Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] Chwalę grubą...

[Polska] Chwalę grubą kreskę

Andrzej Brzeziecki

Czym faktycznie była polityka „grubej kreski” w rządzie Mazowieckiego i czy dało się inaczej przeprowadzić Polskę od komunizmu do demokracji? Na te pytania odpowiada Andrzej Brzeziecki.

Dla porządku przypomnijmy – 24 sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki, występując w Sejmie, powiedział: „Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma jednak ona wpływ ma okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy gruba linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania”.

W intencji Mazowieckiego słowa te miały oznaczać nowy początek – były sygnałem, że wraz z przyjściem do władzy obozu „Solidarności” zaczyna się nowa epoka. Tak się jednak złożyło, że słowa te, przerobione na „grubą kreskę”, stały się symbolem kontynuacji i pobłażliwości dla sił ancien régime’u. „Gruba kreska”, jak mało który polityczny slogan, zrobiła karierę w III Rzeczpospolitej. Nie miało znaczenia, że to rząd Mazowieckiego, przyjmując plan Balcerowicza, zerwał z socjalistycznym ustrojem gospodarczym, że to rząd Mazowieckiego zerwał z zależnością od Moskwy, że to rząd Mazowieckiego dokonał weryfikacji służb specjalnych…

Mamy prawo do dumy ze stylu przechodzenia do demokracji: bez przemocy, bez brutalnie manifestowanej wrogości, bez aktów zemsty. Eliminujemy i będziemy w dalszym ciągu likwidowali wszelkie pozostałości starego ustroju, ale w sposób zgodny z prawem.

Tadeusz Mazowiecki

Nie ma wątpliwości, że rząd Mazowieckiego, będący przełomem w polskiej historii, jednocześnie inaczej niż w przypadku wielu rewolucji, nie oznaczał radykalnej eliminacji z życia politycznego ludzi PZPR. Wszystko miało odbyć się zgodnie z regułami demokracji i zgodnie z obowiązującym prawem. Mówił o tym Mazowiecki w Sejmie 6 lipca 1990 roku: „Mamy prawo do dumy również ze stylu przechodzenia do demokracji – bez przemocy, bez brutalnie manifestowanej wrogości, bez aktów zemsty. Nie oznacza to zapominania ani wybaczania doznanych w przeszłości krzywd, cierpień i zniszczeń. Ten zamknięty już na szczęście rozdział historii wymaga zdecydowanego osądu moralnego. Eliminujemy i będziemy w dalszym ciągu likwidowali wszelkie pozostałości starego ustroju, ale w sposób zgodny z prawem. Jest rzeczą naturalną, iż ludzie współodpowiedzialni za stan kraju są przez obywateli w demokratyczny sposób eliminowani z pozycji władzy, odpowiedzialności i społecznego prestiżu”.

Niestety, zwolennicy teorii „grubej kreski” wolą nie pamiętać tego wystąpienia premiera – nie pasuje im ono do obrazu rządów Mazowieckiego jako okresu całkowitej tolerancji dla ludzi dawnego ustroju.

A jednak – żeby zabawić się w adwokata diabła – filozofia rządów Mazowieckiego rzeczywiście zakładała złożenie pewnej oferty tym, którzy popierali dawny system. Jeszcze 24 sierpnia 1989 roku Mazowiecki mówił, że chce być „premierem rządu wszystkich Polaków”. 12 września 1989 roku, gdy Sejm zatwierdzał skład jego rządu, Mazowiecki mówił, że dziedzictwo Sierpnia to dla niego także „zdolność przekraczania sporów i podziałów, umiejętność poszukiwania partnerstwa, wyrzeczenie się myślenia w kategoriach brania odwetu za przeszłość, wyrównywania rachunków krzywd”. W tym samym wystąpieniu zapewniał, że „rząd nie zamierza przeprowadzać masowej wymiany urzędników państwowych”.

Miało to praktyczne skutki dla samej konstrukcji rządu. Jak wiadomo, w gabinecie Mazowieckiego znaleźli się ministrowie z PZPR w tym dwaj generałowie, filary poprzedniego ustroju – Czesław Kiszczak (MSW) i Florian Siwicki (MON). Mazowiecki traktował ich jako pełnoprawnych członków swej ekipy. Zapytany później przez Andrzeja Urbańskiego, czy widoczny był w rządzie podział: „my-oni”, Mazowiecki odpowiadał, że dominowała raczej „świadomość ekipy”. „Uważałem, że dla rządu był to element zasadniczy”, mówił. Jeśli więc generał Kiszczak mógł się znaleźć w „ekipie”, to był to jasny sygnał dla każdego urzędnika służącego dawniej komunistom, że i on nie jest pozbawiony szans na funkcjonowanie w nowych realiach.

W pewnym sensie więc „gruba kreska” rzeczywiście była faktem. Pytanie tylko – dobrze to czy źle? I jeśli źle, to czy można było inaczej przeprowadzić Polskę od komunizmu do demokracji?

Jeśli więc generał Kiszczak mógł się znaleźć w „ekipie”, to był to jasny sygnał dla każdego urzędnika służącego dawniej komunistom, że i on nie jest pozbawiony szans na funkcjonowanie w nowych realiach.

Andrzej Brzeziecki

Nie bez znaczenia jest tu osobowość samego Mazowieckiego i jego życiowe doświadczenia. Był świadkiem Października 1956 roku – wiedział co się stało zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech. Wielkim wstrząsem dla niego było inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. Interwencje w Budapeszcie i w Pradze wyraźnie, w jego przekonaniu, wyznaczały granice tego, co możliwe. Dlatego w 1980 roku w Stoczni doradzał robotnikom umiar i kompromis, dlatego podczas rozmów z władzą w 1989 roku stawiał na kompromis i porozumienie. Doświadczenia z przeszłości naznaczyły go i oceniając jego politykę jako premiera, nie można od nich abstrahować. Fakt, że to komunistyczni generałowie wciąż kontrolują resorty siłowe, że wojska radzieckie wciąż stacjonują w Polsce, że Polska otoczona jest krajami rządzonymi przez twardogłowych komunistów – z których jeden domagał się interwencji w Polsce – stanowił dla niego groźne memento.

Mazowiecki stale obawiał się, że reformy, które przeprowadza, zostaną zagrożone – bał się jakiejś prowokacji, akcji ze strony SB. Dlatego uważał, że obecność komunistycznych generałów w rządzie, zwłaszcza Czesława Kiszczaka, jest koniecznym zabezpieczeniem przed tymi zagrożeniami. Dziś atencja, z jaką traktował architektów stanu wojennego – także prezydenta Jaruzelskiego – może wywoływać zdziwienie, dziwić mogą też deklaracje Mazowieckiego czy ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego, jakie składali na forum Układu Warszawskiego – taką cenę zdecydowano się zapłacić za spokój dla reform. W myśl taktyki – by nie drażnić lwa (w tym przypadku raczej niedźwiedzia).

Ale ważniejszy był inny czynnik. Ten, o którym Mazowiecki mówił, powołując się na dziedzictwo „Solidarności” i zdolność do przekraczania sporów. Pierwszy niekomunistyczny premier Polski uważał, że podczas obrad Okrągłego Stołu zawarte zostało pewne porozumienie. Rzeczywistość – wybory 4 czerwca i powołanie solidarnościowego rządu 12 września – podważyła większość jego ustaleń, Mazowiecki uważał jednak, że należy przestrzegać istoty tego porozumienia i w dalszym ciągu traktować drugą stronę jako partnera.

Zdawał sobie sprawę, że ludzie dawnego systemu – członkowie PZPR i ich rodziny – to kilka milionów ludzi. Uważał, że ani prawnie, ani nawet werbalnie, nie należy tych ludzi dyskryminować. Nie należy ich traktować tak, jak do tej pory PZPR traktowała swoich przeciwników. Wynikało to z humanizmu Mazowieckiego, ale także zamysłu, by pozyskać tych ludzi dla demokracji. Polska, jeśli rzeczywiście miała stać się państwem demokratycznym i tolerancyjnym, nie mogła wpisywać części społeczeństwa do drugiej kategorii obywateli.

Mazowiecki dał szansę (post)komunistom, by mogli włączyć się w budowę III RP. Skorzystali z tej szansy i gdy zdobyli władzę w latach 1993-1995, nie zakwestionowali żadnego istotnego elementu polskich przemian – co więcej: kontynuowali je.

Andrzej Brzeziecki

Być może popełniono tu kilka błędów – należało bardziej konsekwentnie pozbawić partie wywodzące się z ancien régime’u majątku, który zdaniem wielu stał u podstaw ich zwycięstwa w 1993 roku. Być może trzeba było wcześniej odsunąć z rządu generała Kiszczaka. Wydaje się jednak, że w ogromie reform, których dokonał tamten rząd, pewne błędy były nieuniknione, ale nie zaważyły one na bilansie lat 1989-1990. Warto pamiętać, że żaden z krajów postkomunistycznych, które przyjęły bardziej restrykcyjną politykę wobec komunistów, nie jest dziś w diametralnie lepszej sytuacji niż Polska.

W 1993 roku postkomuniści rzeczywiście wrócili do władzy – ale zdecydowało o tym wiele czynników – rozbicie obozu „Solidarności”, zmęczenie reformami (które podobny skutek przyniosło także w innych krajach), ale przede wszystkim rzeczywiste społeczne poparcie, jakim cieszyły się SLD i PSL. I pozostawiony majątek nie ma tu nic do rzeczy – Stronnictwo Demokratyczne także zachowało spory majątek, a jednak zniknęło ze sceny politycznej.

W latach 1989-1990 Mazowiecki dał szansę postkomunistom, by mogli włączyć się w budowę III RP. Skorzystali z tej szansy i gdy zdobyli władzę w latach 1993-1995, nie zakwestionowali żadnego istotnego elementu polskich przemian i co więcej: kontynuowali je. Już samo to świadczy o tym, że „gruba kreska” nie była tak zła, jak próbuje się ją przedstawić.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 296

(36/2014)
12 września 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj