0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Wojna, która zakończyła...

Wojna, która zakończyła pokój

Z Margaret MacMillan rozmawiają Jarosław Kuisz i Karolina Wigura

I wojna światowa przyniosła zmianę sytuacji kobiet, postęp w medycynie, ale i radykalny rozwój ruchu faszystowskiego i bolszewickiego. 100 lat po wybuchu konfliktu powinniśmy patrzeć na niego jak na zjawisko, które głęboko zmieniło całą Europę. Niestety, w jego upamiętnieniu dominuje ton narodowy, jeśli nie nacjonalistyczny, opowiada Margaret MacMillan, rektorka St Antony’s College na Uniwersytecie Oksfordzkim, autorka książki „The War That Ended Peace”.
Ilustracja: Marta Zawierucha

Ilustracja: Marta Zawierucha

Jarosław Kuisz, Karolina Wigura: W stulecie wybuchu I wojny światowej historycy starają się znaleźć nowe wytłumaczenia genezy tego konfliktu. Niedawno opublikowała pani „The War That Ended Peace: The Road to 1914” (Wojna, która zakończyła pokój: Droga do roku 1914). To fascynująca wyprawa w przeszłość Europy, ale zdaniem wielu, także ważny głos w debacie nad genezą współczesnych konfliktów międzynarodowych.  Na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę, powracając do wydarzeń sprzed wieku?

Margaret MacMillan: W przeciwieństwie do dawniejszych prób opisania historii lat 1914-1918, współcześnie skupiamy się raczej na naszkicowaniu szerszego kontekstu, który doprowadził do wybuchu wojny. Nie wskazujemy na jeden czynnik, albo jedno państwo, które zadecydowały o tym, co stało się w lipcu stulecie temu. Christopher Clark przypisuje więcej odpowiedzialności Serbii i Rosji. Max Hastings – Niemcom. Ja próbuję opisać kryzys lipcowy w kategoriach jak najszerszych, także w sensie społecznym. Większość badaczy twierdzi dziś także, że wybuch wojny nie był nieunikniony, przynajmniej do 28 czerwca 1914 r. Gdy natomiast spojrzymy na to, co działo się po później, można udowodnić tezę, że to Niemcy i Austro-Węgry wciągnęły całą resztę Europy do wojny.

Wielu polityków wykorzysta pewnie upamiętnianie I wojny, aby promować swoje własne agendy, oparte na nacjonalistycznych namiętnościach. Ale trudno założyć, że nauczą się jak postępować dzięki pracom historyków.

Margaret MacMillan

W nieunikniony sposób odczytujemy jednak wydarzenia sprzed tylu lat przez pryzmat dzisiejszej sytuacji geopolitycznej. Czy nie sądzi pani, że krytyczne spojrzenie na historię najnowszą Serbii wpływa dziś na przypisywanie jej coraz większej odpowiedzialności za rozpętanie konfliktu globalnego – a w przypadku Niemiec, przeciwnie, mamy tendencję do pomniejszania ich sprawstwa?

Mają państwo pewnie na myśli ataki, z jakimi spotkał się Christopher Clark po opublikowaniu „The Sleepwalkers”. Wielu Serbów czuje z pewnością, że zostali przez Europę niesprawiedliwie potraktowani albo nawet skrzywdzeni. Dla nich stwierdzenie, że Serbia była w zasadniczy sposób odpowiedzialna za wybuch I wojny światowej może oznaczać przenoszenie dzisiejszych, raczej krytycznych, wyobrażeń o tym kraju, na ocenę jego polityki w przeszłości. Moim zdaniem, Serbowie muszą zrozumieć, że Serbia sprzed 100 lat to zupełnie inne państwo niż dzisiaj. Jeśli przed wiekiem władze wspierały tam aktywność terrorystyczną, nie znaczy to, że czynią to dzisiaj. Ale ich reakcja jest do pewnego stopnia naturalna. Rzutowanie dzisiejszych ocen na historię sprzed stulecia dotyczy też na pewno Niemiec. Z kolei głównym pytaniem, jakie zadaje się, pisząc dziś o Wielkiej Brytanii w latach 1914-1918, dotyczy samego stopnia mentalnej gotowości do wojny, której fronty przebiegały przecież na kontynencie. Czyż to nie odzwierciedla kłopotów tożsamościowych Wyspiarzy związanych z imigracją i Unią Europejską?

Skoncentrowanie się na procesach ekonomicznych w tłumaczeniu wybuchu I wojny prowadzi do wniosku, że wydarzenia historyczne są nieuniknione. Przez to pozbawia jednostki ich wolności i wpływu na świat.

Margaret MacMillan

Wielokrotnie powtarzano anegdotę o tym, jak John F. Kennedy, po przeczytaniu książki Barbary Tuchman „Sierpniowe Salwy” rozdał jej egzemplarze swoim doradcom oraz dowódcom wojskowym i nakazał czytać. Nagrodzona Pulitzerem książka o I wojnie miała odegrać ogromną rolę podczas kryzysu kubańskiego. Czy ma pani nadzieję, że pani książka, a także dzieła innych wymienionych w tej rozmowie historyków, mogą mieć podobne oddziaływanie?

Niewykluczone, że wielu polityków będzie wykorzystywać upamiętnianie I wojny, aby promować swoje własne agendy, często oparte na nacjonalistycznych namiętnościach. Ale szczerze powiedziawszy, pomysł, że politycy nauczą się, jak postępować, dzięki pracom historyków, wydaje mi się zbyt naiwny. Takie rzeczy są możliwe tylko wtedy, gdy ktoś tego naprawdę chce. Ostrzegam jednak przed łatwymi analogiami. Gdy ktoś dziś twierdzi, że rosyjska aneksja Krymu w początkach tego roku przypomina niemiecką inwazję na Belgię sprzed 100 lat, to pewne oczywiste podobieństwa mogą przesłonić o wiele istotniejsze różnice. Owszem, warto zastanawiać się w kontekście bardziej ogólnym, np. jak szybko kryzys może przemienić pokój w wojnę. A także, dlaczego cywile powinni sprawować realną kontrolę nad wojskiem. Część katastrofy 1914 r. polegała przecież na tym, że politycy nie mieli często pojęcia o tym, co planują sztabowcy. Skutkiem tego na przykład w Niemczech dość szybko powstał plan walki na dwóch frontach. Gdyby nie to, wojna mogła mieć bardziej ograniczony wymiar – walczono by np. tylko z Rosją lub tylko z Francją. Warto o tym dziś pamiętać.

A może łatwość w budowaniu analogii wynika raczej z bezradności wobec dynamiki przemian współczesnego świata? I rozpaczliwych prób znalezienia dla niej metafory?

Jest w tym sporo racji, ale proszę zwrócić uwagę, że historia jest jednym z nielicznych źródeł, z których można czerpać, budując polityczne metafory. Moja teza, dość skromna, byłaby taka: najlepsze, co może uczynić historyk, to pomóc w zrozumieniu, jakie mechanizmy kierują polityką. Jeśli pisząc o I wojnie światowej, choć trochę pomogliśmy w zrozumieniu, co kieruje Rosją, jak kształtowana jest tam społeczna pamięć, dlaczego Władimir Putin tak często odnosi się do przeszłości i jak Rosjanie myślą o teraźniejszości – to odnieśliśmy sukces. Gdyby USA i Wielka Brytania wiedziały nieco więcej o historii Iraku, być może o wiele dokładniej przemyślano by decyzję o inwazji. I może niechęć samych Irakijczyków wobec interwencji nie wzbudzałaby aż takiego zdziwienia.

I wojna światowa diametralnie zmieniła sytuację kobiet. Zmieniła też całe społeczeństwa, przyspieszając procesy, które istniały już wcześniej.

Margaret MacMillan

Opisując przyczyny wybuchu I wojny światowej, kładzie pani duży nacisk na aspekt społeczny. Po kryzysie finansowym z 2008 r., renesans popularności przeżywa książka Karla Polanyi’ego „Wielka transformacja” z 1944 r. Zasadnicze pytanie, jakie stawia w niej węgierski intelektualista, jest o to, jak to się stało, że po względnie spokojnym XIX stuleciu doszło do dwóch tak okrutnych wojen. Jego odpowiedź, podobnie jak pani diagnoza, nawiązuje do gospodarki.

Polanyi uważa, że zderegulowanie wolnego rynku, zamiast do prosperity, doprowadziło do serii załamań ekonomicznych i w konsekwencji potężnych społecznych lęków. Wpierw przyczyniło się do wybuchu I wojny, a potem, po kryzysie 1933 r., do upadku liberalnych demokracji i triumfu faszyzmu. To wartościowe ujęcie. Jestem jednak podejrzliwa względem wszystkich prób wyjaśnienia procesów historycznych za pomocą jednego czynnika – niezależnie czy czyni to Marks, Toynbee, czy Polanyi. Procesy historyczne są wypadkową bardzo wielu czynników. Nie da się o nich opowiedzieć bez uwzględnienia decyzji politycznych indywidualności, które dysponowały nieprawdopodobną siłą – Hitlera, Stalina, Mao itd. Na wybuch I wojny światowej złożyły się także inne wydarzenia, między innymi nieszczęśliwe wypadki – jak sam, z gruntu niespodziewany, sukces zamachowców z Sarajewa. Skoncentrowanie się  na procesach ekonomicznych prowadzi do stwierdzenia, że wydarzenia historyczne są nieuniknione. I przez to pozbawia jednostki ich wolności i władzy oddziaływania na historię.

W audycjach, które przygotowuje pani dla Radia BBC o I wojnie światowej, można wiele dowiedzieć się o zmianach, jakie I wojna światowa przyniosła kobietom. Czy można je uznać za główne beneficjentki ładu powersalskiego?

I wojna światowa zmieniła nie tylko sytuację kobiet. Zmieniła całe społeczeństwa, przyspieszając procesy, które istniały już wcześniej. Oczywiście już przed 1914 r. kobiety zaczęły otrzymywać więcej praw, zaczęto przyjmować je na uniwersytety, mogły kształcić się na specjalistów w różnych dziedzinach. Po raz pierwszy masowo pracowały poza domem – przedtem dotyczyło to tylko tych pochodzących z klas niższych. I wojna światowa niesłychanie przyspieszyła te zmiany. Początkowo nie sądzono, że będzie miało to tak długotrwałe skutki. Pracy kobiet, które zastępowały mężczyzn choćby w fabrykach, nie traktowano jako rozwiązanie na stałe. Wiele z nich straciło zresztą zatrudnienie wraz z powrotem mężów do domu. Na dłuższą metę zyskały jednak ogromną niezależność. Rządy nie były już w stanie dłużej zabraniać kobietom udziału w wyborach. Sytuacja nigdy nie wróciła do poprzedniego stanu.

O jakich jeszcze głębokich zmianach społecznych mówić powinniśmy pamiętać 100 lat po wybuchu konfliktu?

W okresie tym na terenie całej niemal Europy zaczęły organizować się liczne związki zawodowe, powiększała się liczba ich członków. Ale I wojna światowa to także pierwsze masowe rozprzestrzenienie się idei faszystowskich – zwłaszcza we Włoszech. Faszyści nigdy nie zdobyliby tak wielkiej władzy, gdyby nie to, że na wojnie nauczyli się organizacji i procedur wojskowych. W okresie międzywojnia ich szeregi zasilili weterani pamiętający krwawe walki w dolinie Isonzo. Także rozbicie społeczne spowodowane przez I wojnę we Włoszech miało bezpośrednie przełożenie na przyspieszenie rozwoju tych ruchów. To samo można powiedzieć o bolszewizmie w Rosji, który pewnie nigdy nie doprowadziłby do rewolucji 1917 r., gdyby nie wojna.

W Polsce mówi się teraz bardzo wiele na temat odkrywania na nowo społecznej pamięci wydarzeń sprzed 100 lat. Polscy żołnierze walczyli na frontach tej wojny ubrani w mundury pruskie, rosyjskie i austro-węgierskie. Jak podkreśla Włodzimierz Borodziej, Polacy zbyt wolno uczą się, na czym polegało, że to była „nasza wojna”. Do dziś upamiętniamy walczących w niej rodaków, jak gdyby wszyscy walczyli o polską niepodległość…

To bardzo interesujące. Ciekawe jest swoją drogą, że do dziś nie istnieją międzynarodowe upamiętnienia wydarzeń z lat 1914-1918. To szczególnie zastanawiające, biorąc pod uwagę, że wojnie towarzyszyły wszystkie zmiany społeczne, o których mówiliśmy. Albo gwałtowny rozwój nauki, w tym medycyny. W celebrowaniu rocznic dominuje jednak, niestety, ton narodowy, jeśli nie nacjonalistyczny. Minął wiek – powinniśmy wreszcie spojrzeć na wojnę jak na zjawisko, które głęboko zmieniło cały Stary Kontynent.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 290

(30/2014)
29 lipca 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Lunatycy

Nasza wojna



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj