Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Kuźnia elit i...

Kuźnia elit i podwójne standardy – przypadek profesora Zybertowicza

Kacper Szulecki

Premier Morawiecki dopiero co ogłosił, że reforma polskiego szkolnictwa wyższego w ramach „Konstytucji dla Nauki” ma pomóc w wykuwaniu nowych, patriotycznych elit, a my już widzimy, jak politycznie sterowana nauka może wyglądać – na przykładzie eksperta „dobrej zmiany” Andrzeja Zybertowicza.

„Potrzebujemy odnowy elit, budowy elit; elit propaństwowych, elit patriotycznych. Cieszę się, że wraz z konstytucją dla nauki, czynimy krok we właściwym kierunku” – powiedział podczas ogólnopolskiej inauguracji roku akademickiego w Warszawie premier Mateusz Morawiecki. Wykuwanie elit nie było wymieniane wśród głównych celów reformy przygotowywanej przez resort ministra Jarosława Gowina. Ta skupiała się raczej na podnoszeniu jakości szkolnictwa wyższego, internacjonalizacji oraz wspinaniu się polskich uczelni w światowych rankingach. Ale wątek „odnowy” i „sanacji” elit to ulubiony refren wielu innych polityków Prawa i Sprawiedliwości – słowa premiera nie są więc zaskoczeniem.

O tym jednak, jak bardzo sprzeczne ze sobą są te dwa cele: podnoszenie jakości i „dobra zmiana” elit, ze starych, niedobrych, na nowe – lojalne, miłe sercu premiera i jego obozu – świadczy przykład dr. hab. Andrzej Zybertowicza.

Zybertowicz jest czołowym intelektualistą „dobrej zmiany”. Od czasu do czasu generuje nowe, coraz to bardziej zaskakujące pomysły i opinie, tak jakby ścigał się sam ze sobą w konkursie na kurioza. Proponował między innymi stworzenie MaBeNy – Maszyny Bezpieczeństwa Narracyjnego dla ochrony bliżej niezdefiniowanych polskich interesów, innym razem stwierdził, że „bez PiS nie ma narodu polskiego”. Publicystyczne fajerwerki odpalane są zawsze z pozycji akademickiego autorytetu, bo Andrzej Zybertowicz jest doktorem habilitowanym socjologii.

Ale niedługo będzie profesorem – i wzmocni patriotyczne elity, których pragnie premier Morawiecki. Jednocześnie jednak, jak bardzo jasno można wyczytać z recenzji jego dorobku zamieszczonych na stronie Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych i Tytułów – osłabi raczej to o co od miesięcy stara się walczyć minister Gowin, czyli jakość polskiej nauki.

Choć dorobek Andrzeja Zybertowicza zbiera w recenzjach cięgi, to socjolog „dobrej zmiany” zostanie profesorem. Starać się o profesurę może każdy, nie można mu tego zabronić. Skandaliczne w tym wszystkim jest jednak raczej zachowanie recenzentów, którzy w tej osobliwej maskaradzie biorą udział.

Kacper Szulecki

Fatalizm, konformizm, podwójne standardy

Lektura pięciu recenzji – nominalnie pozytywnych – które umożliwią Zybertowiczowi nominację profesorską – to naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Dwie z nich utrzymane są na dużym stopniu ogólności, raczej streszczają dorobek kandydata, niż go oceniają. Interesujące są trzy pozostałe.

Oto filozof, wykładowca Akademii „Artes Liberales” prof. Szymon Wróbel pisze: „Pracę ściśle naukową Andrzej Zybertowicza oceniam krytycznie… Osobiście uważam, że raz wyzwolona wola stania się profesorem jest nie do zatrzymania. Jeśli Andrzej Zybertowicz uznał, że są powody, aby przyznać mu profesurę, to zapewne tak jest”. Trudno ocenić, czy prof. Wróbel pisze te słowa serio, czy jest tu jakieś drugie dno, mrugniecie do czytelnika, bo przecież recenzent musi mieć świadomość, że jego słowa staną się publicznie dostępne. To jednak szukanie usprawiedliwienia, bo równie dobrze można uznać je za świadectwo zwyczajnego konformizmu albo jakiegoś bardzo głębokiego fatalizmu wobec „sił historii i polityki”. Tak czy owak – zaskakują i przerażają.

W kolejnej recenzji, socjolog prof. Aleksander Manterys z Instytutu Studiów Politycznych PAN, zauważa wprawdzie, że dorobek Zybertowicza, mierzony tak, jak by tego wymagała „reforma Gowina”, czyli poprzez cytowania w najbardziej prestiżowych bazach Scopus i Web Of Science, jest mizerny (indeks Hirscha = 1, najniżej jak się da), na poziomie najwyżej doktoranta, ale to także nie skłania go do wydania negatywnej opinii.

Jeśli czyta to naukowiec z dziedziny nauk ścisłych, może pomyśleć, że ktoś robi sobie z niego żarty, bo tam bez dwucyfrowego indeksu H o awansie można zapomnieć. Jeśli czyta to jakiś doktorant lub młody adiunkt, marzący o habilitacji albo grantach badawczych, od razu zwróci uwagę na podwójne standardy, jakim podlega ocena dorobku w polskiej nauce zależnie od stanowiska i daty urodzenia. Kiedy reforma ministra Gowina wejdzie w życie, wymagania dla młodych naukowców będą zwyczajnie o wiele wyższe niż te, jakie stawia się profesorom z pokolenia Zybertowicza. Wymagania, by przetrwać i się utrzymać, a nie, żeby otrzymać dożywotni etat. Smutne, że inni naukowcy, kierowani chyba opacznie rozumianą koleżeńską solidarnością, łatwo przystają na to rozjeżdżanie się miar.

W trzeciej recenzji prof. Marcin Król z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW pisze najbardziej dobitnie: „Opinia ta jest wyjątkowo krótka, ponieważ przedstawione do oceny prace naukowe są nieliczne, a ich konkluzje na tyle niedopracowane, że trudno o polemikę. Prace te jednak są. Andrzej Zybertowicz kandyduje do tytułu profesora i trudno mu podstaw do tego zamiaru odmówić”. I w związku z tym… także przychyla się do wniosku Zybertowicza.

To naukowe „nie chcem, ale muszem” jest chyba najbardziej rażące. Jeśli jedynym kryterium oceny prac naukowych jest ich fizyczne istnienie, to biblioteki uniwersyteckie niczym nie różnią się od składów makulatury.

Naukowe „byliśmy głupi”, czyli jak recenzje powielają patologie

Choć dorobek Andrzeja Zybertowicza zbiera w recenzjach cięgi, to socjolog „dobrej zmiany” zostanie profesorem. Starać się o profesurę może każdy, nie można mu tego zabronić. Skandaliczne w tym wszystkim jest jednak raczej zachowanie recenzentów, którzy w tej osobliwej maskaradzie biorą udział. Nauka jest praktyką społeczną, która ma z założenia charakter publiczny. Tak jak publicznie dostępny i dający się tym samym ocenić jest dorobek Andrzeja Zybertowicza, tak publiczne i poddające się ocenie są recenzje profesorów Wróbla, Manterysa i Króla. To oni podpisują się pod decyzją, której niby są przeciwni. To oni przykładają się do reprodukcji patologii w naszej nauce. Wygląda na to, ze od czasu premiery „Barw ochronnych” Krzysztofa Zanussiego w 1976 roku – odczytywanych mylnie jako metafora realnego socjalizmu, a nie po prostu obraz polskiej nauki – niewiele się zmieniło.

Jeśli jedynym kryterium oceny prac naukowych jest ich fizyczne istnienie, to biblioteki uniwersyteckie niczym nie różnią się od składów makulatury.

Kacper Szulecki

Rażące podwójne standardy będą jednak integralną częścią polskiej humanistyki i nauk społecznych, dopóki system będzie musiał radzić sobie z polityczną kwadraturą koła: poprawiać jakość całości, a więc podnosić w jakiś sposób średni poziom polskiej nauki i tworzyć przestrzeń dla badaczy wybitnych, a jednocześnie wykuwać nowe, lojalne i „patriotyczne” elity.

Po wstrząsającej lekturze recenzji dorobku Andrzeja Zybertowicza naprawdę trudno sprzeciwić się tezie, że Polska nauka – tu zwłaszcza humanistyka i nauki społeczne – wymaga nie tyle reformy, co zburzenia i zbudowania od nowa. To mało konstruktywne, bo trudno wchodzić w skomplikowane niuanse, kiedy ma się przed sobą obraz tak dramatyczny. Wydaje się po prostu, że nic, co minister Gowin zaproponuje, nie będzie w stanie już stanu polskich nauk społecznych i humanistycznych pogorszyć, należy raczej mieć nadzieję, że dojdzie to całkowitej rekonstrukcji, a „Minerwa rozpozna swoich”.

 

* Ilustracja wykorzystana jako ikona wpisu: Wojciech Gerson Nauka [Domena publiczna; Źródło: Wikimedia Commons]

SKOMENTUJ

Nr 508

(40/2018)
2 października 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nie boję się autorytaryzmu



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj