0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Dziki moralitet. Recenzja...

Dziki moralitet. Recenzja „Ballady o Busterze Scruggsie” braci Coen

Grzegorz Brzozowski

Najnowszy film braci Coen to nie tylko scenariuszowy popis, lecz także mierzenie się z pytaniem o przemoc wypieraną z mitów Dzikiego Zachodu. Jak się jednak okazuje, najbardziej okrutna w uniwersum reżyserów jest sama Fortuna.

Najnowszy film braci Coen nie rozczaruje fanów ich stylistyki. „Ballada o Busterze Scruggsie” to zbiór opowiastek makabresek, w których wisielczy humor podany jest z rozmachem, a zarazem precyzją. Trudno się dziwić przyznaniu im nagrody za scenariusz na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji: kompozycję „Ballady…” można śmiało porównać do kunsztownych konstrukcji literackich (nieprzypadkowo zresztą to właśnie przewracanie kart książki jest formalnym łącznikiem między jej częściami). Przyjemności dostarczy zarówno zaskakujący przebieg każdego z sześciu epizodów, jak i poszukiwanie zasady ich doboru i kolejności. Jak przystało na braci Coen, jest to przyjemność poniekąd masochistyczna – jeśli poczujemy przywiązanie do którejkolwiek z postaci „Ballady…”, najpewniej możemy się spodziewać, że niebawem będziemy świadkami jej śmierci, a w obmyślaniu sposobów wykańczania swoich bohaterów Coenom nie zabrakło tu inwencji na miarę twórców „Gry o tron”.

Filmu Coenów nie da się jednak sprowadzić do zestawu przypadkowych scenariuszowych tricków: w każdym z epizodów „Ballady…” można się dopatrywać oddzielnego literackiego czy popkulturowego patrona. O ile tytułowy „Buster Scruggs” to niejako wcielenie Lucky’ego Luke’a, na którego śpiew odpowiadają wąwozy i którego rewolwer sam wymierza sprawiedliwość, to historia o traperze (Tom Waits) poszukującym złota w sielskiej dolinie nawiązuje wprost do opowiadania Jacka Londona; ostatni epizod to natomiast niemal opowieść niesamowita w duchu Edgara Allana Poego. Prawdziwy popis erudycji znajdziemy w wykonaniu kalekiego aktora, który recytuje fragmenty poezji Shelleya, Biblii i dramatów Szekspira.

Najnowszy film braci Coen stanie się jednak okazją nie tylko do smakowania scenopisarskich niuansów, ale i do powtórzenia pytań powracających przy kolejnych ich obrazach: czy chodzi o cokolwiek poza formalną zabawą, tutaj uzupełnioną o ucztę dla erudytów?

Mocowanie z mitem

Być może o mocy najnowszej opowieści Coenów zadecyduje ich mierzenie się ze szczególnym przeciwnikiem – samą konwencją opowieści o Dzikim Zachodzie. Pod tym względem „Ballada…” znacząco odbiega od wcześniejszego podejścia braci do westernu, „Prawdziwego męstwa” [2010] zrealizowanego w zgodzie z uświęconymi zasadami gatunku, dość wiernego (i przewidywalnego) remake’u kultowego filmu z Johnem Wayne’em z 1969 roku. Tutaj Coenowie rozprawiają się z całym repertuarem ikonicznych westernowych postaci: od wspomnianego rozśpiewanego kowboja (Tim Blake Nelson), przez spryciarza rzezimieszka (James Franco), po osadników szukających lepszego życia – znajdziemy tu poczet wszystkich świętych Dzikiego Zachodu, który uformował wyobraźnię (i siniaki) pokoleń nastolatków jako model (jakkolwiek rozumianego) bohaterstwa, walki dobra ze złem czy stawania w obronie słabszym. Coenowie nie mają litości dla podobnych naiwnych idealizacji – sukcesywnie pokazują ich przewrotną podszewkę, którą dość często okazuje się bezpardonowa przemoc. W wyidealizowane losy bohaterów prędzej czy później interweniuje Realne, obnażające ich znikomość: Realne najczęściej przyjmuje postać śmierci, najwyżej odraczanej, ale w której cieniu bohaterowie zdają się nieuchronnie poruszać. Pomimo romantycznej oprawy – zasygnalizowanej w samym tytule – „Ballada…” to zatem próba swoistej psychoanalizy przeprowadzonej na eskapistycznych mitach projektowanych na Dziki Zachód, które za każdym razem zostają przecięte przez to, co pozornie wyparte: śmierć, brak szans na sprawiedliwość,
, nieuchronność zwycięstwa nikczemności i porażki słabych. Zabawy nastolatków w Dziki Zachód inspirowany filmem Coenów przypominałyby raczej porachunki gangów czy „Władcę much” Williama Goldinga.

Zabawy nastolatków w Dziki Zachód inspirowany filmem Coenów przypominałyby raczej porachunki gangów czy „Władcę much” Williama Goldinga.

Grzegorz Brzozowski

W tak rozumianej intencji odzierania historii Dzikiego Zachodu z naiwności mitu, Coenowie pozostają poniekąd wierni swojemu długofalowemu twórczemu programowi. Podobnego otrzeźwienia doświadcza chociażby tytułowy Barton Fink z jednego z najbardziej docenionych filmów Coenów z 1991 roku. Sfrustrowany pisarz trafia do kalifornijskiego hotelu, by tam w pocie czoła pracować nad sztukami o szlachetnych, prostych ludziach, którzy też – jak mniema – nieuchronnie zachwycą się nimi i zaczną masowo wypełniać ławy teatru o zrewolucjonizowanej formule. W obliczu kryzysu twórczego wywołanego między innymi natarczywym odklejaniem się hotelowej tapety Barton znajduje wzór dla swojego szlachetnego szarego człowieka w sąsiedzie (John Goodman). Nie trzeba długo czekać, by odkryć, że domniemanej szlachetności towarzyszą jak najbardziej doświadczalne mordercze instynkty prostego człowieka; w finałowych sekwencjach spod naiwnych idealizacji zaczyna wyzierać oblicze protonazisty (film osadzony jest w 1941 roku). Coenowie zdają się ponownie przestrzegać nas o zgubnych efektach ulegania mitom, a przede wszystkim: aktywnego mitologizowania przez samych twórców. Ma ono oznaczać przymykanie oczu na realne Zło, zagrożenie, które znajdzie nas prędzej czy później i lepiej nie ubierać go samemu w szaty szlachetności, które jedynie pomogą zbliżyć się mu na odległość, z której będzie już nie do odparcia.

Taka strategia demitologizacji, zastosowana przez Coenów do opowieści o Dzikim Zachodzie, pozostawia jednak kilka wątpliwości. Pierwsza z nich dotyczy zawężenia grupy dotkniętych przemocą. W „Balladzie…” wśród pogłębionych postaci nie znajdziemy kogokolwiek poza białymi osadnikami Dzikiego Zachodu. Rdzenna ludność pojawi się tu tylko dwa razy, a i to wyłącznie w charakterze dodatkowego czynnika chaosu ingerującego w losy głównych postaci; nie znajdziemy tu też azjatyckich przybyszów do zachodnich Stanów Zjednoczonych. Taki wybór Coenów można tłumaczyć oczywiście licentia poetica czy trzymaniem się literackich podstaw mitologizacji, obfitujących w postaci białych zdobywców. Tym samym jednak, przecinając część mitów, Coenowie pozostawiają inną ich część nietkniętą – przemoc podboju nie ograniczała się do przedstawionej przez nich grupy.

Druga wątpliwość dotyczy samej zasadności Coenowskiej demitologizacji westernowych mitów. Naiwność opowieści o Dzikim Zachodzie obnażana była już wielokrotnie; oblicze wypieranej z niej przemocy znakomicie przedstawił chociażby sam Clint Eastwood, mierząc się z własnym mitem westernowego zabijaki w gorzkim „Bez przebaczenia” [1992]. „Westworld” [1973] Michaela Crichtona pokazywał z kolei niemoralny kicz skomercjalizowanej konwencji Dzikiego Zachodu, przeistoczonego we wcieleniowy park rozrywki, w którym z gości zostaje zdjęta odpowiedzialność za strzelanie do obsługujących ich robotów. To tylko wybrane przykłady z szeregu obrazów połączonych obnażaniem tego, że przy okazji klasycznego westernu mieliśmy do czynienia z pokusą romantyzacji – fikcją, pod którą skrywała się nieromantyczna przemoc, realne okrucieństwo, bezprawie i poczucie zagrożenia. Na tym tle można zastanawiać się, na ile wysiłki twórców wnoszą cokolwiek nowego do tych prób zachowania gatunkowych wyznaczników westernu przy równoległej dekonstrukcji jego mitów; być może nie odkrywają przy tej okazji (nomen omen) Ameryki.

Najciekawszych przeformułowań gatunku można się swoją drogą obecnie doszukiwać poza kulturowymi ramami amerykańskiego Zachodu. Rumuński „Aferim!” w reżyserii Radu Jude to znakomity przykład „easternu” rozgrywającego się w scenerii dziewiętnastowiecznej Wołoszczyzny, ukazującego niewolnictwo romskiej ludności. „Marlina, zbrodnia w pięciu aktach” Mouly Suryi [2017] to z kolei indonezyjski „femiwestern”, którego bohaterką staje się mścicielka dochodząca swoich praw w opresyjnym patriarchalnym społeczeństwie. Wreszcie „Sweet Country” Warwicka Thorntona rozlicza się z bezprawnym traktowaniem ludności aborygeńskiej na początku XX wieku. Refleksyjnie zmodyfikowany western okazał się doskonałym narzędziem do przedstawienia uniwersalnego dramatu nadziei na ustanowienie sprawiedliwości w obszarach, gdzie przeważała anarchia lub systemowa opresja. Jak wiemy, te obszary nie ograniczały się wyłącznie do Dzikiego Zachodu, choć przy okazji osadzonych tam westernów najsilniej zaznaczyły się właściwości decydujące o mocy tego gatunku: pytanie o moralną konstrukcję świata i jej kruchość. Być może właśnie w tym wymiarze można doszukiwać się jedynej właściwości decydującej o wyjątkowości filmu Coenów.

Western jako moralitet

Walka z mitami (chociażby o Dzikim Zachodzie) stanowiłaby jedynie negatywny program twórczy braci Coen; niezależnie od niego można doszukać się konsekwentnego projektu stawiania przez nich fundamentalnych pytań o źródła dobra i zła czy sprawczość, jaką może mieć jednostka w starciu z fortuną interweniującą w jej życie. Rozważania te nierzadko opatrzone są tropami biblijnymi, które w przypadku „Ballady…” znajdziemy nie tylko w przypowieści o Kainie i Ablu przywołanej przez okaleczonego aktora, ale też w stylizacji poszczególnych epizodów na oddanie imaginarium raju (sielska dolina dotknięta chciwością traperów) czy przedsionka zaświatów (ostatni epizod). „Prawdziwe męstwo” rozpoczynało się wprost mottem biblijnym, które przypisywało opowieści wymiar rozprawy o dojrzewaniu do mierzenia się ze złem – i ceny, jaką ponoszą za to bohaterowie („Ucieka niezbożny, choć go nikt nie goni, ale sprawiedliwy jako lew śmiały bez bojaźni będzie”, Księga Przysłów 28, 1).

Można zastanawiać się, na ile wysiłki twórców wnoszą cokolwiek nowego do prób zachowania gatunkowych wyznaczników westernu przy równoległej dekonstrukcji jego mitów; być może nie odkrywają przy tej okazji (nomen omen) Ameryki.

Grzegorz Brzozowski

Oba westerny braci Coen można uznać za wierne filozoficznemu przesłaniu otwierającemu ich debiut z 1984, „Śmiertelnie proste” [Blood Simple]: „Świat jest pełen płaks. Niestety nic nie jest zagwarantowane. Nieważne, kim jesteś: papieżem, prezydentem USA, człowiekiem roku – coś może pójść nie po myśli. Śmiało: narzekaj, wyżal się sąsiadom, poproś o pomoc i patrz, jak skaczą. W Rosji jest tak, że wszyscy sobie pomagają, przynajmniej teoretycznie. Ale ja znam tylko Teksas. Tutaj jesteś sam”. W filmowym uniwersum Coenów rzeczywiście nic nie jest zagwarantowane – wszyscy są równi wobec losu, który okrutnie bawi się zwłaszcza tymi, którzy próbują zbudować jakikolwiek racjonalny plan poprawy swojej sytuacji (szczególnie gdy próbują to robić na granicy prawa). Wszyscy są przy tym samotni – od bliźnich mogą liczyć raczej na spontaniczny strzał w plecy niż pomoc. Filmografię Coenów można uznać za rozważania o różnych wariantach takiej konstrukcji świata, w którym los obnaża ostateczną marność i samotność ludzkich zamiarów – czy będą one osadzone w groteskowej Arizonie lat 80. [„Arizona Junior”, 1987], legendarnym już „Fargo” [1996] czy prowincjonalnej Ameryce późnych lat 40., gdzie przeciętny fryzjer ściąga na siebie i bliskich lawinę nieszczęść za ulegnięcie pokusie zaszantażowania kochanka swojej żony [„Człowiek, którego nie było”, 2001].

Dzieje Stanów Zjednoczonych w ujęciu braci Coen zdają się stać pod znakiem perwersyjnego bożego igrzyska – przy czym same intencje Opatrzności niekoniecznie są miłosierne. Opowieść osadzona w mitach Dzikiego Zachodu na tym tle wyróżnia się tylko tym, że sięga źródeł tej amerykańskiej historii – czasów założycielskiego grzechu, w który uwikłani zdają się wszyscy bohaterowie „Ballady…”. Paradoksalnie nie mamy tu zatem śladu wiary w etos nowego kraju, konsolidującego się po niedawnej wojnie secesyjnej i rozwijającego się za cenę ekspansji na zachodnie obszary. Znamienne jest to, że legendarna przemowa gettysburska Abrahama Lincolna, wyrażająca ten etos jedności, zostaje tu włożona w usta okaleczonego aktora, obok innych górnolotnych literackich zabytków, cieszących się, najdelikatniej mówiąc, umiarkowanym zainteresowaniem publiczności. Moment wielkiego samostanowienia USA i nadziei, że „rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi”, okazuje się tak naprawdę momentem zabawy losu. Jeżeli nad nowym narodem ma czuwać jakikolwiek Bóg, w którego ufność wyrażają chociażby jego banknoty, to według Coenów jest to bóstwo ślepej fortuny, a nie sprzyjająca ludzkim zamiarom Opatrzność.

Zamiary owe są w moralnej wizji Coenów systematycznie udaremniane przez wyroki losu. Jeśli w wirtuozerskim scenopisarstwie braci można wyróżnić jakąkolwiek regułę, to jest nią duże prawdopodobieństwo pokrzyżowania planu realizacji marzeń bohaterów, zwłaszcza tych najskrupulatniej obliczonych. Interwencja Fortuny dotyczy zwłaszcza strategii, które zawierają w sobie element wykończenia bliźniego; kara na twórców zbrodni doskonałej spada wówczas nieoczekiwanie i potrafi zmienić (nie)doszłych zbrodniarzy w ofiary. Nierzadko zemsta losu odbywa się też okrężną drogą – jako poczucie winy za niewspółmierną do przewinienia katastrofę sprowadzoną na bliźnich, jak w przypadku wspomnianego „Człowieka, którego nie było”. W moralnym uniwersum Coenów także i próby wymierzania sprawiedliwości przez samych bohaterów dokonują się niejako na ślepo – jedną z figur powtarzających się w filmach braci jest strzelanie przez ściany do domniemanych opresorów w przekonaniu, że są kimś innym, niż ostatecznie się okazują [„Prawdziwe męstwo”, „Śmiertelnie proste”]. W filmach Coenów choć to człowiek strzela, wcale nie jest pewne, czy kule nosi jakikolwiek wchodzący w moralne niuanse bóg.

Dzieje Stanów Zjednoczonych w ujęciu braci Coen zdają się stać pod znakiem perwersyjnego bożego igrzyska – przy czym same intencje Opatrzności niekoniecznie są miłosierne.

Grzegorz Brzozowski

W przypadku „Ballady…” los okazuje się znowu niesprowadzalny do jakichkolwiek ludzkich kategorii przypisujących Opatrzności sprawiedliwość. Jeśli potraktować epizody filmu jako części ukrytego traktatu moralnego, składa się na niego między innymi przekonanie o tym, że dobry los nigdy długofalowo nie sprzyja tym, którzy wydają się być jego pupilami (epizod o Busterze Scruggsie). O ile nikt nie zawrze trwałego paktu ze sprzyjającą Fortuną, można być pewnym, że zły los dopadnie nas prędzej czy później –zwłaszcza jeśli sprowokujemy go występkiem przeciw ludzkim prawom (epizod o rzezimieszku). Już w pierwszych dwóch częściach „Ballady…” okazuje się zatem, że zarówno szczęściarz, jak i pechowiec są równi jako zabawki losu; w kolejnym epizodzie – o występach okaleczonego aktora – dostrzegamy już jego ostatecznie bezlitosne oblicze. Jeżeli Fortuna w świecie Coenów wymierza jakąkolwiek sprawiedliwość, robi to nie tylko z zawiązanymi oczami, ale na dodatek strzelając na oślep – nie tyle ważąc racje ludzkich zamiarów, co mierząc w uogólnionym kierunku, gdzie znaleźć się może zarówno sprawca, jak i ofiara występku.

W świecie tak radykalnej niepewności losu jedynie śmierć jest niekwestionowana. Jest ona też motywem łączącym wszystkie epizody „Ballady…”. Trudno się dziwić, że to w jej objęcia zmierzają bohaterowie ostatniej części filmu. Ich przewodnikami, „żeńcami dusz” („harvesters of souls”), jest przy tym dwóch mężczyzn, którzy być może stanowią alter ego reżyserów, wyrażając program ich twórczości – przygotowanie widzów na skonfrontowanie się z marnością swojego losu. Jak stwierdza jeden z nich: „Pomagamy tym, którym czas już wyznaczono. […] Są dwa typy ludzkie: żywi i martwi. […] Łatwo ich pojmać, gdy są nieuważni. Ja odwracam ich uwagę opowiastką, rozmową, piosenką, a Clarence wali, gdy patrzą na mnie. […] Znana historyjka, ale ludzie słuchają jak małe dzieci. Utożsamiają się z nią. Wszyscy lubimy słuchać o sobie samych o ile postaci z opowieści są jak my, choć to nie my. Zwłaszcza nie na końcu. Gość o Północy dopada jego, nie mnie. Ja będę żyć wiecznie”. „Ballada o Busterze Scruggsie” to przestroga przed uleganiem złudnemu wdziękowi „opowiastek”, za którym na nasze dusze czeka to samo Przeznaczenie.

O najnowszym filmie braci Coen w audycji „O wszystkim z kulturą” w Programie Drugiem Polskiego Radia z Michałem Nowakiem rozmawiali Tomasz Jopkiewicz i Grzegorz Brzozowski.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 523

(2/2019)
15 stycznia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj