Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BUCHOLC: I prawie...

BUCHOLC: I prawie na to zasługiwał. „Podróż Wędrowca do Świtu”

Marta Bucholc

I prawie na to zasługiwał. „Podróż Wędrowca do Świtu”

„There was a boy called Eustace Clarence Scrubb, and he almost deserved it”. Chłopiec ten odebrał niezwykle interesujące wychowanie, którego opis stanowi najciekawszą część „Podróży Wędrowca do świtu”. Było to wychowanie nowoczesne, obywające się bez manipulacji, oparte na zasadach partnerstwa i upodmiotowienia dziecka, dążące do zrównoważenia rozwoju fizycznego i intelektualnego oraz wyrobienia nawyku samodzielnego i krytycznego myślenia. Innymi słowy, nad polityką wychowawczą rodziców Eustachego Klarencjusza unosił się duch Bertranda Russela. Produktem jej był zaś paskudny mały racjonalista i tchórz. Te przymioty w „Opowieściach z Narni” niemal zawsze idą w parze, przy czym nader często towarzyszy im również cechujące Eustachego Klarencjusza sobkostwo. Jeśli dodać do tego hipochondrię, gadatliwość i mściwość, powstały obraz staje się tak nieapetyczny, że nic dziwnego, iż w ostatniej filmowej realizacji Eustachy (bardzo dobrze grany przez Willa Poultera) właściwie się nie liczy. Rzecz jasna poza Eustachym w charakterze smoka, który, i owszem, ma do zagrania całkiem sporo.

Rzecz w tym, że wraz z unieważnieniem dużej części popisów Eustachego opowieść straciła sporo walorów wychowawczych i jedną z istotnych osi fabuły. W związku z tym trzeba było uwydatnić wątki dydaktyczne i moralizatorskie.

„Podróż Wędrowca do Świtu” staje się więc nagle dla wszystkich protagonistów wielką wędrówką ku samopoznaniu (co nie ma sensu, bo większość z nich została gruntownie wypróbowana już wcześniej, a C.S. Lewis nie miał zwyczaju poddawać swoich bohaterów testom okresowym w każdym kolejnym tomie). Co więcej, wyprawa – której sens, w moim odczuciu, nigdy nie był w ogóle kwestią – otrzymuje nagle dofastrygowany niedbale cel rodem z upupionego Tolkiena (jest zło, które trzeba zniszczyć; żeby zniszczyć, trzeba wejść mu w paszczę, a jeśli tego nie zrobimy, świat zginie). Na domiar wszystkiego zło znowu wygląda jak zielonkawa substancja rozwiązująca problemy Śródziemia w „Powrocie Króla”. Mam niepokojące wrażenie, że wracam obsesyjnie do skojarzenia z płynem do toalet (por. recenzja „Harry’ego Pottera” sprzed trzech tygodni), pocieszam się jednak, że ewidentnie nie ja jedna. Co gorsza, zło przybiera niekiedy postać Tildy Swinton. Ja rozumiem, że to była najlepsza rola męska, żeńska i zwierzęca w dotychczasowych „Kronikach Narni”, ale po pierwsze, będzie jeszcze okazja (w „Siostrzeńcu czarodzieja”) nacieszyć się talentem i urodą Białej Czarownicy, po drugie zaś Edmund ze zdrowego angielskiego chłopca staje się kłębkiem nerwów dręczonym nocnymi majakami o podtekście seksualnym, co udziela się również pozostałym postaciom, tak iż w rezultacie atmosfera całej podróży staje się lekko dusznawa.

Tendencja do psychologizowania wyraźnie pogłębia się w ekranizacjach kolejnych „Kronik”. „Lew, czarownica i stara szafa” to była rzeczywiście spokojnie opowiedziana baśń, największymi problemami psychologicznymi były bulimia w wywiadzie u Edmunda oraz nerwica natręctw pani Bóbr. „Książę Kaspian” miał już pewne momenty związane z manią wielkości i kompleksem Edypa, ale na ogół trzymał się konwencji. Tymczasem trzecia część oferuje swemu małoletniemu widzowi (który powinien wszak zajmować się pogodnym chwytaniem rączkami włóczni miotanych w technologii 3-D) całe spektrum problemów psychologicznych.

Łucja chce być jak Zuzanna, bo ma kompleksy. Edmund tęskni do wydekoltowanej Wiedźmy, skrycie nienawidzi starszego brata, a przy okazji chce spełnić domniemane oczekiwania Ojca (nawiasem mówiąc, strasznie toksyczna to postać, ten wiecznie nieobecny tata Pevensie). Zuzanna popada w konsumeryzm i narcyzm. Kaspian również ma trudną relację z Ojcem, a gdy na końcu omal nie decyduje się na przejście do Kraju Aslana, żeby spokojnie porozmawiać z tatusiem, z czego rezygnuje jedynie z uwagi na obowiązki wobec narodu i ojczyzny, stężenie toksyn staje się niebezpieczne dla życia. Kapitan Drinian jest pedantyczny (i łysy). Jeden Minotaur wygląda na gościa z łbem na karku. Tyle że jego akurat nie powinno właściwie być na pokładzie (parytety dla mniejszości gatunkowych?).

Rozpsychologizowanie „Podróży Wędrowca do Świtu” martwi mnie z kilku względów. Przede wszystkim, urąga ono inteligencji widzów. Widzowie albo są na tyle młodzi, że się tej psychologii nie dopatrzą – i chwała Aslanowi, bo to znaczy, że tego rodzaju dylematy jeszcze ich nie dotyczą – albo tak starzy, że musi ich ubawić wyciąganie ludzkiej psychiki za uszy na światło dzienne, potem zaś prowadzenie jej anatomicznego rozbioru za pomocą lwiej łapy. Obawiam się, że stadium pośrednie nie występuje, wymagałoby bowiem dojrzałej samoświadomości połączonej z zupełnym brakiem nawyków terapeutycznych, a to się chyba dziś już nie zdarza. Ponadto, mieszając psychologię do „Kronik Narni”, zacieramy metafizyczny, teologiczny, etyczny i eschatologiczny wymiar opowieści Lewisa. Posłużmy się analogią: „Morfologia bajki” to z pewnością świetna książka, ale kto chciałby dziś oglądać zrealizowaną w jej duchu ekranizację „Królewny Śnieżki”? Nie przeczę, był czas, kiedy takie „odczytania” bajkowych narracji ekscytowały intelektualnie pewną część odbiorców – zawsze jednak wydawało mi się, że część ta była mniej więcej równoliczna z obsadą wczesnych filmów Woody’ego Allena. Osobiście sądzę, że porządna bajka warta jest dowolnie wielu podejrzanych psychologizmów. I prawie, prawie na nią zasługujemy.

* Marta Bucholc, doktor socjologii, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 103 (53/2010) z 28 grudnia 2010 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 103

(53/2010)
28 grudnia 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj