PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Rewolucja schodzi na...

Rewolucja schodzi na psy. Recenzja filmu „Biały Bóg”

Michał Piasecki

Kornél Mundruczó w „Białym Bogu” wdaje się w romans z popkulturowymi konwencjami. Gatunkowe kostiumy nie służą mu jednak wyłącznie do budowania eskapistycznej fantazji, ale do zmierzenia się z lękami i nadziejami węgierskiego społeczeństwa. Nośnikiem politycznej zmiany reżyser czyni bezpańskie psy.

Dotychczas najgłośniejsze projekty Kornéla Mundruczó powstawały na scenicznych deskach, a kinowe obrazy pozostawały raczej na marginesach europejskich ekstremów. Węgierski reżyser umiejętnie łączył teatralną i filmową ścieżkę swojej kariery. Czynił je od siebie niezależnymi, ale równocześnie nie stronił od ich krzyżowania. Gdyby jednak zdobyć się na zaklasyfikowanie go po którejś ze stron, to właśnie język postdramatycznego teatru, bardziej niż specyficznie filmowe środki, byłyby glebą, na której kiełkowały kolejne dzieła reżysera „Nietoperza”.

Zanurzenie Mundruczó w tym, co specyficznie teatralne, przejawiało się w sposobie traktowania przez niego materii, z której lepił swoje opowieści. Bliskie mu było podejście kojarzone z rolą dramaturga we współczesnym teatrze: kogoś, kto wydobywa z kanonicznych tekstów pozbawione substancji formy, a następnie obudowuje ich szkielety tkanką współczesności. Właściwie w każdej kolejnej produkcji reżyser płynnie przechodził od rozbicia dzieła na drobne elementy do składania na ich podstawie wyrazistej wypowiedzi według znanego tylko sobie klucza.

WhiteGod-Still1

Ten typ myślenia o konstrukcji opowieści – z jego wszystkimi słabościami – był wyraźnie obecny w poprzednim filmie Mundruczó – „Frankenstein. Łagodny potwór”. W przeciwieństwie do najbardziej znanego obrazu węgierskiego reżysera „Delty” (bliskiego minimalizmowi kojarzonemu z kinem Beli Tarra) dzieło nawiązujące tytułem do książki Mary Shelly stanowiło wcielenie najgorszych stereotypów o artystowskich pretensjach niezależnego kina, błądzących między postmodernistycznym pomieszaniem a nadętymi aspiracjami symbolicznymi. Film uginał się pod ciężarem przeszacowanych ambicji. Poniekąd proroczą opinię w recenzji tego obrazu wygłosiła wówczas Ludwika Mastalerz: „Podczas oglądania «Łagodnego potwora» narasta nieznośna tęsknota za hollywoodzkim ładem, gdzie każdy gładki klocek idealnie pasuje do drugiego. Tam przynajmniej ktoś za tę układankę odpowiada”. Wątpliwe, aby węgierski reżyser zapoznał się z tą oceną, być może jednak uczucia narastające w polskiej krytyczce stały się również częścią emocjonalnych doświadczeń twórcy. Faktem jest, że retoryczne postulaty zostały spełnione w najnowszym filmie Mundruczó – „Białym Bogu”.

Kino Europejskiej Przygody

W „Białym Bogu” łączy się zamiłowanie Mundruczó do frywolnej intertekstualności przyobleczonej w maskę wszechstronnej erudycji z popkulturową skłonnością do eklektycznego przetwarzania gatunków. Węgierski reżyser niczym wyrobiony geek wykazuje się drobiazgową umiejętnością przywoływania cytatów z plejady najróżniejszych dzieł amerykańskiego kina rozrywkowego. Nie jest to w żadnym wypadku puste ćwiczenie stylistyczne zrealizowane przez nadgorliwego prymusa, ale pomyślana i zrealizowana z autentyczną pasją brawurowa przebieżka przez różnorodne techniki i konwencje. Rzecz zupełnie precedensowa na gruncie europejskiego kina.

Zwrot estetyczny, jakiego dokonał w nowym filmie autor „Delty”, przywodzi na myśl nieoczekiwaną woltę Brunona Dumonta w „Małym Quinquinie”. Jednak Mundruczó w przeciwieństwie do francuskiego twórcy nie podejmuje wyłącznie gry na zasadach gatunku, aby docelowo rozsadzić go od środka przy pomocy groteskowego przerysowania. W „Białym Bogu” zachowane są wszystkie prawidła dobrze skrojonej opowieści mającej na celu emocjonalne zaangażowanie widza w opowiadaną historię: od mnożenia nieoczekiwanych zwrotów akcji do wiszącej w powietrzu obietnicy szczęśliwego zakończenia. Nawet przez sekundę nie próbuje się tutaj demaskować reguł zabawy ani też rozbijać spójności ekranowej rzeczywistości.

WhiteGod-Still3

„Biały Bóg” stanowi mieszankę kina familijnego i rodzinnego dramatu. Nastoletnia Lili musi przeprowadzić się do ojca, gdy wychowująca ją matka wyjeżdża do Australii. Na miejscu stawia się wraz ze swoim psem Hagenem. Demonstrujący niezadowolenie z tej sytuacji ojciec skupia gniew na zwierzęciu. W dodatku okazuje się, że pies jest mieszańcem, co z kolei wzbudza złość sąsiadów i kończy się donosem do urzędu na brak opłaty podatkowej za nierasowego czworonoga. Mimo rozpaczliwych protestów córki ojciec nie ma zamiaru uiścić opłaty. Zamiast tego, najzwyczajniej porzuca Hagena na pastwę losu, zostawiając go na środku ulicy.

Gdy już jesteśmy przekonani, że będziemy śledzić losy nastolatki i jej typowych problemów związanych z buntem i dorastaniem, z wszystkimi tymi trudnościami przychodzi się zmierzyć jej… psu. Niepostrzeżenie historia przepoczwarza się w kino sensacyjne oglądane przez nas oczami Hagena, by następnie nieprzerwanie operować na dwóch planach, a w końcowych partiach stać się rasowym horrorem. Zaletą stylu węgierskiego reżysera jest to, że gatunkowy kalejdoskop idzie tu w parze z dokumentalnym w duchu skupieniem się na obyczajowych obserwacjach, których próżno byłoby szukać w tradycyjnie odpowiedzialnej historii.

Zdecydowanie najsłabiej w „Białym Bogu” wypadają próby rozwijania wątku Lili. Wtrącane dość pobieżnie i skrótowo rażą swoją przewidywalnością. Postać nastolatki przypomina nieco przerośnięte dziecko wyjęte z filmów należących do nurtu Kina Nowej Przygody, ale jednocześnie przez swój wiek pozostaje bliższa bohaterkom opowieści spod znaku coming-on-age. Poznajemy ją bliżej podczas prób do uroczystości, na której wraz z orkiestrą będzie wykonywała „Rapsodię węgierską” Liszta, aby później śledzić jej dość szablonowe młodzieńcze problemy z rówieśnikami i używkami. Reżyser nie decyduje się dociążyć któregoś z tych wątków, co czyni z Lili jedynie dziewczynkę o dobrym serduszku.

Wyraźnie trzeba podkreślić, że w „Białym Bogu” to nie sama scenariuszowa konstrukcja stanowi o oryginalności obrazu Mundruczó. Mamy tutaj do czynienia zarówno z zabawą w kino, jak i zabawą kinem – samymi możliwościami medium. Popisem reżyserskich możliwości jest scena otwierająca. Przypomina ona nieco początek animowanego dokumentu „Walc z Baszirem”. Podobnie jak w izraelskim filmie przez opustoszałe miasto pędzi tu sfora psów, zachowująca się niczym dobrze zdyscyplinowana armia. Na jej czele na rowerze jedzie Lili. Wizji rodem z apokaliptycznej rzeczywistości „Planety Małp” towarzyszy wyrafinowana praca operatorska. Kamera chwytająca możliwie wiele perspektyw i dynamiczny montaż karmią się czystą esencją kina, czyli niczym nieograniczonym ruchem. Ekran zdaje się pulsować od gwałtownej kinetycznej energii. Choćby dla zobaczenia tej sekwencji, warto wybrać się na „Białego Boga” do kina.

Wyzwolenie zwierząt, czyli przeciw antropocentryzmowi?

Mundruczó w „Białym Bogu” nie próbuje ubrać w nowe szaty „Lassie, wróć!” ani ograniczyć się wyłączenie do instrumentalnego zwierzęcego aktora, tak jak uczynił to Alejandro González Iñárritu w „Amerros Peros”. Reżyser stawia sobie nieco ambitniejsze zadanie przekroczenia szablonowego uczłowieczenia czworonożnego bohatera. Próbuje w możliwie wiarygodny sposób oddać psią perspektywę również na poziomie wizualnym. Losy Hagena zostały nakręcone kamerą ustawiona na poziomie jego spojrzenia. Można uznać to jedynie za niewiele wnoszącą ciekawostkę. Czy jednak nie takie drobne modyfikację najcelniej wybijają widza z jego przyzwyczajeń?

Podążanie za osamotnionym, zagubionym zwierzęciem w nieprzyjaznym labiryncie miasta daje szansę widzowi na podróż w peryferyjne dzielnice Budapesztu, zamieszkiwane przez biedniejsze grupy społeczne. Tutaj nikt nie patrzy na rodowód, ale zarazem wymaga bezwzględnego dostosowania do obowiązujących reguł. Zrozumienie zastępuje wyłącznie przymus adaptacji. Hagen zostaje poddany brutalnej tresurze przez jednego z bohaterów, aby z niewinnej, domowej maskotki stał się prawdziwie męskim wojownikiem i z powodzeniem rywalizował z innymi psami w krwiożerczych starciach, a później przynosił realne zyski nowemu właścicielowi.

Mundruczó godzi w nasze przyzwyczajenia do utożsamiania przemocy wyłącznie z anomalią czy „zwierzęcością” i podkreśla, jak bardzo płynne są podobne rozróżnienia.

Michał Piasecki

W fascynacji mężczyzn nielegalnym procederem możemy dostrzec echo zjawiska opisywanego przez Clifforda Geertza w słynnym tekście o walkach kogutów na Bali [1]. Na wzór mieszkańców wyspy pozornie sportowa rozgrywka miesza się z walką o miejsce w strukturze społecznej i przybiera rytualny charakter. Oczywiście w przypadku „Białego Boga” akcenty zostają rozłożone trochę inaczej: na pierwszym planie znajduje się biznes, ale gdzieś podskórnie obecny jest też aspekt „głębokiej gry”, o której pisał amerykański antropolog. Z krótkich scenek dowiadujemy się więcej o mieszkańcach przedmieścia niż z całych godzin interwencyjnych reportaży. W ich zachowaniu ujawnia się nieświadoma kultury tląca się iskierka buntu, którą ostatecznie przechwycą zwierzęta.

Zarówno wątek – często skrajnie bestialskiej – przemocy, jak i operowanie na poziomie podstawowej, instynktownej emocjonalności znakomicie współgrają z gatunkową formą. Pozwalają ciągle intensyfikować napięcie i nadawać tempo. Podczas Nowych Horyzontów krążyła opinia o wyjątkowej brutalności scen walki między psami. Sceny te, obok wspomnianej sekwencji otwarcia, stanowią najbardziej widowiskowe momenty. Porażają swoją autentycznością, przez co rzeczywiście mogą stanowić poważne wyzwanie dla bardziej wrażliwych widzów, mimo że podczas kręcenia nie ucierpiało żadne zwierzę, a lejąca się krew była sztuczna. Samą przemoc, zarówno fizyczną, jak i strukturalną, można uznać za jeden z tematów „Białego Boga”. Węgierski reżyser w ramach spójnej opowieści umieszcza obok siebie dwa dopełniające się bieguny: czysty dobrotliwy humanizm Lili i radykalne zło stopniowo rodzące się w Hagenie. Nie przeciwstawia ich sobie ani nie szuka jednostkowych winnych, ale przypomina, że stanowią awers i rewers tej samej monety. Mundruczó godzi w nasze przyzwyczajenia do utożsamiania przemocy wyłącznie z anomalią czy też „zwierzęcością” i podkreśla, jak bardzo płynne są podobne rozróżnienia.

Wracając do roli psów w „Białym Bogu”, warto dodać, że również podczas promocji dzieła Bodie (tak właściwie nazywa się filmowy Hagen) został potraktowany jako pełnoprawny aktor. Podczas festiwalu w Cannes przechadzał się po czerwonym dywanie i wypoczywał na plaży. Sam Mundruczó w wywiadach podkreślał etyczny impuls stojący za sięgnięciem po temat psiego losu. Zwracał uwagę na to, że sposób, w jaki traktujemy zwierzęta, wciąż nie wybrzmiewa jako realny, polityczny problem. Szybko ląduje w jednym worku z wieloma innymi „nierozwiązywalnymi” współczesnymi bolączkami.

Węgrzy, jeszcze nie jeden wysiłek!

„Biały Bóg” zadedykowany jest niedawno zmarłemu Miklosowi Janco – postaci niemal uosabiającej węgierskie kino. Mundruczó utrzymywał bliski kontakt z autorem „Desperatów”. Jak podkreśla w wywiadach, udało mu się pokazać Janco swój najnowszy film tuż przed śmiercią nestora węgierskiej kinematografii. Wspominana dedykacja, oprócz oczywistych chęci oddania szacunku i złożenia hołdu legendzie, stanowi też próbę budowania ponadpokoleniowej wspólnoty połączonej dysydenckim etosem i etycznymi zobowiązaniami. Likwidacja węgierskiego odpowiednika PISF-u i zastąpienie go stanowiskiem komisarza rządowego ds. węgierskiego przemysłu filmowego, które objął przyjaciel premiera Andrew Vajna – co de facto oznaczało kompletne zamrożenie finansowania dla niezależnych produkcji – stanowiły poważny test solidarności reżyserskiego grona. W obliczu nieprzychylnej polityki węgierskiego ministerstwa kultury podkreślenia genealogicznych rodowodów zyskały więc dodatkowy posmak, a kwestie podejmowane przez odchodzące pokolenie mistrzów ponownie zaczęły brzmieć niebezpiecznie aktualnie. Pytania o związek rewolucyjnych przemian i przemocy w „Białym Bogu” noszą w sobie echa zagadnień trapiących pokolenie Janco.

WhiteGod-Still4

Czy możemy zatem uznać nowy obraz Mundruczó za film polityczny? Polski dystrybutor promuje wręcz „Białego Boga” jako „metaforyczną opowieść o kraju Orbana”, czym sugeruje takie odczytanie jako istotne, jeśli nie kluczowe. Trudno nie zauważyć ustawicznie podsuwanych drobnych sugestii odnoszących się do współczesnej kondycji politycznej węgierskiego państwa dość autorytarnie rządzonego przez Fidesz, u boku którego prężnie rozwijają się faszyzujące bojówki Jobbiku. W ustawie o czystości rasy psów można doszukiwać się odniesień do represji wobec imigrantów i romskiej mniejszości, a w stosunku bogatszych mieszczan do kundli – pogardy, jaką darzy ta grupa społeczna biedniejszych i gorzej wykształconych mieszkańców przedmieść. Z kolei w samym buncie psów dają się dostrzec aluzje do wybuchu niekontrolowanej przemocy typowej dla pozbawionych perspektyw młodych ludzi.

„Biały Bóg” to bajka zwierzęca – za oręż politycznej walki obierająca alegorię i aluzję. Zasadne nie jest więc pytanie o to, czy widzowie zaczną budować barykady po wyjściu z kina. Praca wykonuje się w przestrzeni społecznych wyobrażeń, w którą wszyscy są uwikłani. Na wzór „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa film Mundruczó mógłby rozgrywać w każdym innym dowolnym kraju. Nie oznacza to wątpliwego uniwersalizmu psychologicznie rozumianej ludzkiej natury, tylko globalne uwarunkowania, którym podlegają bez wyjątku wszystkie społeczeństwa. Widmo przechwycenia przez skrajną prawicę frustracji szerokich mas wywołanej pogarszającą się sytuacja materialną stało się w ostatnich latach prawdopodobnym scenariuszem w całej Europie. Tytuł filmu został zaczerpnięty z „Hańby” J.M. Coetzeego, wystawianej wcześniej w teatrze przez Mundruczó. Słusznie można podejrzewać, że to jemu „Biały Bóg” zawdzięcza swoją wieloznaczność. Przypomnijmy, że w książce Coetzee niekonsekwentnie, ale dość wyraźnie buduje analogię między psami a czarnymi mieszkańcami RPA. Przywołuje debaty o prawach zwierząt, aby demaskować obecne w nich myślowe klisze z czasów dyskusji dotyczących praw czarnoskórych. Powraca w nich argumentacja pojawiająca się wcześniej w czasach apartheidu. Mundruczó również do końca trzyma nas w szachu i tylko od samego odbiorcy zależy, czy zinterpretuje zakończenie jako pacyfikację wywrotowych tendencji, czy raczej będzie skłonny uznać je za głos w debacie o niezbędności pozytywnego programu po chwilowym karnawale rewolucji.

Siłą „Białego Boga” jest to, że odczytanie filmu w określonym kluczu – czy to politycznym, czy walki o prawa zwierząt – wzbogaca akt oglądania o dodatkowe sensy, ale nie stanowi przepustki do czerpania przyjemności z kinowego seansu. Mundruczó zatem udało się przełamać impas, w który popadł, obdarzywszy zbyt dużym zaufaniem gest krytyczny, tak charakterystyczny dla współczesnego europejskiego kina. I chociaż „Biały Bóg” nie zrywa z jego wcześniejszą twórczością, a wręcz częściowo stanowi kontynuację „Frankensteina” przez podjęcie tematyki radykalnego zła wymykającego się spod kontroli, to estetyczne przewartościowanie pozwala na o wiele sprawniejszą realizację ideowych założeń przyjętych przez węgierskiego reżysera. W konsekwencji sprawia, że niewinna popkulturowa fantazja brzmi niepokojąco realistycznie.

Przypis:

[1] Clifford Geertz, „Głęboka gra: walki kogutów na Bali”, przeł. Grzegorz Godlewski, „Dialog”, 7-8/2005, s. 89–106.

 

Film:

„Biały Bóg”, reż. Kornél Mundruczó, Niemcy, Szwecja, Węgry 2014.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 321

(9/2015)
3 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj