Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Chłopak z Londynu....

Chłopak z Londynu. Wokół filmu „McQueen” Iana Bonhôte’a

Mateusz Góra

Film Bonhôte’a rozpoczyna kilkuminutowa scena ukazująca przepych i bogactwo projektów McQueena – siła tej historii leży jednak gdzie indziej. To opowieść o chłopaku, który całe życie musiał walczyć o stabilizację finansową, a potem życiową, chociaż tak naprawdę nie chciał spełnić warunków, które dyktował projektantom przemysł modowy. Za każdym razem, tworząc projekty bogate w konteksty historyczno-społeczne, rzucał wyzwanie temu, jak ciasno myśli się o znaczeniu ubrań i wizerunku. Jego pokazy przejdą do historii jako jedyne w swoim rodzaju performanse, niepodobne do niczego, co było przed nimi i co nastąpiło po nich.

Materiały dystrybutora

Bycie pulchnym synem taksówkarza, który nie zyskał gruntownego wykształcenia instytucjonalnego (miał za to ogromny talent i wyobraźnię), drogo kosztowało McQueena. Bonhôte zwraca na to szczególną uwagę, pokazując psychiczne rozdarcie bohatera. Rozdarcie, które ostatecznie, wraz z narastaniem presji, rosnącą rozpoznawalnością, kolejnymi wciągniętymi kreskami kokainy i okresami depresji, a w końcu śmiercią ukochanej matki, kosztowało go życie. Czy jednak twórcom udało się w pełni pokazać w dokumencie niezależność twórczą i buntowniczą naturę Lee, jak nazywali projektanta przyjaciele?

Chłopak z osiedla

McQueen, jak sam to określał znanym powiedzonkiem, urodził się „po złej stronie torów”. Pochodził z rodziny taksówkarza, który do końca nie akceptował, a może po prostu nie rozumiał pasji do mody oraz homoseksualności swojego syna. I chociaż młody McQueen nie mógł liczyć na dobrą szkołę i akceptację otoczenia, wiedział, że skoro chce coś osiągnąć, musi starać się bardziej niż inni, co podkreślają autorzy dokumentu. Podążając za podanymi przez nich faktami, można zobaczyć złożoność, ale też chaotyczność decyzji podejmowanych przez młodego projektanta. Najpierw trafił na Savile Row, ulicę Londynu słynącą z doskonałych pracowni krawieckich. Jego wielki talent do szycia i zbierania miary z modeli wyłącznie wzrokiem, bez używania centymetra, szybko sprawiły, że zaczęto go doceniać. Wykonywał pracę sumiennie, nie dyskutował, cały czas był zasłuchany w muzykę – jak opowiada w dokumencie Bonhôte’a jeden z pierwszych pracodawców McQueena. Projektant zdziwił się, kiedy usłyszał, że kolekcja ubrań może być inspirowana wyprawą na Księżyc. Nie sądził, że inspiracje do tworzenia mody mogą płynąć spoza jej świata. Tę lekcję zapamiętał szczególnie dobrze, a późniejsza edukacja w Central Saint Martins dała mu narzędzia, by czerpać z różnorodnych kulturowych i społecznych kontekstów. W międzyczasie wybrał się też bez grosza do Włoch, gdzie został asystentem Romea Gigliego. Taka tułaczka, nieplanowana, spontaniczna, bazująca na przekonaniu, że nawet jeśli nie ma wielkiego talentu, to na pewno olbrzymią determinację, czyniła McQueena interesującym. Ubrany w ciuchy uważane pewnie przez większość brytyjskiej branży za zwykłe łachmany, stał się wyrazisty i zaczął wyrastać na jej enfant terrible.

Pozycję bezkompromisowego outsidera zapewniły McQueenowi już pierwsze kolekcje: „Jack The Ripper Stalks His Victims” i „Highland Rape”. Pierwszą w całości kupiła za kilkaset funtów Isabelle Blow, uznawana za odkrywczynię młodych talentów. Stała się ona wieloletnią przyjaciółką McQueena, chociaż ich relacja momentami balansowała na ostrzu noża, ze względu na ambicje obu stron. Projektant miał w pewnym momencie już dość tego, że uważano go za „największe odkrycie Blow”.

Materiały dystrybutora

Projektując dzięki pieniądzom z zasiłku i żywiąc się fasolą z puszki od rodziców, McQueen nie mógł pokazywać w mediach swojej twarzy, żeby nie stracić ostatnich środków na życie – pobieranej od państwa pomocy nie można było wykorzystywać na finansowanie swojej pracy. Nie mógł też sprzedawać swoich rzeczy, bo nie miał z czego uszyć kolejnych egzemplarzy. Chodziło wyłącznie o to, aby zbudować sobie markę, dzięki szokującym i coraz głośniejszym pokazom. Olbrzymia potrzeba pracy – kompulsywna, nieprzerwana i ratująca go od szaleństwa – zawsze miała dla niego pierwszorzędne znaczenie, jak sugerują w dokumencie jego najbliżsi znajomi. Wiele lat później, gdy miał już za sobą prowadzenie domu mody Givenchy, a jego marka była warta miliony, nadal mówił, że może to wszystko oddać, byle tylko zrobił taką kolekcję, jaką chce. I mówił to szczerze, z zupełnym przekonaniem. Ryzykował zawsze wszystkim, pracował na ostatnią chwilę, nie przerwał pokazu, gdy na wybiegu zaczął płonąć samochód, bo zapomniano wypompować z niego benzynę, nie bał się stylizować modelek na ofiary gwałtu ani przygotować mrocznego, inspirowanego po części ekstremalnym stylem barów gejowskich pokazu w kościele.

Nadworny błazen Givenchy

Kontrowersje dotyczące jego podejścia do mody – inspiracje Kubą Rozpruwaczem, rzezią, jaką Anglicy zgotowali Szkotom, przemocą wobec kobiet i mniejszości – podzieliły komentatorów na tych, którzy go nienawidzili, i tych, których fascynował. McQueen mógł sobie pozwolić na tak radykalną postawę, bo wiedział doskonale, jak dobrym jest krawcem. Od pierwszej do ostatniej kolekcji tworzył ubrania niesamowicie złożone konstrukcyjnie, przełamujące istniejące dotychczas ograniczenia, a równocześnie czerpiące z najlepszych tradycyjnych wzorców rodem z pracowni przy Savile Row. Chociaż stworzone z najtańszych materiałów, jego ubrania nadal robią spektakularne wrażenie i przyciągają miliony widzów na wystawy – najpierw „Savage Beauty” w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, a potem do Victoria & Albert Museum w Londynie.

Ostatecznie pracom projektanta przypięto łatkę „gabinetu osobliwości”. Z tą wizją, bardzo niesprawiedliwą dla McQueena, Bonhôte nie polemizuje.

Mateusz Góra

McQueena nie dało się nie zauważyć, a ponieważ w 1996 roku John Galliano przestał być dyrektorem artystycznym domu mody Givenchy, największego buntownika brytyjskiej mody zaproszono do Paryża. Tam dostał sztab pomocników, co było dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Ian Bonhôte, dzieląc film na rozdziały, które tytułuje nazwami kolejnych kolekcji McQueena, trafia w sedno tego, jak sam projektant dzielił swoje życie. Uważał, że w jego pracach jest cały on z danego okresu – w pierwszych londyńskich kolekcjach zaczepny i odważny, w Givenchy stał się nieco łagodniejszym, wielkim konstruktorem, łamiącym zasady przy użyciu najlepszych materiałów. Chociaż samego Lee męczyła praca w miejscu obarczonym taką tradycją, w świecie „wielkiej mody”, gdzie pieniądze i klienci liczą się bardziej niż wizja, udało mu się zaprojektować kilka kolekcji bardzo ważnych dla Givenchy. Wraz z nim wleciał tam też powiew świeżości, jeśli chodzi o stosunek do ludzi, którzy pracują w branży modowej. Schodził jeść do kantyny dla pracowników, zapraszał krawców i krawcowe do pracowni (co nigdy wcześniej się nie zdarzało) i naturalnie przychodziło mu łamanie konwenansów w miejscu, gdzie do tej pory projektant był traktowany niemal jak arystokrata.

Egalitarne podejście i brak snobizmu, które cechowały McQueena, stawały się dla niego coraz większym problemem. Zaczął szybko piąć się na szczyt, tymczasem nawał pracy i pogłębiające się uzależnienie od narkotyków powodowały, że coraz częściej kłócił się ze współpracownikami (którzy najczęściej byli jego przyjaciółmi) oraz przeczuwał, że wszyscy w branży obracają się przeciwko niemu. Zaczął też gubić się w świecie, którego stał się ulubieńcem. Zrobił liposukcję brzucha, żeby dopasować się do otoczenia fetyszyzującego szczupłe ciało, po czym od razu zaczął tego żałować – poszedł na kompromis, co nie leżało nigdy w jego naturze. Bonhôte poświęca dużo uwagi wewnętrznym rozterkom McQueena, które przekładały się na projekty. Rozmawia z jego przyjaciółmi, rodziną i współpracownikami, żeby pokazać, jak z roku na rok coraz bardziej chwiejny był stan Lee. Jego samopoczucie zaczęło się głęboko pogarszać, gdy zmarła Isabella Blow, której zadedykował kolekcję „La Dame Bleue”, pokazującą unikalny styl „prawdziwej diwy”. Z kolei w „VOSS” modelki znajdowały się w szklanej klatce, zachowując się jak pacjentki szpitala psychiatrycznego. W finale tego pokazu McQueen planował popełnić na oczach widzów samobójstwo, ale od tego pomysłu odwiódł go przyjaciel. Za to w mrocznej i wyraźnie pokazującej, jak wyczerpany był już projektant, przedostatniej kolekcji „The Horn of Plenty” McQueen zdekonstruował wielkie klasyki mody, jak klasyczny żakiet Diora, eksponując bufonadę i elitaryzm rządzący branżą. Wtedy też dowiedział się, że jest zakażony HIV, co w tamtym czasie nie oznaczało już co prawda wyroku śmierci, ale sprowadziło na niego przekonanie, że jego los został już przesądzony.

Technologiczny wizjoner

Paradoksalnie po swojej śmierci i pewnie wbrew woli McQueen stał się ikoną brytyjskiej mody. Jego projekty zamiast buntowniczymi nazwano romantycznymi – tak uczyniono na wystawie „Savage Beauty”, skupiając się na ich niepowtarzalnym, ekscentrycznym stylu. Wyjęte z kontekstu polityczno-społecznego, ale też oderwane od jednoznacznych i ostrych interpretacji samego McQueena, straciły głębsze znaczenie. I chociaż sam projektant swoim bardzo szerokim, abstrakcyjnym myśleniem sprawił, że pokazy stały się performansami, które miały wstrząsnąć odbiorcami i zmusić ich do silnej emocjonalnej reakcji, ostatecznie jego pracom przypięto łatkę gabinetu osobliwości. Z tą wizją, bardzo niesprawiedliwą dla McQueena, Bonhôte nie polemizuje. Nawet sama klasyczna konstrukcja jego dokumentu stara się przyciąć postać Lee do pewnego wzorca, nie oddając w pełni jego wizji mody. O wiele lepiej ekspresję i idee stojące za pracami projektanta udało się przedstawić Nickowi Knightowi z SHOWstudio w serii „Unseen McQueen”. Równocześnie jednak Bonhôte’owi udaje się zachować dobry balans pomiędzy opowiadaniem o życiu projektanta i jego pracach – dwóch sferach w przypadku McQueena połączonych nierozerwalnie.

McQueen stął się ikoną brytyjskiej mody po śmierci, pewnie wbrew swojej woli.

Mateusz Góra

Życiem Lee rządziła jego niesamowita chęć do pracy, bez względu na stan psychiczny. To w świecie własnych wyobrażeń szukał ucieczki: najpierw od przytłaczającej rzeczywistości, w której na nic nie było go stać, a potem od wywierającego presję przemysłu modowego. Jak wspominają współpracownicy McQueena w dokumencie Bonhôte’a, kiedy wpadł on na jakiś pozornie niedorzeczny, odważny pomysł, musiał go zrealizować. Tym sposobem udało mu się pokazać hologram Kate Moss w finale jednego z pokazów, taniec robotów opryskujących farbą białą sukienkę modelki, a w końcu stworzyć „Plato’s Atlantis” – swoją ostatnią kolekcję, pokazującą jego wizję przyszłości. W czasie pokazu kamery uważnie przyglądały się publiczności, podczas gdy modelki na wybiegu prezentowały wizję świata, w którym człowiek zaczyna życie pod wodą i buduje tam futurystyczną cywilizację. Ta spektakularna wizja, bogata w zwierzęce nadruki i przypominające kopyta buty, była zwieńczeniem pracy projektanta. Lee powiesił się, kiedy otrzymał wiadomość o śmierci matki.

Materiały dystrybutora

Życie McQueena skupia w sobie dramatyczne przemiany mogące stanowić materiał na niejeden film. Z buntownika kupującego najtańsze tkaniny na targu stał się projektantem używającym wyszukanych tkanin u Givenchy, a potem popchnął swoją wizję rozwoju w kierunku technologii. Z pewnością dokument Bonhôte’a można nazwać zapierającym dech w piersiach i spektakularnym, ale nie dlatego, że reżyser zastosował wyraziste środki. Stworzył po prostu rzetelną dokumentację pracy i życia McQueena, a to wystarczy, żeby wbić widzów w fotel. Trzeba jednak pamiętać, że w tej historii nie ma tyle romantyzmu, ile chcieliby krytycy i reżyser – jest bieda, problemy z relacjami, pracoholizm, narkotyki, zaburzenia psychiczne, zagubienie, presja, ale i wielki geniusz, czerpiący na równi z cierpienia i zabawy. I chyba tak, szczerze, prowokująco i przede wszystkim świadomie, powinniśmy zapamiętać największego buntownika brytyjskiej mody.

 

Film:

„McQueen”, reż. Ian Bonhôte, prod. Wielka Brytania 2018.

SKOMENTUJ

Nr 498

(30/2018)
24 lipca 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj