Marta Bucholc
Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej Inkwizycji. „Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach”
Najnowsza odsłona „Piratów z Karaibów” to film z suspensem. Suspens polega na tym, że czekamy na dowcip, którego nie ma.
Najpierw jednak widz zasiada w fotelu i dociąża nos trzecim wymiarem. Zapewne niedługo będziemy mieli do wyboru szeroki wachlarz modeli ze szkłami korekcyjnymi, które złagodzą niedogodności wynikające z deformacji części twarzowej czaszki u zapalonych kinomanów. W następnym kroku pojawią się przyciemniane okulary 3D, a kina doświetlone zostaną światłem dziennym, naturalnym i zdrowszym dla oka. Pozostaje wtedy czekać, czy oprócz filtra UV dostępny będzie również filtr eliminujący z pola widzenia repetycje, dłużyzny, schematyczną choreografię oraz niewnoszące niczego do czegokolwiek ujęcia demonstrujące jedynie postępy techniki 3D. To, swoją drogą, ciekawe zagadnienie z zakresu wpływu technologii na estetykę: gdyby Kubrick kręcił „Lśnienie” w roku 2011, słynna scena z siekierą byłaby w całości filmowana en face – nic bowiem bardziej efektownego niż ostrze wbijające się trójwymiarowo wprost w siatkówkę widza.
Jednostka, która nieopatrznie wydała na „Piratów…” równowartość co najmniej czterech piw w lokalu bez telewizora, natychmiast orientuje się, że jest to film zrobiony metodą liniowej dekonstrukcji aleatorycznej. Metodę tę, którą niniejszym demaskuję i ujawniam, można w skrócie opisać następująco:
1. Robimy na małych karteczkach listę wszystkich możliwych fajnych rzeczy, które powinny się znaleźć w filmie o piratach: pościgi, pojedynki, pocałunki, poświęcenie, bitwy morskie, takoż morskie potwory, przyśpiewki żeglarskie, tawerny, podstępy, głupowate żarty, słodziutcy chłopcy okrętowi, pojemne biusty, dyndające żyrandole i ptysie. Jest przy tym bardzo ważne, żeby na jednej karteczce znalazł się tylko jeden element superopowieści o piratach – nie wolno ich w żaden sposób łączyć. Absolutną pewność braku związku między elementami uzyskamy, jeśli zabieg cięcia przeprowadzimy na żywych organizmach filmów o piratach: najpierw opisujemy film jako narrację, potem tniemy na najmniejsze jednostki semantyczne i starannie mieszamy. Przeprowadziwszy w ten sposób zbiorczą dekonstrukcję fabuły „Kapitana Blooda”, „Karmazynowego pirata” czy „Wyspy skarbów”, przechodzimy do etapu drugiego.
2. Wybieramy na chybił trafił część elementów, o których mowa wyżej, i układamy w linię prostą na długim blacie. Zdekonstruowany topos zyskuje w ten sposób aspekt linearności, co jest kwintesencją postmodernistycznej quasi-narracji.
3. Na dwadzieścia minut dopuszczamy do blatu dwóch amerykańskich scenarzystów, grożąc im przeciąganiem pod kilem, jeśli z próby losowej puzzli, o których w punkcie 2, nie zdołają w tym czasie sklecić fabuły.
4. Powstały scenariusz na chybił trafił dźgamy palcem kilka razy. W miejscach trafień wklejamy epizody z udziałem Hiszpanów oraz małpę.
Cała oczekująca widza zabawa polega na porównywaniu owocu pracy twórców filmu z własną mentalną check-listą filmu o piratach. Metoda, którą opisuję, nie powinna bowiem oczywiście przynieść żadnych nowości, zaskoczeń, niespodzianek czy zwrotów akcji – nie da się wszak zawrócić dokądkolwiek czegoś, co z istoty swojej nie zmierza w żadnym kierunku. Z uwagi jednak na fakt, iż człowiek jest istotą słabą, takie godne pożałowania wpadki wciąż się zdarzają. Oglądanie filmu po to, by szydzić z ludzkiej ułomności, byłoby już jednak najzupełniej zbędnym okrucieństwem.
Film:
„Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach”
Reż. Rob Marshall
Dystr. Forum Film Poland
Premiera polska: 20 maja 2011
* Marta Bucholc, doktor socjologii, członek Redakcji „Kultury Liberalnej”.
„Kultura Liberalna” nr 126 (23/2011) z 7 czerwca 2011 r.