Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > „Wolę chrześcijaństwo, buddyzm...

„Wolę chrześcijaństwo, buddyzm jest zbyt regionalny”. Chińscy chrześcijanie w reportażu Liao Yiwu

Katarzyna Sarek

Kim są? Jak żyją? Jaki stosunek ma do nich władza? Chińscy chrześcijanie rzadko pojawiają się w rozmowach o Chinach. W książce „Bóg jest czerwony” Liao Yiwu – outsider, kontestator i ateista – pozwala nam ich poznać, pokazując Państwo Środka z nieopatrzonej jeszcze strony.

Liao Yiwu_okladka

 

Liao Yiwu w 2012 r. został uhonorowany Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego za zbiór reportaży „Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych”, który pokazał polskim czytelnikom jak różnorodne i odmienne mogą być losy Chińczyków. Dzięki tej książce i zdobyciu nagrody stał się jednym z niewielu znanych w naszym kraju chińskich pisarzy. Jego popularności sprzyja nietuzinkowy życiorys. Buntownik, kontestator, więzień polityczny (skazany za poemat „Masakra” poświęcony wydarzeniom na Placu Tiananmen w 1989 r.), człowiek, który za swoje poglądy wylądował na obrzeżach społeczeństwa i żył z dnia na dzień, grając po barach, pijąc i bratając się z podobnymi sobie straceńcami. Obecnie, po tajemniczej ucieczce z Chin (władze wielokrotnie uniemożliwiały mu legalny wyjazd), mieszka w Europie i z oddali krytykuje to, co widział i miał nieszczęście poznać z bardzo bliska.

Jego kolejna wydana w Polsce książka: „Bóg jest czerwony”, to zbiór osiemnastu wywiadów i reportaży poświęconych chińskim wyznawcom chrześcijaństwa. Książka podzielona jest na trzy części, zgodnie z geograficznym kryterium. Pierwsza zatytułowana „Wyjazd do Dali” to siedem historii życia mieszkańców z małego miasta w prowincji Junnan. W części drugiej „Wioski Yi i Miao” autor zebrał pięć rozmów i reportaży z odciętych od świata wsi mniejszości narodowych, wśród których przetrwało chrześcijaństwo wprowadzone jeszcze w XIX wieku przez zagranicznych misjonarzy. W ostatniej części – „Pekin i Chengdu” – czytelnik poznaje pięć sylwetek chrześcijan wielkomiejskich, młodszych i o bardziej nowoczesnym nastawieniu do wiary, polityki i własnych potrzeb duchowych. Losy ludzi, którzy wbrew czasom i polityce pozostali chrześcijanami w maoistowskich Chinach, mogą posłużyć jako budujący przykład mocy wiary i niezłomności przekonań (choć w stylu nieco trącącym hagiograficzną martyrologią pierwszych chrześcijan).

Sam Liao chrześcijaninem nie jest. Jak większość Chińczyków jest ateistą i nie odczuwa potrzeby szukania sensu życia poza tu i teraz. Rozmowy i wywiady koncentrują się więc raczej na przeżyciach doczesnych i konsekwencjach decyzji pozostania czy stania się chrześcijaninem, nie znajdziemy w nich drążenia kwestii teologicznych czy subtelnych egzegez na temat Trójcy Świętej. Taka perspektywa pozwala ujrzeć życiorysy chińskich chrześcijan również jako przykład losów jednostek idących pod prąd głównym nurtom społecznym. A że główne nurty w Chinach zawsze były potężne, to próby utrzymania się poza nimi i zachowania własnych poglądów zazwyczaj kończyły się przykrymi konsekwencjami.

Właśnie z opisami takich konsekwencji stykamy się prawie na każdej stronie książki. W czasach Mao trwanie w wierze mogło skończyć się prześladowaniami, a nawet śmiercią w męczarniach, współcześnie – pobiciem, wyrzuceniem z pracy, nękaniem przez policję czy kilkuletnim pobytem w więzieniu. Mimo wszystko chrześcijan w Chinach wciąż przybywa. Dzięki reportażom Liao możemy zrozumieć dlaczego.

Londyńska organizacja China Mainland Mission ponad 150 lat temu wysłała do Szanghaju pierwszą grupę misjonarzy. Kilku z nich dotarło aż do zapadłych junnańskich wiosek i rozpoczęło działalność, lecząc, ucząc higieny, zakładając szkoły, pomagając biednym i ewangelizując. Dzięki staraniom misji w Chinach na początku lat 50. XX w. społeczność chrześcijańska liczyła ok. 700 tys. wyznawców. Po okrzepnięciu władzy ludowej zabrano się za „szpiegów imperializmu”, wszystkich cudzoziemskich misjonarzy zmuszono do opuszczenia Chin, miejscowych wyznawców – do wyparcia się wiary. Większość to zrobiła, niepokorni za niezłomność przekonań płacili swoim majątkiem, zdrowiem, a bywało, że i życiem. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tamtym okresie prześladowano nie tylko chrześcijan, walczono również z buddyzmem czy taoizmem, a także nękano każdego, kto nie należał do klasy proletariackiej – bogatych chłopów, intelektualistów czy artystów. Po śmierci Mao w 1976 r. władze przestały histerycznie reagować na ruchy religijne i pozwoliły na funkcjonowanie różnego rodzaju wspólnot. Bynajmniej nie oznacza to wolności religijnej, bowiem wszystkie Kościoły chrześcijańskie muszą należeć do Chińskiego Chrześcijańskiego Patriotycznego Ruchu Trzech Samodzielności lub Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich. Chińscy „oficjalni” katolicy nie uznają zwierzchności Watykanu, władze mają wpływ na nominacje biskupów, a wspólnoty podlegają nadzorowi i kontroli. Ci, którym to nie odpowiada, skupiają się w tzw. kościołach domowych, gdzie potajemnie spotykają się i modlą.

Rozmówców Liao można przyporządkować do dwóch grup. Pierwsza to „starzy chrześcijanie” – staruszkowie ochrzczeni jeszcze przed Mao lub ich potomkowie. Są to chłopi z zapadłych wsi lub małych miasteczek, którzy mimo wszystko trwają przy religii, ponieważ wciąż pamiętają chwalebną działalność i bezinteresowność misjonarzy, a kultywowanie wiary przynosi im pocieszenie w chorobach, biedzie i braku perspektyw. Niekiedy ta niezłomność poglądów przybiera kuriozalne wymiary, jak w przypadku siostry Zhang, stuletniej zakonnicy, która celem swojego życia uczyniła odzyskanie majątku kościelnego, a zapytana, czy jest gotowa przebaczyć komunistycznym władzom i modlić się za nie, dostaje ataku wściekłości: „Nie, absolutnie, nie! Wciąż zajmują własność kościelną! Nie zgadzam się umrzeć! Zaczekam, aż oddadzą Kościołowi wszystko, co zagrabili!”.

Druga grupa to nowi wyznawcy, często z dużych miast, zamożni i wykształceni. Historie opisane przez Liao pokazują, że na religijną drogę skierowały ich choroby, nałogi, nieszczęśliwe rodzinne historie czy przygniatająca nuda. Bezpłodna kobieta porzucona przez męża, hazardzistka uzależniona od gry w mahjonga czy zblazowany młodzieniec, niemający co począć ze swoim życiem – wiara i poczucie przynależności do wspólnoty pozwoliły im na uporanie się z problemami. Dla Ho Lu, 24-latka, który niedawno się ochrzcił, chrześcijaństwo jest nowoczesne i zrozumiałe: „Wolę chrześcijaństwo. Buddyzm jest zbyt regionalny, świecki, nie na czasie. […] Taoizm jest zbyt intelektualny, niezrozumiały. Moim zdaniem tylko chrześcijaństwo wszystko ogarnia”. Z rozmów wyzierają motywy popularności chrześcijaństwa wśród mieszkańców miast – po części to kwestia mody i zamiłowania Chińczyków do wpływów z Zachodu. W ich oczach „zagraniczna wiara jest lepszej jakości, tak samo jak zagraniczne produkty. Wielu młodych chrześcijan w miastach rzuca się do stóp Jezusowi, ponieważ noszenie krzyża i śpiewanie cudzoziemsko brzmiących hymnów jest w modzie”.

Po lekturze książki Liao pozostają mieszane odczucia. Z jednej strony jest to ciekawe i ważne świadectwo losów chińskich chrześcijan, które pozwala poznać powody konwersji, styl życia i późniejsze perypetie wytrwałych w wierze, z drugiej zaś pokazuje płytkość tej wiary, trwanie przy niej z przyzwyczajenia czy zastępowanie nią – z braku innych ścieżek – chociażby psychoterapii czy relacji międzyludzkich. Liao nie jest wybitnym stylistą, jego książki ciekawią głównie tematyką, bo forma nie zachwyca (być może swoją niechlubną zasługę ma w tym przekład na polski z języka angielskiego, a nie z chińskiego oryginału), ale mimo wszystko warto je czytać, bo pokazują Chiny z nieopatrzonych stron. Liao, sam będąc outsiderem, potrafi dotrzeć i skłonić do opowieści ludzi, których rzadko dopuszcza się do głosu.

 

Książka:

Liao Yiwu, „Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach”, przeł. Barbara Gadomska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 296

(36/2014)
9 września 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj