0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Tęczowo-czarni. Recenzja filmu...

Tęczowo-czarni. Recenzja filmu „Dumni i wściekli”

Mateusz Góra

Historia kolorowej koalicji gejów, lesbijek i górników, do której doszło w 1984 r., to filmowy samograj. Oparta na tym epizodzie brytyjskiej historii komedia „Dumni i wściekli” stanowi rozrywkową i niepozbawioną ironii przypowieść o niemalże utopijnym zjednoczeniu ponad społecznymi podziałami.

PRIDE

„Dumni i wściekli” to film, który bez moralizowania poucza, że istnieje porozumienie ponad podziałami i pomimo wszelkich przeciwności. A przecież pokojowe współżycie między górnikami, żyjącymi w ubogich małych miastach, gdzie od pokoleń niemal wszyscy mężczyźni uprawiają ten sam zawód, a londyńskimi gejami i lesbijkami, którzy po niezwykle intensywnej rewolucji obyczajowej lat 60. i 70. stają w obliczu epidemii AIDS, wydaje się niemal niemożliwe. Dwie grupy portretowane przez Warchusa zmagają się z kompletnie innymi problemami.

Dlatego też najlepszym pomysłem odpowiedzialnego za scenariusz Stephena Beresforda było jedynie szkicowe zarysowanie zarówno konfliktu na linii górnicy–rząd Margaret Thatcher, jak i zbierającej coraz większe żniwo epidemii „gejowskiego raka”. W końcu obie te historie, przepracowane przez kino już wielokrotnie, są dobrze znane odbiorcom; nie ma sensu tłumaczyć po raz kolejny tła historycznego. Cały ciężar opowieści został zatem przeniesiony na płaszczyznę przedstawienia kluczowego momentu w życiu dwóch grup ludzi pochodzących z zupełnie odmiennych światów. Zgodnie z zasadą pars pro toto w słowach i działaniach bohaterów kryje się przekrój brytyjskiego społeczeństwa, z jego zróżnicowanymi postawami względem ekonomicznej sytuacji górników w okresie rządów Żelaznej Damy, a także wobec marginalizowanych w ówczesnej debacie politycznej mniejszości seksualnych.

Gniew

Rzadko się zdarza, żeby polscy tłumacze i dystrybutorzy, słynący ze swojej wybujałej wyobraźni, dobrze poradzili sobie z tytułem zagranicznego filmu. W przypadku „Pride” (tytuł oryginalny) jest inaczej, bo rzeczywiście to właśnie duma i wściekłość kierują bohaterami filmu Matthew Warchusa. Przywodzi to na myśl słynne słowa Dereka Jarmana: „Gdy 22 grudnia 1986 r. dowiedziałem się, że jestem nosicielem wirusa HIV, postawiłem sobie cel: wyjawić swój sekret i przetrwać rządy Margaret Thatcher”. Bez względu na to, jak oceniają skuteczność rządów brytyjskiej premier historycy, okres jej urzędowania to dla osób LGBT czarna karta w dziejach. Podobnie jak Ronald Reagan starała się ona bagatelizować epidemię tak długo, jak było to możliwe. Sytuacji nie polepszyła stygmatyzująca kampania społeczna „AIDS: Don’t Die of Ignorance”. W spocie telewizyjnym, który pojawia się także w jednej ze scen „Dumnych i wściekłych”, pada stwierdzenie, że „do tej pory choroba ograniczyła się do małych grup, ale teraz się rozprzestrzenia”. W tle słychać odgłosy wybuchów, a ręka wykuwa w kamiennym nagrobku olbrzymi napis „AIDS”. Nic dziwnego, że reakcja działaczy LGBT na taki sposób ukazania problemu była pełna gniewu. Jej wyrazicielem w filmie Warchusa staje się Mark Ashton (Ben Schnetzer).

PRIDE

Mężczyźnie udaje się namówić kilku znajomych do stworzenia organizacji Lesbians and Gays Support the Miners. Choć na pozór wydaje się, że górniczych protestów z postulatami osób LGBT właściwie nic nie łączy, Ashtonowi wystarczył jeden punkt wspólny – nienawiść do konserwatywnych rządów Thatcher. Po wielu nieudanych próbach członkom zrzeszenia w końcu udaje się nawiązać kontakt z protestującymi górnikami. Wszystko za sprawą komicznego zbiegu okoliczności – starsza pani, która odebrała telefon w jednym z górniczych miast, nie dosłyszała pełnej nazwy organizacji. W celu poznania mieszkańców małego miasteczka, któremu chcą pomóc, bohaterowie wyruszają w podróż.

PRIDE

Sama historia, choć prawdziwa, wydaje się nieprawdopodobna. Nie oznacza to jednak, że w rzeczywistości nie można odnaleźć podobnych prób tworzenia koalicji z odległymi od siebie ruchami. Szukanie szerokiego porozumienia z różnymi grupami interesów bardzo często stanowiło element polityki LGBT. Wystarczy wspomnieć sportretowanego w filmie Gusa Van Santa Harvey’a Milka, ikonę ruchu walczącego o prawa mniejszości seksualnych, który był w stanie iść na daleko posunięte ustępstwa, byleby zdobyć poparcie dla swoich projektów politycznych. Nawet w Polsce pojawiły się podobne pomysły: obecny burmistrz Wadowic, Mateusz Klinowski, jedna z gwiazd ostatniej kampanii samorządowej, proponował na przykład, żeby zwolennicy legalizacji marihuany połączyli siły z aktywistami LGBT [1].

Duma

Na pozór pozbawiony sensu pomysł Ashtona, by połączyć interesy ruchu walczącego o prawa mniejszości seksualnych z postulatami górników, w fabularnej warstwie filmu skutkuje wieloma szczęśliwymi dla bohaterów zwrotami akcji. Joe (George MacKay), młody chłopak żyjący pod kloszem w domu rodzinnym, dzięki wsparciu przyjaciół staje się samodzielny i gotowy do wyrażenia swojego sprzeciwu. Z kolei mieszkanki małego miasteczka pod wodzą Hefiny (Imelda Staunton) odkrywają uroki klubowego życia w Londynie przy okazji największej jednorazowej zbiórki pieniędzy, jaką udało się zorganizować Lesbians and Gays Support the Miners, czyli imprezy „Pits and Perverts” w słynnej dzielnicy Camden Town. Indywidualne portrety zlewają się z czasem w obraz mikrospołeczności queerowo-górniczej, w której panuje tak wielkie poczucie zaufania i bezpieczeństwa, że nawet seksualność przestaje być tematem tabu. Kobiety w średnim wieku z górniczego miasta odwiedzają klub gejowski dla miłośników skór, bawią się wibratorem, dyskutując o zaletach masturbacji, a w końcu podejmują się opieki nad umierającym na AIDS przyjacielem.

Ukazywani przez pryzmat swojego niemęskiego zachowania geje okazują się doskonałymi towarzyszami do szklanki dla uznawanych za „twardych mężczyzn” górników.

Mateusz Góra

W wyidealizowanej rzeczywistości stworzonej przez Warchusa największą wartością pozostaje jednak duma ze swojego pochodzenia i tożsamości. To właśnie ona kieruje wszelkimi działaniami bohaterów, którzy są w stanie ostatecznie odnaleźć wspólny język przy kuflu piwa. Podczas pierwszego wspólnego spotkania w ciasnej sali będącej miejscem spotkań protestujących geje ukazywani stereotypowo przez pryzmat swojego niemęskiego zachowania okazują się doskonałymi towarzyszami do szklanki dla uznawanych za „twardych mężczyzn” górników. W efekcie przestają postrzegać się w binarnych kategoriach lepszy–gorszy, słabszy–silniejszy czy normalny–nienormalny, co wpisuje film Warchusa w tradycje kina queerowego. Podobnie uznanie małej społeczności zyskują przecież bohaterowie gejowskiego klasyka, „Priscilli, królowej pustyni”. Bernadette staje do pojedynku na picie z wrogo nastawioną mieszkanką australijskiego miasteczka i zdobywa uznanie mężczyzn dzięki temu, że upija rywalkę do nieprzytomności.

Ironia

Choć tak pozytywna ocena rzeczywistości jest nieco tendencyjna (co jednak usprawiedliwia upraszczająca konwencja komedii), nie ma w filmie Warchusa miejsca na moralizatorski ton. W jego miejsce pojawia się charakterystyczne dla Brytyjczyków ironiczne poczucie humoru i dystans wobec władzy. Zdecydowanie bliżej „Dumnym i wściekłym”, których tło stanowią przeboje disco, do pełnych muzyki „Billy’ego Elliota” czy „Orkiestry” niż filmów wpisujących się w popularny w latach 60. nurt dramatów kuchennego zlewu w stylu „Smaku miodu”. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że współcześnie twórcy brytyjscy, zamiast drażnić sumienia widowni przez ukazywanie biedy najniższych klas społecznych w naturalistyczny sposób, decydują się przekazywać swoje postulaty za pomocą gorzkiego śmiechu.

PRIDE

Charakteryzująca wielu brytyjskich reżyserów ironia jest także istotnym elementem uwielbianej przez nich estetyki kampowej. Świadomy kicz – pierwotnie jedynie gejowski, ale od lat 70. coraz popularniejszy w kinie, także za sprawą Brytyjczyka Kena Russella – pozwala ukazać dystans wobec dominującej ideologii. Spektakularna scena tańca Jonathana (Dominic West) w „Dumnych i wściekłych” wyraża nie tylko jego tęsknotę za czasami disco, symbolizującymi okres wolności obyczajowej i seksualnej przerwany nadejściem rządów Thatcher oraz epidemii AIDS, lecz także nostalgiczne poczucie kruchości życia, które dochodzi do głosu w finale filmu. W końcu prześmiewcza natura kampu idzie zawsze w parze z obawą przed nadchodzącym końcem.

PRIDE

„Dumni i wściekli” to najlepszy chyba przykład najnowszego brytyjskiego kina historycznego, niepozbawionego rozrywkowych elementów. Podobnie jak dotyczące dyskryminacji płciowej „Made in Dagenham” z 2010 r. łączy on w sobie doskonale odzwierciedlone tło społeczne, przejrzyście opowiedzianą historię, nieuwikłaną w zbyt drobiazgowe i niezrozumiałe dla widza konteksty i doskonale wykreowane postaci. Rozprawia się także z niesamowitą lekkością ze stereotypami dotyczącymi mniejszości seksualnych, gdy w końcu odpowiada na pytanie: „Czy wszystkie lesbijki są wegetariankami?”.

Przypis:

[1] http://mateuszklinowski.pl/2011/08/27/dlaczego-zwolennicy-konopi-powinni-popierac-gejow-i-lesbijki/

 

Film:

„Dumni i wściekli”, reż. Matthew Warchus, Francja, Wielka Brytania 2014.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 322

(10/2015)
10 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj