Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Widz nie istnieje....

Widz nie istnieje. O serialu „Mr. Robot”

Karol Kućmierz

Pierwszy sezon „Mr. Robot” to trudna do rozwiązania wizualna łamigłówka. Choć najsłabszym elementem serialu jest jego fabuła, nie można mu odmówić atutów w postaci narracji i gry aktorskiej.

Kiedy Elliot Alderson (Rami Malek), główny bohater serialu „Mr. Robot”, po raz pierwszy pojawia się na ekranie, jego postać zajmuje jedynie niewielki fragment kadru, a dokładniej jego prawy dolny róg. Twarz Elliota jest ledwie widoczna i do tego schowana pod ciemnym kapturem. To niezbyt ekscytujące wejście jak na bohatera współczesnego serialu o hakerach, ale w ten sposób od razu dowiadujemy się, że nie mamy tutaj do czynienia z kolejnym Neo czy Lisbeth Salander. A przynajmniej nie do końca.

Czterdzieści pięć sekund wcześniej, zanim Elliot znajdzie się przed obiektywem kamery, słyszymy w ciemności tylko jego głos: „Witaj, przyjacielu”. Twórcy „Mr. Robot” nie zdążyli jeszcze wznieść żadnych trwałych fundamentów, a czwarta ściana została przebita już na samym starcie. Elliot zwraca się bowiem bezpośrednio do widza. Bohater jest na tyle samoświadomy i neurotyczny, że niemal od razu gani samego siebie za tak nagłe rozpoczęcie rozmowy z wyimaginowanym przyjacielem. Jednak jest już na to za późno: voice over uruchomił narracyjną machinę, która wciąga nas bezpowrotnie w otchłań paranoicznego umysłu Elliota Aldersona.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

Problem z niewiarygodnym narratorem

„Mr. Robot” to serial, który nawet nie stara się kamuflować swoich inspiracji. Po kilku odcinkach widzowie z łatwością rozwikłają sieć popkulturowych nawiązań, której najgrubsze nici prowadzą do tak rozpoznawalnych tytułów jak „Podziemny krąg”, „Matrix”, „American Psycho”, „Mechaniczna pomarańcza” czy „Taksówkarz”. Twórcy serialu biegle posługują się powyższym zestawem skojarzeń, aranżując wizualne, dźwiękowe i fabularne elementy znanych dzieł w nową kompozycję. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że przy okazji udało się wreszcie przenieść na grunt serialu chwyt, który do tej pory sprawdzał się przede wszystkim w innych mediach – kinie i literaturze – a w telewizji pojawiał się dość rzadko i zazwyczaj ponosił klęskę. Być może dlatego że „Mr. Robot” został najpierw pomyślany jako film, a serialem stał się dopiero później. Zabieg, o którym mowa, to szczególna odmiana narracji voice over, prowadzona przez subiektywnego, niegodnego zaufania narratora.

Do tej pory za najbardziej wyrazisty przykład tego typu narratora służył Ted Mosby, główny bohater sitcomu stacji CBS „Jak poznałem waszą matkę”. Jego opowieść pełna jest skrótów, autocenzury, ślepych zaułków, niekonsekwencji i drobnych manipulacji. Specyfika monologu Teda wynika jednak przede wszystkim z dystansu: większość akcji serialu rozgrywa się w przeszłości, co pozwala bohaterowi na ocenę wydarzeń po fakcie i nadanie relacjonowanej historii odpowiedniej formy. Rozbudowana narracja voice over znalazła się również w serialu „Dexter” (stacja Showtime), w którym miała na celu przybliżenie widzom punktu widzenia seryjnego mordercy. Początkowo pomysł ten spełniał swoją funkcję, lecz z czasem stał się jedynie narzędziem scenarzystów, za pomocą którego niemal każdy podtekst był tłumaczony na tekst, co pozbawiło serial wszelkiej subtelności i ambiwalencji. Ponadto głos Dextera w żaden sposób nie kształtował pokazywanych zdarzeń; to, co widzieliśmy na ekranie, stanowiło ich obiektywny przebieg.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

Narracja voice over pojawiła się także w kilku nowszych produkcjach, w których odgrywała rozmaite role. W „The Affair” wykorzystano ją do pokazania odmiennych perspektyw na te same wydarzenia. W „Narcos” główny bohater przekazywał widzom mnóstwo dodatkowych informacji na temat działalności Pablo Escobara, niczym awatar Wikipedii w uchu odbiorcy. Z kolei twórcy „Bloodline” posłużyli się narracją voice over bardzo oszczędnie, właściwie tylko po to, żeby zgłosić przynależność swojego serialu do nurtu noir.

„Mr. Robot” wyróżnia się spośród tych przykładów w sposób zasadniczy. Narracja Elliota prowadzona jest w czasie teraźniejszym. Bohater nie korzysta z mądrości czy ironicznej perspektywy, które daje dystans czasowy. Jako widzowie jesteśmy podłączeni stałym łączem do umysłu Elliota, jego myśli płyną do nas swobodnym strumieniem, a obrazy, które są nam przedstawiane, są skażone jego skrajnie subiektywną perspektywą. Nie możemy do końca ufać temu, co obserwujemy na ekranie, jak również samym słowom głównego bohatera. Kiedy Elliot jest skonfundowany i zagubiony, widzowie są zmuszeni dzielić z nim ten stan umysłu. Jakikolwiek obiektywny punkt widzenia jest wykluczony, nawet jeśli bohater nie występuje w danym ujęciu.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

W jednej z pierwszych scen serialu Elliot określa korporację E Corp mianem Evil Corp ze względu na wszechobecną i niewątpliwie nikczemną działalność tego największego na świecie kapitalistycznego molocha. Od tego momentu wszyscy bohaterowie, z pracownikami E Corp włącznie, posługują się tym określeniem, nawet wówczas, gdy nie ma przy nich Elliota. Nazwa Evil Corp pojawia się nawet w przekazach medialnych. Perspektywa Elliota okazuje się tak wszechogarniająca, że nie ma przed nią ucieczki – jesteśmy jej więźniami.

„Mr. Robot” to serial, który nawet nie stara się kamuflować swoich inspiracji. Po kilku odcinkach widzowie z łatwością rozwikłają sieć popkulturowych nawiązań, której najgrubsze nici prowadzą do tak rozpoznawalnych tytułów jak „Podziemny krąg”, „Matrix”, „American Psycho”, „Mechaniczna pomarańcza” czy „Taksówkarz”.

Karol Kućmierz

Voice over Elliota został tak dobrze zintegrowany z formą serialu, że od samego początku zdaje się jej nieodłącznym elementem. To zasługa kilku czynników. Po pierwsze, monologi głównego bohatera są błyskotliwie napisane: pełno w nich celnych obserwacji, samoświadomości i przejawów oszczędnego, lecz kąśliwego poczucia humoru. Po drugie, narracja nie przynosi zbędnych treści i zawsze uzupełnia warstwę wizualną, zamiast ją duplikować. Po trzecie, pojawia się ona wtedy, kiedy jest potrzebna, nawet w trakcie dialogów, które Elliot prowadzi z innymi postaciami. Potęguje to wrażenie, że wypowiedzi bohatera są spontaniczną, bezpośrednią transmisją z jego świadomości, a nie tylko narracyjnym narzędziem w rękach scenarzystów.

Jednak największym atutem samej narracji, a w konsekwencji i całego serialu „Mr. Robot”, są umiejętności aktorskie i ekranowa prezencja odtwórcy głównej roli. Rami Malek był do tej pory mało popularnym aktorem egipskiego pochodzenia, znanym z epizodów w takich filmach jak „Przechowalnia nr 12” czy „Mistrz” lub z roli socjopatycznego żołnierza w miniserialu HBO „Pacyfik”. W „Mr. Robot” udowadnia, że jego talent wykracza daleko poza skromne występy na drugim i trzecim planie. Jego niezwykła twarz, która często spogląda prosto w oko kamery, stanowi o sukcesie tego eksperymentu z monologiem wewnętrznym. Kanciasta, neurotyczna narracja Elliota Aldersona staje się czymś więcej niż tylko chwytem, kiedy Rami Malek przekłada ją na swój charakterystyczny, beznamiętny głos, rozedrgane gesty, ekspresyjną mimikę i głębokie spojrzenia ogromnych oczu.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

„Mr. Robot” oferuje swoim widzom doświadczenie dotychczas niedostępne w produkcjach telewizyjnych: totalne zanurzenie w jednostkowej perspektywie bohatera i spojrzenie na świat przedstawiony przefiltrowany przez jego subiektywny punkt widzenia. To doświadczenie jednak wielokrotnie wystawia na próbę naszą zdolność do empatii. Z jednej strony trudno nie współodczuwać z bohaterem, kiedy tak głęboko wnikamy w jego umysł i motywacje. Z drugiej – Elliot to osobowość paranoiczna, podatna na urojenia, cierpiąca na fobię społeczną i depresję oraz uzależniona od morfiny. Nasz bohater – dobrze funkcjonujący socjopata – traktuje większość otaczających go ludzi przedmiotowo, jak programy komputerowe, których zabezpieczenia można złamać. Ponadto w kryzysowych momentach Elliot bezpośrednio oskarża nas – widzów – o współudział w spisku przeciwko niemu. Jednocześnie wciąż podkreśla, że pozostajemy wytworem wyobraźni, jego wyimaginowanymi przyjaciółmi. To odważny krok ze strony bohatera serialu – posądzać publiczność o nieistnienie.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

Samotność w cyberprzestrzeni

Steven Soderbergh, wybitny reżyser i twórca serialu „The Knick”, po obejrzeniu dziewiątego odcinka „Mr. Robot” ogłosił na Twitterze, że to obecnie najlepiej wyreżyserowany serial telewizyjny. Taki komplement od samego Soderbergha to niezwykłe wyróżnienie, biorąc pod uwagę nadzwyczajne walory wizualne „The Knick”. „Mr. Robot” zasłużył jednak na to, żeby znaleźć się w gronie najciekawszych pod względem estetyki i techniki filmowej tytułów ostatnich lat, takich jak „Hannibal”, „Breaking Bad”, „Mad Men” czy „Louie”.

„Mr. Robot”, oprócz tego, że dotyczy grupy hakerów zwanej „fsociety”, która z pomocą Elliota chce zniszczyć największą na świecie korporację E(vil) Corp i tym samym anulować długi ogromnej części populacji, to przede wszystkim serial o alienacji we współczesnym społeczeństwie. Elliot, tak jak większość bohaterów „Mr. Robot”, to outsider i dość naiwny buntownik, który sprzeciwia się konsumpcyjnemu stylowi życia, nierównościom, fałszywym autorytetom i eksplozji mediów społecznościowych, które sprzyjają autokreacji kosztem intymności i szczerości. Jednocześnie jako jednostka wrodzona w ten świat wciąż uczestniczy w jego licznych rytuałach: pije kawę w Starbucksie, śledzi znajomych na Facebooku i ogląda najnowsze blockbustery z superbohaterskiej franczyzy Marvela czy „Igrzyska śmierci”. To napięcie pomiędzy rebelią a konformizmem stanowi podstawowe źródło audiowizualnego kształtu serialu.

„Mr. Robot” oferuje swoim widzom doświadczenie dotychczas niedostępne w produkcjach telewizyjnych: totalne zanurzenie w jednostkowej perspektywie bohatera i spojrzenie na świat przedstawiony przefiltrowany przez jego subiektywny punkt widzenia.

Karol Kućmierz

Tod Campbell, autor zdjęć do „Mr. Robot”, komponuje kadry wraz z reżyserami poszczególnych odcinków w taki sposób, że bohaterowie są najczęściej oddelegowani na ich najdalsze krawędzie, jakby zostali tam wtłoczeni poprzez ekspansję pustej przestrzeni. Takie rozstawianie postaci po kątach za pomocą odpowiedniej inscenizacji i ustawień kamery ilustruje główną myśl serialu, według której jednostki są marionetkami w niewidzialnych rękach przytłaczającego i wszechobecnego systemu. Bohaterowie są skazani na bycie outsiderami egzystującymi na marginesach i pograniczach. Dopiero wtedy, kiedy się buntują i przejmują kontrolę, kiedy udaje im się osiągnąć prawdziwą bliskość i bezpośrednie porozumienie, przesuwają się do centrum ujęcia i stają na wprost kamery. Dzieje się tak na przykład w scenach, w których rozkwita uczucie pomiędzy Elliotem a jego sąsiadką i dilerką Shaylą (Frankie Shaw): para zbliża się do siebie, jednocześnie zagarniając dla siebie coraz więcej przestrzeni w kadrze. Jednak w większości ujęć, nawet w prostych scenach dialogowych, w których dwójka bohaterów rozmawia ze sobą, ich twarze w przeciwujęciach są sfilmowane w taki sposób, że odległość pomiędzy nimi zdaje się ogromna, chociaż stoją tuż obok siebie. To niezwykle klarowana metafora współczesnej samotności.

Zimną atmosferę alienacji w postinternetowym świecie podkreśla również styl pracy kamery, która pozostaje nieruchomo na statywie niemal przez cały czas trwania serialu. Ujęcia z ręki pojawiają się jedynie w momentach, które są dla Elliota nadmiernie emocjonalne, kiedy jego postrzeganie rzeczywistości ulega poważnemu rozchwianiu. W jednej z takich scen pod koniec ósmego odcinka Elliot chwyta nawet kamerę i rzuca nią o podłogę. Dodatkowe źródło napięcia płynie z przewidywania, w którym momencie odcinka pojawi się karta tytułowa z czerwonym napisem „Mr. Robot”, wykonanym w stylu gier arkadowych z lat 80. Serial właściwie nie ma czołówki, ale twórcy przykładają ogromną wagę do wyboru odpowiedniego kadru, na tle którego zaprezentują tytuł. Efekt za każdym razem robi wrażenie.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

Na osobną wzmiankę zasługuje też warstwa muzyczna serialu. Jej autor, Mac Quayle, to uczeń Cliffa Martineza, kompozytora muzyki do takich filmów jak „Epidemia strachu”, „Drive”, „Spring Breakers” czy serialu „The Knick”. Elektroniczny soundtrack do „Mr. Robot” pozostaje pod dużym wpływem Martineza z domieszką inspiracji muzyką Briana Eno i Tangerine Dream. Syntezatorowe kompozycje Maca Quayle’a przywodzą również na myśl ścieżki dźwiękowe do kilku ostatnich filmów Davida Finchera („Zaginiona dziewczyna”, „Dziewczyna z tatuażem”, „The Social Network”), skomponowanych przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Twórcy serialu umiejętnie wykorzystują także cudze piosenki: zapadające w pamięć sekwencje, w których pojawiły się utwory takich wykonawców jak FKA twigs, Neal Diamond, Schoolboy Q, Alabama Shakes czy Pixies (cover „Where Is My Mind?” w wersji na pianino) świadczą o dużej pewności siebie realizatorów.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

W pułapce zwrotów akcji

Pierwszy sezon „Mr. Robot” to niespodziewany sukces zarówno dla jego twórcy Sama Esmaila (mającego na swoim koncie tylko pełnometrażowy debiut „Comet”), jak i dla stacji USA, której seriale („W garniturach”, „Białe kołnierzyki”) do tej pory nie cieszyły się zbyt wielkim poważaniem wśród krytyków. Pomimo zachwycającej warstwy audiowizualnej, udanego eksperymentu z subiektywnym monologiem wewnętrznym i magnetycznej prezencji Ramiego Maleka „Mr. Robot” wciąż pozostaje serialem, który nie zrealizował jeszcze w pełni swojego potencjału. Jego najsłabszym elementem jest fabuła: scenarzyści, zapatrzeni w zwroty akcji rodem z filmów-zagadek [1], w których specjalizuje się m.in. Christopher Nolan, świetnie kopiują i przeszczepiają na grunt serialu sprawdzone rozwiązania narracyjne, ale jedyne, co może w nich zaskoczyć, to brawurowy sposób wykonania. Kiedy Sam Esmail i jego scenarzyści zbytnio skupiają się na fabularnych detalach i kolejnych twistach, tracą z oczu to, co w ich serialu najciekawsze – celne obserwacje dotyczące naszej rzeczywistości i krytykę współczesnego społeczeństwa z perspektywy niezwykłego bohatera.

fot. materiały prasowe USA Network.

fot. materiały prasowe USA Network.

Po pierwszym sezonie „Mr. Robot” skłania się w stronę takiego typu serialu, który staje się obiektem skrupulatnych analiz na forum Reddit, niczym skomplikowana zagadka do rozwikłania. Tymczasem produkcja Sama Esmaila ma potencjał, ujawniający się wielokrotnie na przestrzeni pierwszych dziesięciu odcinków, by stać się prawdziwym dziełem sztuki, wywołującym emocjonalne reakcje i skłaniającym widzów do pogłębionej interpretacji, a nie tylko do rozplątywania fabularnych węzłów. Według autora pierwszy sezon „Mr. Robot” stanowi jedynie inicjalny akt całej historii. Dopiero drugi sezon ma pokazać, jakie naprawdę są ambicje jego twórców. Dobrego oprogramowania im z pewnością nie brakuje, muszą tylko wyeliminować niektóre błędy w kodzie źródłowym – wtedy „Mr. Robot” może naprawdę zniszczyć system.

Przypis:

[1] David Bordwell, Kristin Thompson „Inception; or, Dream a Little Dream within a Dream with Me” [w:] „David Bordwell’s Website on Cinema”, 6.08.2010, dostęp: 18.10.2015.

Serial:

„Mr. Robot”, twórca: Sam Esmail, USA 2015–.

SKOMENTUJ

Nr 354

(42/2015)
20 października 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj