Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > SZYMKÓW: PopDocs –...

SZYMKÓW: PopDocs – dokumenty jak landrynki. Relacja z festiwalu IDFA 2011

Magdalena Szymków

PopDocs – dokumenty jak landrynki. Relacja z festiwalu IDFA 2011

Filmy dokumentalne zaczynają przypominać landrynki: słodkie jak cukier, który pomaga przełknąć gorzkie lekarstwo. To dramaty opakowane w pozłotko. Opowieści, bohaterowie i forma, które gwarantują dobrą rozrywkę, są coraz bliższe fabularnym fikcjom.

„Reżyserzy porzucają nużącą retorykę serwowaną przez dokumentalistów poprzednich lat. Liczy się dobra historia, intrygujący protagonista i humor” – to słowa Ally Derks, dyrektor największego festiwalu filmów dokumentalnych, który właśnie zakończył się w Amsterdamie, IDFA2011. „Dokumentaliści nie prawią już kazań do grona swoich wiernych wyznawców. Chcą teraz dotrzeć do mas.”

Wśród 342 filmów wybranych do 25 sekcji festiwalowych wyróżniają się właśnie PopDocs. Tak w okołofestiwalowych dyskusjach i panelach ochrzczono dokumenty, których tematykę i formę opisuje się tu angielskimi przymiotnikami „populist” i „popular”. Wśród nich znajdziemy dokumentalne dreszczowce, filmy szpiegowskie lub katastroficzne, komedie i satyry – gatunki przypisywane dotychczas filmom fabularnym teraz służą do opisania w katalogu dokumentów. Coraz częściej posługują się one językiem filmowej fabuły, dorównują jej też pod względem jakości obrazu i dźwięku. Podbijają kinowe i telewizyjne kanały dystrybucji, osiągając coraz wyższe budżety i zyski. Jak przenosi się to na ich dokumentalną wartość i twórczą kreację?

Dokument post-Borat

Otwierający Idfę „The Ambasador” Madsa Brüggera to film-prowokacja. Długometrażowy dokument duńskiego dziennikarza-celebryty obnaża korupcję w relacjach dyplomatycznych Europy i Afryki, łamiąc przy tym konwencje zarówno filmowe, jak i dziennikarskie. Głównym bohaterem filmu jest sam autor – zaopatrzony w nielegalny paszport dyplomatyczny i listy uwierzytelniające, jako liberyjski ambasador przenika pod fałszywym nazwiskiem do struktur władzy Republiki Centralnej Afryki. Pod przykrywką budowy fabryki zapałek dla Pigmejów, przy pomocy doświadczonych dyplomatów innych krajów rzeczywiście paktuje z szefem kopalni diamentów. Dzięki immunitetowi chce nielegalnie wywozić diamenty w walizkach do Europy. Nie jest to jednak dokument interwencyjny ani reportaż wcieleniowy. Brügger balansuje bowiem pomiędzy konwencjami – filmowiec sam jest tutaj nie tylko reżyserem, ale i dziełem, i aktorem. Jego narzędziami pracy są ukryta kamera i pliki banknotów, które otwierają drzwi do kolejnych afrykańskich urzędników, nie stroni przy tym od cynizmu i rasistowskich dowcipów. Jego kostium to skórzane oficerki, korkowy hełm kolonialny i cygaro palone przez srebrną lufkę. Jego autokreacja jest równorzędnym tematem filmu – wszystko podyktowane prowokacją, doprowadzoną do granic bólu i absurdu.

W tej konwencji utrzymany jest też film Vikrama Ghandiego „Kumaré”. Tu reżyser podaje się z kolei za hinduskiego jogina, aby ukazać łatwowierność ludzi szukających duchowej pomocy ze strony samozwańczych guru. Filmowiec obnaża ludzi, którzy mu wierzą, by na koniec samemu wystawić się na ich bezwzględną ocenę, kiedy przed kamerą wyjawia im swoje oszustwo.

Impuls do dokumentalnej autokreacji dał przed laty Michael Moore. Inne filmy: „Super Size Me” (2004) Morgana Spurlocka czy też „The Yes Men Fix the World” (2009) Andy’ego Bichlbauma i Mike’a Bonnanno oraz „Borat” (2006) w wykonaniu Sachy Barona Cohena to tytuły, które utrwaliły gatunek, dla którego prowokacja stała się narzędziem narracji filmowej, a twarze autorów ich znakiem firmowym.

Choć „Ambasador” nie zdobył na Idfie głównej nagrody, filmowy dyplomata Mads Brügger jest w Danii gwiazdą: prowadzi telewizyjne talk shows, właśnie otwiera stację radiową. Dokument o fałszywym joginie będzie zapewne dalej krążył po światowych festiwalach, zdobywając z pewnością kolejne nagrody publiczności. Guru Kumaré, na moje pytanie, jaki film jest możliwy po takim debiucie, odpowiada: mogę posunąć się tylko jeszcze dalej.

Drogi doku-pamiętniku…

Co jednak może być dalej? Uczestnicy laboratorium dokumentalnego Idfy dzielili się w kinie historiami ze swoich pamiętników – filmowy dziennik to forma dokumentu, o której na amsterdamskim festiwalu było w tym roku szczególnie głośno. Rozedrgane ujęcia, brudne faktury, bardzo osobiste, odważnie opowiedziane historie utrwalone amatorską kamerą. O ile w dokumencie zazwyczaj trudno przewidzieć, jak potoczą się losy bohaterów i co za chwilę wydarzy się przed kamerą, to pokazane na Idfie tytuły dramaturgią nie ustępują fabułom. Nie boją się zapożyczać od nich figur stylistycznych, wtrącając obrazy marzeń sennych czy inscenizacje elementów opowieści, których nie można było zarejestrować. Sami filmowcy nie użyczają tu już tylko swojej twarzy – dzielą się swoim życiem. Czy potrafią one jednak prowokować do czegokolwiek poza pytaniem o granice voyeryzmu?

Palestyńczyk Emad Burnat w „5 Broken Cameras” (nagroda publiczności) wykorzystał filmowy pamiętnik, by ukazać losy rodziny i przyjaciół, mieszkańców wioski na Zachodnim Brzegu Jordanu. Możemy zobaczyć, jak pod gąsienicami buldożerów znikają gaje oliwne, a sąsiedzi przykuwają się do ogrodzeń burzonych domów, na których miejscu staje izraelski mur bezpieczeństwa. Gdy Izraelczycy niszczą kamerę filmowca-amatora, ten przy pomocy kolejnej rejestruje śmierć przyjaciela, narodziny dziecka, desperację przerażonej żony, eksmisje. Nagrodzony w kategorii filmu studenckiego dokument Karen Winter z Norwegii („The Betrayal”) prowadzi widzów z kolei przez traumy zbuntowanej nastolatki i doświadczenia z grupami skandynawskich antyfaszystów i neo-Nazi. Rozmowy z przyjaciółmi i skonfliktowaną matką oraz archiwalne nagrania ulicznych burd dopełniają fragmenty jej dziennika. Pernille Rose Gronkje do swego filmu „Love addict” wprowadza z kolei poznaną na terapii uzależnień aktorkę, rejestrującą video-pamiętnik obsesyjnej miłości nastolatki, dzięki czemu jej opowieść przybiera formę docufiction. Eksperymenty formalne i żonglowanie konwencjami w wykonaniu filmowców-amatorów, dziennikarzy i studentów brzmią jak recepta na dokumentalny sukces.

Tymczasem: co z mistrzami? Czy widzów zdobywać będą teraz tylko dokumentalne fajerwerki i podrasowane cinema vérité? Najnowszemu filmowi Wernera Herzoga „Into the Abbys”, traktującemu o karze śmierci, zabrakło oryginalności oraz subtelnej narracji na granicy rzeczywistości i mistyki, do której Herzog nas przyzwyczaił: film nie wzniósł się ponad dokumentalną rejestrację. Również dwugodzinny „Crazy Horse” Frederika Wissemanna o paryskim teatrze burleski i jego tancerkach zdołał rozczarować najwytrwalszych. Czy znaczy to, że dokument obserwacyjny zaczyna wyczerpywać swoją formułę?

Idfa: imperium telewizji

Co stoi za sukcesem PopDocs na największym przeglądzie światowego dokumentu w Europie (ambicje organizatorów pozwalają im przyrównywać go do Berlinale i Festiwalu w Cannes)? O znaczeniu amsterdamskiego festiwalu decyduje nie tylko liczba projekcji i widzów (200 tys. sprzedanych biletów), ale także towarzyszące mu targi filmowe. To tutaj sprzedaje się wyprodukowane w ostatnim roku dokumenty, tu na forum pitchingowym poszukuje się koproducentów do projektów jeszcze niezamkniętych budżetowo. Na nie właśnie ściągają główne światowe telewizje oraz dystrybutorzy kinowi, by decydować, jakie filmy mają wesprzeć finansowo.

To właśnie telewizja dominuje na Idfie. W najważniejszych sekcjach festiwalowych długiego i średniego metrażu można znaleźć tytuły dokumentów wyprodukowanych przez BBC, ZDF, Arte, VPRO, Al Jazeera i inne największe sieci. To telewizje dyktują więc schematy narracyjne dokumentów, ich tematykę oraz sposób narracji. Ich budżety imponują. Zeszłoroczny dokument „Armadillo” Janusa Metza, o duńskim korpusie wojskowym w Afganistanie, współfinansowany przez osiem stacji telewizyjnych, kosztował ponad milion euro.

W tym roku przyrównać go można do austriackiego filmu „Whores Glory” Michaela Glawoggera i ostatniego filmu Victora Kossakovskiego „¡Vivan las antipodas!”. Imponują zdjęcia, ogrom przygotowań produkcyjnych pokrywających tylko w filmie rosyjskiego dokumentalisty osiem lokacji od Argentyny, po Chiny i Botswanę. Zachwyca poetyka ascetycznej narracji Kossakovskiego, w filmie o eremitach antypodów, u Glawoggera podziwiać należy wypracowany akces do bohaterek, prostytutek domów publicznych w Tajlandii, Indiach i Meksyku. Filmy te są kwintesencją rozmiarów festiwalu. Czy też zapowiedzią dokumentów najbliższych lat?

Sposób na Idfę?

Czy jednak wielkie formaty i imponujące budżety to przepis na uznanie jurorów Idfy? W przeciwieństwie do poprzednich edycji Idfy, w tym roku trudniej było w masie wyselekcjonowanych tytułów trafić na dokument kreatywny i niskobudżetowy: reprezentowały go przede wszystkim obrazy z Europy Wschodniej polska „Kołysanka Phnom Penh” Pawła Kolca, nominowany do nagrody Europejskiej Akademii Filmowej „Paparazzi” Piotra Bernasia oraz rosyjski „Outro”, subtelny portret umierającej na raka dziewczyny, którą zapowiadana wizyta matki przeraża bardziej niż sama śmierć.

Trochę na przekór telewizyjnemu establishmentowi jurorzy wyróżnili w tym roku jednak właśnie filmy skromne i wyciszone. Statuetkę Idfy otrzymał argentyński reżyser Jorge Gaggero (średni metraż) za „Montenegro”, film o przyjaźni dwóch mężczyzn, samotników zamieszkujących przeciwne brzegi rzeki. W kategorii średniego metrażu nagrodzono natomiast Koreańczyka Seung Jun Yi („Planet of Snail”) i jego opowieść o niewidomym i niesłyszącym poecie oraz jego żonie. Cierpliwa rejestracja codziennych rytuałów niepełnosprawnej pary i jej wyjątkowej relacji ubrana została w poetycką opowieść o kochankach z innej planety.

Jakie odmiany PopDocs zobaczymy jednak za rok? Choć na razie fabuła inspiruje i prowokuje odnowę dokumentu, Gabriel Paletz, wykładowca Praskiej Szkoły Filmowej, w branżowym kwartalniku „Dox” alarmuje o ryzyku tego połączenia. Dokumenty mogą stać się uboższą wersją mainstreamingowych fikcji, niesłusznie walcząc o czas transmisji w prime time’ie. Fikcje natomiast, wykorzystując śmiało elementy dokumentu, mogą w końcu zagubić jego siłę i jego urok – tworząc filmy zaangażowane ale powierzchowne. Czy zachwianą w ten sposób wiarygodność dokumentu uda się przywrócić ?

* Magdalena Szymków, dziennikarka, dokumentalistka, absolwentka Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Współzałożycielka studia produkcyjnego Vezfilm. Autorka filmu dokumentalnego o polsko-niemieckich wysiedleniach „Koniec i początek” (Wajda Studio/Vezfilm, 2012).

„Kultura Liberalna” nr 152 (49/2011) z 6 grudnia 2011 r.

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ

Nr 152

(50/2011)
6 grudnia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj