawdę we mnie zaskoczyło. Pomyślałem, jakie to niezwykłe: z jednej strony mamy wydarzenia sprzed stu lat, a z drugiej moją matkę i sytuację współczesną. Virginia Woolf była bardzo zamożną, uprzywilejowaną kobietą, pisarką. Moja matka jest natomiast kobietą z klasy robotniczej.

A jednak pytania, które się przed nimi pojawiają, są równoległe. To zestawienie tych dwóch historii wywołało we mnie coś w rodzaju wewnętrznej eksplozji. Chciałem zrozumieć, jaka jest cena wolności.

Kiedy rozmawiamy o wolności kobiet, musimy mówić o pieniądzach. Ponieważ ten aspekt – jak zauważyłaś – jest czymś, co ludzie pomijają. Udają, że wolność jest kwestią decyzji, wewnętrznej walki, czegoś, co rozgrywa się wyłącznie w człowieku.

Powstaje coraz więcej poradników psychologicznych i książek z zakresu coachingu, które mówią nam, jak stać się wolnymi, jak samodzielnie się wyzwolić. A to także kwestia materialna, związana z pieniędzmi.

A jednak to twój sukces pozwolił twojej matce doświadczyć rzeczy, których w innym przypadku nigdy nie mogłaby spróbować, zobaczyć, przeżyć. Jej emancypacja była możliwa dzięki tobie.

W książce staram się opowiedzieć o całym łańcuchu przyczyn i konsekwencji, który doprowadził do takiego obrotu spraw. A ten ciąg następstw jest w rzeczywistości niezwykle złożony.

Kiedy byłem dzieckiem, moja matka bardzo cierpiała jako kobieta z klasy robotniczej, która pozostawała w domu i zajmowała się wychowywaniem dzieci. Ponieważ była tak nieszczęśliwa, sama stała się osobą nieco agresywną. 

Zdarza się to każdemu. Tyle że moja matka znajdowała się w takiej sytuacji każdego dnia. I dlatego źle mnie traktowała. A ponieważ źle mnie traktowała, cierpiałem. A ponieważ cierpiałem, uciekłem ze swojego środowiska. Kiedy zaś udało mi się z niego wyrwać, zacząłem pisać o cierpieniu ludzi, którzy w nim pozostali.

Pisząc o cierpieniu tego środowiska, zacząłem zarabiać pieniądze i zostałem pisarzem. A kiedy zacząłem zarabiać, mogłem pomóc matce wyrwać się z przemocy, której doświadczała.

Być może, gdyby moja matka okazywała mi w dzieciństwie więcej miłości, gdyby była bardziej czuła i troskliwa, dzisiaj nie byłbym w stanie jej pomóc. Być może nie odczuwałbym tak silnej potrzeby opowiedzenia tej historii i zostania pisarzem. Pisałem z powodu przemocy, bólu i cierpienia. Gdybym cierpiał mniej, być może w ogóle nie napisałbym żadnej książki. 

Piszesz jednak wyraźnie o tym, że zrozumienie czy współczucie dla Monique było możliwe tylko dlatego, że oddzieliłeś ją od figury matki. Zauważasz, że po raz pierwszy może ona odkryć, kim jest, kiedy nie musi już organizować swojego życia wokół mężczyzny. Ale to nie jest opinia syna. To opinia dorosłego, który patrzy na pewne schematy. A może pisarza, który bardzo potrzebował happy endu do tej historii? Bo przecież los kobiet takich jak Monique kończy się zwykle katastrofą.

To prawda. Bardzo często tak właśnie się dzieje. Ale taki mechanizm dotyczy również wielu innych ludzi.

Często zaczynamy rozumieć swoich rodziców dopiero wtedy, gdy już z nimi nie mieszkamy i możemy spojrzeć na nich z dystansu. Czasami, niestety, rozumiemy ich dopiero po śmierci. 

Potrzebowałem dystansu wobec matki. Kiedy byłem dzieckiem, nienawidziłem jej, ponieważ uważałem, że jest bardzo okrutna i agresywna. Dopiero później, kiedy znalazłem się z dala od niej, zacząłem sobie uświadamiać: dobrze, ale przez co ona właściwie przeszła jako kobieta? Jakie ograniczenia napotykała w swoim życiu? Co było dla niej niemożliwe? 

Być może jej zachowanie miało z tym wszystkim związek. 

Właśnie dlatego tak skomplikowane stają się dziś wszystkie dyskusje na temat tego, kto może mówić o czym. Czy masz prawo wypowiadać się na temat doświadczeń, których sam nie przeżywasz, które nie są twoim udziałem?

Pamiętam, że pewnego dnia rozmawiałem o tym z matką. Tak po prostu, w trakcie zwyczajnej, niezobowiązującej rozmowy, powiedziałem jej: „Wiesz, przykro mi, że musiałaś przez to przechodzić z powodu tych wszystkich mężczyzn”.

Wtedy matka mi przerwała i powiedziała: „Ależ nie, tu wcale nie chodzi o mężczyzn. Po prostu nie miałam szczęścia, twój ojciec zawsze był w złym humorze. On już taki jest, ma zmienne nastroje”.

I wtedy pomyślałem: moja matka nie wie, że jej życie jako kobiety jest kształtowane przez kontekst i struktury społeczne oraz polityczne, a także przez historię. Gdyby więc napisała swoją autobiografię, nie wspomniałaby o męskiej dominacji, powiedziałaby po prostu: „Och, miałam pecha. Może częściowo sama jestem sobie winna, bo związałam się z niewłaściwym mężczyzną”.

Na tym polega złożoność, o której również staram się opowiedzieć w tej książce i którą odczuwam dzisiaj we wszystkich dyskusjach dotyczących literatury. Te rozmowy są zbyt uproszczone, a ich poziom niebezpiecznie się obniża. 

Sprowadza się je do stwierdzeń w rodzaju: „Nie wypowiadaj się w imieniu innych” albo: „To przywłaszczenie cudzych doświadczeń”. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana.

Twoje książki od samego początku pokazywały, że można być jednocześnie ofiarą i katem. Jednak w „Krachu” następuje jakieś przesilenie. Wydaje mi się, że w tej książce najtrudniej jest ci zrozumieć postać brata. 

Tak, ponieważ nienawidziłem mojego brata. Był człowiekiem niezwykle brutalnym. Na jego tle wszyscy pozostali członkowie mojej rodziny wydawali się prawdziwymi aniołami.

Bił kobiety, osoby homoseksualne, a nawet swojego psa. To było straszne. Był faszystą i rasistą. Jego wypowiedzi były skrajnie brutalne. Chodziło nie tylko o same poglądy, ale również o słowa, których używał. Było w nich wiele przemocy. 

Nienawidziłem go i w końcu się od niego uwolniłem. Przez dziesięć lat nie utrzymywałem z nim żadnego kontaktu. A po upływie tych dziesięciu lat pewnego dnia zadzwoniła do mnie matka i powiedziała, że mój brat nie żyje. Wtedy zacząłem pisać jego historię.

Pisząc o nim, zrozumiałem, że oczywiście sam przeszedł przez wiele niezwykle trudnych doświadczeń: traumę, upokorzenie, porzucenie. Jego ojciec opuścił go, kiedy brat miał pięć lat. Widywał go później z oddali, gdzieś w mieście, jak bawił się ze swoimi nowymi dziećmi. Matka mówiła mu: „Nie masz prawa do niego podejść i z nim porozmawiać”. Mój brat był tym doświadczeniem całkowicie straumatyzowany.

Doświadczał upokorzeń ze strony bardzo wielu ludzi. Żył w skrajnej biedzie. I nagle, w trakcie pisania tej książki, zacząłem odczuwać wobec niego czułość, której nigdy nie potrafiłem w sobie znaleźć, kiedy jeszcze żył.

To właśnie pisanie, sama literatura, mi to umożliwiły. Nie sprawiło to jednak, że zapomniałem, jakim był potworem. Bo nim był. Ale zacząłem odczuwać litość również wobec potworów. 

Człowiek nie rodzi się potworem, tylko się nim staje. I bardzo często to właśnie trudne doświadczenia mają na to wpływ.

Właśnie to poczułem, pisząc o moim bracie. W rezultacie książka stała się czymś w rodzaju zderzenia dwóch skrajności: ogromnej nienawiści i dystansu wobec tego strasznego człowieka, a jednocześnie pewnej czułości, która nie jest łatwa.

I być może właśnie dlatego istnieje literatura. Po to, by umożliwiać nam odczuwanie większej czułości i okazywanie większej wielkoduszności, niż jesteśmy w stanie dać sobie nawzajem w prawdziwym życiu.

Ale jest też przestrzenią konfrontacji, gdzie można pokazywać ludziom klasę robotniczą, ukazywać przemoc społeczną, odsłaniać biedę i stawiać przed czytelnikiem pytania: co z tym zrobisz? Jak zamierzasz się temu przeciwstawić? Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę z istnienia tych zjawisk?

Jedna z partnerek brata mówi, że był z ciebie bardzo dumny, ale zastanawia mnie, czy twój sukces nie sprawił, że jego porażka stała się jeszcze bardziej widoczna? Również dla niego samego.

Tak naprawdę sam tego nie wiem. Od czasu, kiedy opublikowałem swoją pierwszą książkę, aż do jego śmierci, nigdy więcej się z nim nie widziałem. Nie wiedziałem nic o tym, co opowiadał na mój temat. 

Dopiero po jego śmierci, kiedy zadzwoniłem do jednej z jego partnerek, usłyszałem od niej: „Tak, był z ciebie bardzo dumny. Opowiadał o tobie”. Czy to sprawiało, że jeszcze mocniej odczuwał, iż sam nie zrealizował swoich marzeń? Że nie stał się sławnym człowiekiem, tak jak sobie wymarzył? Że nie został kimś ważnym, nie osiągnął wysokiej pozycji społecznej? Być może. 

Proces pisania tej książki był dla mnie bardzo trudny, ponieważ moja rodzina wiedziała, nad czym pracuję. Moja siostra nie chciała, żebym napisał tę książkę. Powiedziała mi to w sposób niezwykle gwałtowny i brutalny. Cała ta sytuacja była bardzo trudna.

Mimo to wciąż czułem, że muszę zrozumieć tego człowieka, bez względu na cenę, jaką sam będę musiał za to zapłacić. 

Później rozmawiałem z moim młodszym bratem o konflikcie z naszą siostrą. Wtedy powiedział mi coś, co mnie zaskoczyło: „Wiesz, to zabawne, że nasza siostra jest przeciwko tobie, ponieważ jeszcze zanim nasz brat umarł, powiedział mi: «Byłbym bardzo ciekaw, co Édouard napisałby, gdyby pewnego dnia zdecydował się napisać książkę o mnie»”.

Dowiedziałem się o tym dopiero po opublikowaniu „Krachu”. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia. A więc mój brat rzeczywiście o tym myślał. Czy sprawiało mu to przyjemność? Czy raczej było dla niego źródłem cierpienia? Nie wiem. I nigdy się tego nie dowiem. 

Czy autobiograficzne pisanie o rodzinie jest formą solidarności, czy zawsze zawiera w sobie również element zdrady, jak uważali – a może wciąż uważają – w zasadzie wszyscy twoi bliscy?

Przez te wszystkie lata moja rodzina postrzegała mnie jako zdrajcę. Dochodziło między nami do wielu konfliktów i sporów.

Było w tym oczywiście coś paradoksalnego, ponieważ ja miałem poczucie, że pisząc o nich, tak naprawdę o nich walczę, że staję w ich obronie. Pokazuję przemoc, której doświadczali, warunki, jakie stworzyło dla nich społeczeństwo oraz trudną sytuację, w której to społeczeństwo ich uwięziło. 

Miałem poczucie, że piszę w ich imieniu i w ich interesie. Tymczasem oni nienawidzili mnie za to, że o nich pisałem. Uważali, że ich zdradzam.

W rezultacie moja rodzina się podzieliła, ponieważ niektórzy jej członkowie stopniowo zaczęli rozumieć, co właściwie robię. Tak było na przykład z moją matką, młodszym bratem i młodszą siostrą. Zrozumieli, że nie chodzi mi o to, żeby ich obnażać, ujawniać ich prywatne sprawy czy upokarzać. 

Zrozumieli to do tego stopnia, że ostatecznie moja matka sama poprosiła mnie o napisanie książki „Monique ucieka”. To ona powiedziała mi: „Proszę, napisz jeszcze jedną książkę o mnie”. Miała bowiem poczucie, że przez całe życie była kobietą z klasy robotniczej, żyjącą w cieniu, pozostającą niewidzialną dla świata. Możliwość zaistnienia, stania się widzialną, była dla niej czymś w rodzaju politycznej zemsty. Mogła wreszcie powiedzieć: „Nie jestem już niewidzialna. Ludzie mnie widzą. Ludzie mnie rozpoznają”.

Ale po raz kolejny najważniejsze jest to, że bez względu na cenę, jaką sam muszę za to zapłacić, potrzeba i znaczenie zrozumienia są dla mnie ważniejsze niż cierpienie, którego doświadczam. Choć oczywiście moje życie byłoby znacznie łatwiejsze, gdybym pisał fikcję literacką.

Czy wraz z każdą kolejną książką zmienia się twoje rozumienie rodziny? W końcu to nie jest cała prawda o niej, ale raczej o tobie. 

I właśnie dlatego napisałem wszystkie te książki poświęcone mojej rodzinie. 

Przez bardzo długi czas w historii literatury francuskiej istniała idea tworzenia dorobku literackiego, w którym wszystkie książki byłyby ze sobą powiązane. 

Chodziło o to, by te same postacie pojawiały się w kolejnych utworach, tak jak u Balzaka czy Zoli – mam tu na myśli słynny cykl „Rougon-Macquartowie”, opowiadający historię jednej rodziny. Albo u Marcela Prousta, w „W poszukiwaniu straconego czasu”. 

Dzięki takiemu zabiegowi można było osiągnąć głębsze zrozumienie rzeczywistości. Śledziliśmy bowiem losy bohaterów na przestrzeni kolejnych lat, obserwowaliśmy, jak się zmieniają i jak ewoluują. Właśnie to sprawiało, że literatura stawała się dla mnie tak głęboka. 

W pewnym sensie chciałem wskrzesić tę francuską tradycję tworzenia dorobku literackiego, w którym wszystkie opowiadane historie są ze sobą powiązane.

I chociaż za każdym razem to ja jestem świadkiem tych wydarzeń, to jednak wszystko razem przypomina budowanie jednej długiej opowieści, w której możemy obserwować, jak ludzie się zmieniają i dostrzegać całą ich złożoność.

Moje ostatnie pytanie nie dotyczy bezpośrednio twoich książek, ale w pewnym sensie jest związane z życiem ich bohaterów. Chcę zapytać o protesty we Francji, w których również uczestniczyłeś.

Chodziłem na wszystkie demonstracje, ponieważ to niezwykle ważna walka. 

Po pierwsze, we Francji mamy do czynienia z buntem przeciwko coraz większym nierównościom. Emmanuel Macron w ciągu ostatnich kilku lat ograniczał świadczenia socjalne, usługi publiczne, zmniejszał pomoc dla ludzi z klasy robotniczej. 

W rezultacie w coraz gorszym stanie są szkoły, ale także na przykład szpitale. 

W Paryżu jest mnóstwo szkół średnich – tych, do których chodzą dzieci z klasy robotniczej, z biednych dzielnic – w których uczniowie nie mają nawet krzeseł, na których mogliby siedzieć podczas lekcji. Nie mają nauczycieli. Czasami słyszą: „Dobrze, w tym roku nie mamy nikogo do nauczania matematyki, więc matematyki po prostu nie będzie”.

W szkołach są szczury. Niektóre budynki przeciekają. To są fakty. To nie jest wyłącznie moja opinia. I właśnie dlatego ludzie się buntują. 

Demonstrujemy pokojowo. Panuje tam naprawdę piękna atmosfera: spotykają się ludzie, którzy chcą lepszego świata, którzy pragną, żeby świat był bardziej sprawiedliwy. Ludzie są pełni determinacji, waleczni, ale jednocześnie życzliwi. Tańczą, uśmiechają się. Śpiewamy razem o lepszym świecie. 

Większość ludzi opowiadała się więc po tej stronie. Poza tym widzieli wiele nagrań przedstawiających brutalność policji wobec demonstrantów. A ponieważ byli to uczniowie szkół średnich – mieli po 16, 17 lat – więc byli jeszcze dziećmi.

Widok policjantów bijących te dzieci sprawił, że wiele osób stanęło po ich stronie. Dlatego ten ruch zyskał duże poparcie i wiarygodność w oczach ogółu społeczeństwa.

Jednocześnie pojawiają się mężczyźni – choć nie tylko – którzy niszczą i podpalają sklepy. Okradają je ze wszystkiego, co się w nich znajduje.

Kim są ci ludzie?

To ludzie z klasy robotniczej, pochodzący z przedmieść, ubrani w sportowe ubrania typowe dla klasy robotniczej. Większość z nich to osoby doświadczające biedy ze względu na kolor skóry i stają się celem działań policji właśnie ze względu na kolor skóry. W tego rodzaju grupach istnieje pewna jedność – socjologiczna wspólnota wynikająca z tego, kim są tworzący je ludzie.

Musimy więc zadać sobie pytanie: dlaczego oni to robią? Nie robią tego dlatego, że pewnego ranka budzą się i mówią sobie: „Dobrze, dzisiaj będę stosować przemoc”. To splot określonych warunków społecznych: biedy, wykluczenia, wyobcowania, upokorzenia i wielu innych czynników, które sprawiają, że dla tych ludzi przemoc staje się jedynym dostępnym językiem.

Nie zrozum mnie źle: mnie również ta przemoc przeraża. I kiedy niszczą małą piekarnię, którą próbuje rozkręcić jakiś zwykły człowiek z klasy średniej, albo kiedy niszczą niewielki sklep prowadzony przez starszego Araba, który sprzedaje przyprawy, to mi się nie podoba. To łamie mi serce. Ale to, że coś łamie mi serce, nie powinno sprawiać, że przestaję myśleć i zadawać sobie pytanie: dlaczego oni to robią? Oczywiście jest to również kwestia polityczna i socjologiczna. 

Bo przecież nie widzimy mężczyzn w białych, eleganckich koszulach i pięknych, wypolerowanych butach, którzy niszczyliby sklepy. Robią to ludzie należący do określonej kategorii społecznej. Musimy więc dostrzec, jak bardzo jest to również powiązane z ich sytuacją społeczną – nawet jeśli nie zgadzamy się z tym, w jaki sposób postępują, powinniśmy spróbować zrozumieć, dlaczego to robią.

W gruncie rzeczy nie chodzi nawet o to, czy się z nimi zgadzamy, czy nie, bo oni i tak to robią. 

Pytanie brzmi: dlaczego to robią i co możemy zmienić, żeby do tego nie dochodziło? Uważam, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju podziałem na tych, którym wolno posługiwać się socjologią, i tych, którym odmawia się takiego prawa.

Kiedy więc we Francji protestują uczniowie szkół średnich, mówi się: „Dobrze, to wynika z uwarunkowań społecznych, dlatego się buntują”, ale kiedy mamy do czynienia z ludźmi skrajnie biednymi, pochodzącymi z ubogich przedmieść, wtedy słyszymy: „To barbarzyńcy”. Pytanie brzmi: dlaczego stosują właśnie takie metody?

To nie jest wyłącznie indywidualny wybór. To nie są po prostu ludzie, którzy mówią sobie: „O, coś zniszczę”. Nie. Chodzi o środowisko, o klasę społeczną, o otoczenie, w którym żyją.

Oczywiście nie twierdzę, że wszystko na ten temat rozumiem. Ale uważam, że musimy rozpocząć rozmowę na ten temat. Dlaczego ja nie niszczę sklepów? Dzieje się tak dlatego, że moje warunki społeczne różnią się od warunków społecznych tych ludzi. 

I oczywiście uważam, że to, co robi Macron, oraz działania francuskich rządów w ciągu ostatnich kilku lat pogorszyły sytuację tych ludzi. 

To prowadzi do nasilenia przemocy, ponieważ im bardziej jesteś wykluczony i im bardziej oddalasz się od wszystkiego, tym mniej możliwości ci pozostaje. A wtedy jedynym językiem, jaki ci pozostaje, jest przemoc.

Ale czy nie uważasz, że w przyszłym roku ci ludzie zagłosują na Marine Le Pen?

Nie, oni nawet nie pójdą głosować. Wiemy z badań socjologicznych, że ludzie należący do takich grup znajdują się poza systemem.

Bardzo wcześnie kończą edukację. Nie czytają. Nie oglądają wiadomości. Korzystają wyłącznie z mediów społecznościowych albo grają w gry wideo. Są odcięci od systemu politycznego. Ale to, że w ich umysłach – u większości z nich, nie mówię, że u wszystkich, bo raz jeszcze podkreślam, że to złożona kwestia – nie ma związku z systemem politycznym, nie oznacza, że ich ciała nie są z tym systemem związane.

Kiedy ich ciała podejmują jakieś działania, mówią coś o systemie politycznym, w którym żyjemy. Czasami ich ciała mówią to nawet wbrew nim samym. To, że znajdujesz się w sytuacji, w której jedynym dostępnym ci narzędziem jest przemoc, wynika z tego, że społeczeństwo doprowadziło cię do takiego stanu.

I musimy się nad tym zastanowić.

Książki:

Édouard Louis, „Krach”, tłum. Joanna Polachowska, wyd. Pauza, Warszawa 2026.

Édouard Louis, „Monique ucieka”, tłum. Joanna Polachowska, wyd. Pauza, Warszawa 2026.